Smutna Wenecja

Mike Leigh zdobywcą Złotego Lwa na 61. weneckim festiwalu, który w całości zdecydowanie rozczarował

Nagroda dla "Very Drake" nie była zaskoczeniem. Wyprodukowany w Wielkiej Brytanii film Mike'a Leigh prowadził w rankingu krytyki. Nasz drugi faworyt "Klucze do domu" Gianni Amelio nie dostał nic. Poruszający film o spotkaniu po latach ojca z niepełnosprawnym synem, którego porzucił, w pewnym sensie nie potrzebował nagrody. Wszedł na włoskie ekrany w rekordowej liczbie 250 kopii, dotrze więc do wielu. Miejmy nadzieję, że również do nas.

Nagrody na wielkich festiwalach służą dziś jako wsparcie dla kina, które bez nich nie miałoby szans przebicia. Wyraził to dosadnie Leigh, odbierając Złotego Lwa w teatrze La Fenice: "Dziękuję jury za decyzję! To krzepiące, że nagrodę dostaje film europejski, niezależny, o wyjątkowo niskim budżecie. Chciałbym też szczerze podziękować festiwalowi w Cannes, który go odrzucił...".

Ciekawe, jakie były powody odrzucenia dawnego laureata Złotej Palmy? To prawda, że w porównaniu z największymi osiągnięciami Mike'a Leigh ("Sekrety i kłamstwa", "Wszystko albo nic") "Vera Drake" jest skromny, jednowątkowy, realizowany oszczędnie, nie wchodzący tak głęboko, jak poprzednie filmy, w materię życia.

Czy powstał film z tezą? I tak, i nie. Z historii Very Drake nietrudno społeczną tezę wysnuć. Aborcja bywa złem koniecznym - mówi Leigh. Prawo, które jej nie uwzględnia, jest obłudne, bo krzywdzi najuboższe kobiety, których nie stać na prywatny zabieg. Jeżeli państwo ma prawo szafować życiem obywateli, wysyłając ich na wojnę, ma też prawo ulżyć kobietom, zezwalając na usunięcie ciąży.

Aborcja i eutanazja

Czy jednak trzeba było czechowowskiego talentu 60-letniego Mike'a Leigh, żeby bronić oczywistego prawa kobiet? Wartość tego filmu i jego sens kryje się gdzie indziej. Vera Drake, kobieta-samarytanka, w tajemnicy przed rodziną dokonuje zabiegów sztucznych poronień za pomocą wody z mydłem. Nie jest bojowniczką, nie robi też tego dla pieniędzy. Kieruje nią nawyk służenia i pomagania ludziom - z tym samym oddaniem usługuje starym, chorym. Kiedy jedna z jej pacjentek dostaje zakażenia (nic nie wiemy o losie innych; metoda jest zabójcza), Vera Drake zostaje skazana na dwa lata więzienia. Jest rok 1950, zabiegi w Anglii są jeszcze zakazane. W Boże Narodzenie zwolniona z aresztu Vera staje przed swoją rodziną jak pokorna grzesznica. Milczą. Syn - wiemy, że zgwałcił dziewczynę, która po tym poddała się zabiegowi - potępia matkę. Narzeczony córki wyciąga do niej rękę. Szok prawdy staje się momentem solidarności. Świadomość sprzątaczki, która od rana do nocy pracuje dla szczęścia innych i wierzy, że na wszystko jest sposób, że każde nieszczęście da się wyczyścić wodą z mydłem - zderza się tu z tragizmem życia. Nikt tak jak Leigh nie umie wyrazić ciężaru codzienności, ukazać ze współczuciem powszechnej nieumiejętności życia, samotnego dobijania się ludzi o szczęście.

Nagrodzony Srebrnym Lwem film Alejandro Amenábara "Mar adentro" jest oparty na prawdziwej historii. W 1996 roku ukazała się w Hiszpanii autobiograficzna książka Ramóna Sampedro "Listy z piekła". Jej autor jako 25-latek doznał kontuzji podczas nurkowania, został sparaliżowany i spędził w łóżku 30 lat. Chciał popełnić samobójstwo. Jednak chciał tego dokonać w sposób legalny. Jego sprawę nagłośniły media. W 1998 roku Ramon popełnił samobójstwo. Pośmiertnie ukazał się tom jego wierszy, z którego pochodzi tytuł filmu. Amenábar określił swój film jako love story. Ramóna ukazał z punktu widzenia opiekujących się nim kobiet: prawniczki Julii, która rozumie jego walkę o legalność eutanazji i Rosy, która przekonuje go, że życie jest wartością nadrzędną. "Jest w doświadczeniu Ramóna - mówi reżyser - idea ucieczki, wielkiej podróży tak bliskiej samej istocie kina. Zaproszeniem do tej podróży, która sięga poza życie jest okno, w które spogląda z łóżka sparaliżowany bohater".

Lew przyszłości

Wenecki "Lew Przyszłości"- "Il Leone del Futuro" - ufundowany przez Luigiego de Laurentiisa dla najlepszego debiutanta (100 tys. euro) przypadł francuskiemu Marokańczykowi Ismaelowi Ferroukhi za "Wielką podróż". Film prościutko jak w szkolnej czytance zarysowuje konflikt dwóch pokoleń francuskich Arabów: ojca i syna. Syn - zeuropeizowany student, zakochany we Francuzce - spełnia żądanie patriarchalnego ojca i wiezie go samochodem przez Europę na pielgrzymkę do Mekki. Dla ojca Europa nie znaczy nic. Fakt, że możemy spojrzeć na nasz świat jego oczami, daje do myślenia. Bohaterowie wydają się ludźmi różnych światów i epok: syn mówi po francusku, ojciec odpowiada po arabsku. Syn rozmawia przez komórkę, ojciec wyrzuca telefon do śmietnika. Nie pozwala synowi zwiedzać zabytków niewiernych, szuka jedynie miejsca, gdzie mógłby rozłożyć modlitewny dywanik. Koczują jak nomadzi, palą ogień na poboczu szos. Autorytaryzm i fundamentalizm ojca wydają się nieznośne. Myślimy: no, wreszcie krytyka tradycji dokonana od wewnątrz. Jednak nie! Ferroukhi pokazuje wartość tradycji. Mimo buntów, syn do końca spełnia ojcowską wolę. Śmierć ojca u kresu pielgrzymki dodatkowo wiąże oświeconego syna z religią i tradycją. W miarę zbliżania się do Mekki, rośnie wrażenie solidarności pielgrzymów z całego świata. Oglądając ten fascynujący film, trudno nie myśleć o kluczowym problemie naszych czasów: konfrontacji Europy i świata islamu. Czy można sobie wyobrazić udział w konkursie filmu o podobnym konflikcie, przebiegającym wewnątrz naszej tradycji? Film o pielgrzymce do Lourdes, Compostelli, Częstochowy, rozegrany z podobnym poszanowaniem, jak film arabski?

Samokrytyka Muellera

Czy Markowi Muellerowi udał się jego pierwszy festiwal wenecki? Nie za bardzo. Panował chaos. Projekcje nachodziły na siebie, filmy rozpoczynały się z opóźnieniem. Zabawnym skandalem była projekcja "Erosa" - trójnowelowego filmu Wong Kar-wai'a, Soderbergha i Antonioniego - kiedy pomylono rolki z taśmami. Pół biedy, gdyby tylko zmieniono kolejność - pomylono filmy. W momencie gdy miał nastąpić erotyczny sen bohatera, pokazano fragment innego filmu. Niektórzy uznali to za śmiałe posunięcie artystyczne, ale szał, jaki wybuchł na sali po chwili dezorientacji, wart były osobnego filmu. Najgłośniej krzyczał juror Spike Lee.

Program festiwalu jest kompromisem. Wysiłki, aby połączyć ambicje z popularnością, powodują czasem żenujące wpadki. Aby zwabić do Wenecji Nicole Kidman, dano do konkursu film z jej udziałem. "Birth" Jonathana Glazera okazał się piramidalną brednią, rodzajem pułapki dla widza. Zmuszeni jesteśmy wierzyć w cudowną reinkarnację bohatera, który odradza się i wraca do żony jako dwunastolatek (gwóźdź programu: pedofilska scena wspólnej kąpieli chłopca i Kidman).

Na sukces festiwalu trzeba pracować latami. Obiecujące filmy są dziś rozchwytywane na pniu. Festiwale takie jak Cannes czy Rotterdam "hodują" filmy wybranych autorów, trzymając na nich rękę jeszcze przed realizacją. Ta droga czeka Muellera. Przyjemnie pomyśleć, że filmem, o który zabiegał przed jego ukończeniem, był debiut Grzegorza Zglińskiego. Szwajcarsko-belgijsko-polski film "Całą zimę bez ognia" był jaśniejszym punktem konkursu i zdobył ważne pozaregulaminowe nagrody: "CinemaAvvenire" dla debiutującego reżysera oraz katolicką Signis Prize.

Pogrzeb czy kabaret

Finałowa gala we wspaniałej sali odbudowanego teatru La Fenice była żałosna, wydawało się że nawet najsłabsze finały Gdyni miały więcej finezji. Scenariusz się sypał, prowadząca się myliła, ale najsmutniejsze było to, że ze sceny nie padło żadne zdanie warte zapamiętania, czy myśl, wskazująca na sens tak wielkiej imprezy. Przeciwnie, z programu gali biła niewiara w film, w sztukę, w człowieka, w Europę. Jak na ironię, wywleczono na scenę symbole dawnego, dobrego kina. Stanleyowi Donenowi, twórcy "Deszczowej piosenki", kazano zatańczyć. Sophia Loren, "zawsze ta sama", wystąpiła w podkasanej czarnej kreacji, ni to na pogrzeb, ni to do kabaretu. Laureatami tej ponurej ceremonii nagrodzonymi pucharami Volpiego byli aktorzy: Javier Bardem w filmie "Mar adentro" grający paralityka walczącego o wolność eutanazji, oraz Imelda Staunton, świetna skądinąd jako Vera Drake dokonująca aborcji za pomocą lewatywy. Oto bohaterowie naszych czasów, ostoje naszej wolności, które zaprezentowaliśmy światu jak ostatni odblask gasnącej europejskiej idei.

Może w Gdyni będzie ciekawiej?