"Osada" od piątku w kinach

"Osada" to zgrabnie zrobiony film, ale pomysł, na którym się opiera, to lipa.

Co gorsza, owego nieprzekonującego mnie pomysłu nie mogę tu zdradzić (wiąże się on z główną scenariuszową niespodzianką), bo innych pozbawiłbym przyjemności oglądania. A nie zrobiwszy tego, nie jestem w stanie wyłożyć dlaczego "nie kupuję" tego filmu.

My i oni

Co więc mogę powiedzieć? To, że jesteśmy w Pensylwanii, w roku 1897 - w tytułowej osadzie otoczonej przez las. Jej mieszkańcy boją się wchodzić do lasu, bo żyją w nim bestie, które zwykli nazywać "tymi, o których nie mówimy".

Między lasem a osadą wytyczono linię demarkacyjną, postawiono wieże strażnicze: wartownicy czuwają w nich przez całą dobę, w razie zagrożenia biją w dzwony. Bestie pojawiają się rzadko - głównie wówczas, gdy ktoś naruszy jednak ich leśny spokój. Czego jeszcze nie tolerują? Koloru czerwonego. Działa na nie, jak płachta na byka...

Czy wszyscy w osadzie zgadzają się na to odseparowanie od świata? Nie. Lucius Hunt (Joaquin Phoenix) postanawia przejść przez las, by dotrzeć do leżących za nim miast, o których ludzie w osadzie mówią, że są złe i zepsute. Luciusem wstrząsnęła śmierć małego syna Augusta Nicholsona (Brendan Gleeson). Chce przynieść do osady lekarstwa, by podobne przypadki już się nie powtarzały.

Sprawny macher

Nie mogę zaprzeczyć: Shyamalan ma wyrazisty reżyserski styl. Umie stworzyć niepokojący nastrój (dwie dziewczyny zamiatając domową werandę nieomal tańczą z miotłami, ale zobaczywszy czerwony kwiatek natychmiast go zrywają i zakopują), umie zaintrygować jakąś tajemnicą - choćby zamkniętymi skrzyniami, które stoją w paru domach w osadzie.

Wie też rzeczy tylko z pozoru oczywiste: że kamerę, która przecież "obserwuje aktorów", można użyć w ten sposób, byśmy jej ogląd brali za punkt widzenia bestii; no i że lepiej nie pokazywać źródła strachu, niż je pokazywać.

Shyamalan to również plastyczna konsekwencja: jego kadry "trzymają tonację" i są starannie wycyzelowane. W "Osadzie" dominują pastele, tak samo czyste, jak purytańska moralność bohaterów. Ta jednak chwilami ma w sobie coś podejrzanego, jakby została sztucznie narzucona z góry.

Dlaczego? Dlatego!

"Osada" jest filmem przyzwoicie skonstruowanym, więc z każdą chwilą przybywa nam materiału pozwalającego domyślać się pewnych rzeczy, np. dlaczego bestie nie lubią akurat koloru czerwonego? Dlaczego najciaśniej jest w osadzie osobom nieco "zdefektowanym": niewidomej Ivy Walker (dobra Bryce Dallas Howard), miejscowemu przygłupowi Noahowi Percy'emu (dobry Adrien Brody), czy Luciusowi, milczkowi, który zamiast mówić odczytuje swoje listy? Dlaczego szef rady osady - Edward Walker (William Hurt) nie chce okazać uczuć, jakie żywi względem Alice Hunt (Sigourney Weaver), matki Luciusa? Co symbolizuje las? I gdzie, w istocie, czają się bestie?

Tyle że ta nasza domyślność na niewiele się zdaje, bo potem przychodzi ów nieszczęsny finałowy pomysł i czujemy (a przynajmniej ja czułem), że nabito nas w butelkę.

"Osada", reż. M. Night Shyamalan, USA 2004