Psychologowie o Andrzeju S.: My też jesteśmy winni

Psychologowie, koledzy podejrzanego o pedofilię Andrzeja S., wiedzieli wcześniej, że ma problemy osobiste i może narażać dobro pacjentów. Dlaczego nie zareagowali? Odpowiada Zuzanna Toeplitz, członek władz Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

Ewa Siedlecka: Środowisko psychologów uruchomiło bezpłatną pomoc dla pacjentów Andrzeja S., czyli jako grupa zawodowa poczuliście się Państwo odpowiedzialni. Ale nasuwa się pytanie: dlaczego tak późno? Dlaczego środowisko nie zareagowało wcześniej, gdy tajemnicą poliszynela stał się poważny problem Andrzeja S. z alkoholem? Problem, który miał wpływ na jego kontakty z pacjentami i narażał ich dobro? Poza tym on sam wymagał pomocy. Jak dramatycznie - widać po tym, że samooskarżył się, wyrzucając dowody swojej pedofilii do ulicznego śmietnika.

Zuzanna Toeplitz, członek władz Polskiego Towarzystwa Psychologicznego: Mogę mówić tylko we własnym imieniu, bo nie ma jeszcze w tej sprawie oficjalnego stanowiska Towarzystwa. Myślę, że powinniśmy byli zareagować: pomóc jemu, chronić jego pacjentów.

Inna sprawa, że nie możemy podjąć formalnych kroków - wszcząć postępowanie wyjaśniające czy postawić kogoś przed sądem koleżeńskim - gdy nie ma formalnych skarg od pacjentów. Kodeks etyczny zobowiązuje nas wprawdzie do zwracania uwagi na niegodne zachowania, ale nie ma takiego zwyczaju.

Moralnie wszyscy więc jesteśmy współodpowiedzialni za to, co się stało. To, co możemy teraz zrobić, to udzielić pomocy tym, którzy czują się pokrzywdzeni. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście ta krzywda się stała, bo wszyscy, szczególnie rodzice, mają prawo być wystraszeni.

A co ta sprawa zmieni na przyszłość?

- Sytuacja może się poprawić, jeśli wejdzie w życie ustawa o zawodzie psychologa. Tam przewidziany jest rzecznik dyscyplinarny, który będzie mógł podjąć postępowanie z własnej inicjatywy, bez formalnej skargi.

Życie pokazuje, że to nic nie zmienia. Tacy rzecznicy działają w innych korporacjach, np. adwokackiej, sędziowskiej czy lekarskiej, i bez formalnej skargi nic nie robią.

- Można pomyśleć o prawnym zobowiązaniu go do wszczynania postępowania wyjaśniającego także w sytuacji, gdy pojawiają się jakieś niepokojące pogłoski. Poza tym być może sprawa Andrzeja S. powinna nas skłonić do wprowadzenia formalnej współodpowiedzialności dla tych, którzy wiedzą i nie reagują.

Zgadzam się z prof. Jackiem Hołówką, że etos grupy polega nie tylko na tym, że każdy pilnuje, by samemu być przyzwoitym, ale też na nietolerowaniu nieprzyzwoitości u innych. Wszyscy musimy pracować, aby taki etos się pojawił.