Banda fajtłapów

Od piątku w kinach ?Ladykillers, czyli zabójczy kwintet? braci Coen. To świetna i zabawna komedia na lato

Zrobienie tego filmu było aktem odwagi. No bo czyż to nie karkołomne przenieść historyjkę z dystyngowanej angielskiej komedii w realia sennego amerykańskiego Południa?

A Coenom to się udało. Dlaczego?

Choćby dlatego, że leży im ten rodzaj humoru. "Ladykillers" jest czarną komedią, i to nie tylko dlatego, że bohaterką jest tu sędziwa Murzynka Marva Munson (Irma P. Hall). Gdy do drzwi Marvy puka "profesor" G.H. Dorr (Tom Hanks) pragnący wynająć pokój, dobiegają nas dźwięki, jakie w horrorach słyszymy w momencie pojawienia się diabła.

Dorr przybywa do tego domu, bo Marva mieszka blisko kasyna, które on i jego czterej koledzy chcą okraść. Przekonuje ją, że w pięciu tworzą zespół muzyczny i że jej piwnica byłaby idealnym miejscem na ich próby. "Grają muzykę rokoka" - powtarza z namaszczeniem Marva, nie mając pojęcia, co to znaczy.

Co jeszcze zdecydowało o sukcesie? Misterna robota reżyserska. Tu nie wypada się zżymać, że każdy z członków gangu ma ledwie jedną, góra dwie cechy charakterystyczne - jeden to głupi mięśniak, drugi milkliwy skośnooki, trzeci fajtłapa z problemami gastrycznymi. Tu należy raczej podziwiać, jak zmyślnie się nam te żałosne indywidua przedstawia i jak pociesznie one ze sobą dyskutują.

Godzien uwagi jest również rytm filmu. Decydują o nim dwa motywy. Po pierwsze, murzyńska klientela na rozśpiewanych mszach z udziałem Marvy (to takie ekranowe allegro). Po drugie, kursująca regularnie barka, która wywozi odpadki na wyspę-śmietnisko (to jakby adagio). Ta barka jest skądinąd "kuzynem" łodzi Charona przewożącej dusze zmarłych przez Styks.

A tak w ogóle, to cała ta fabuła celowo trąci starym kinem i nieco "archaiczną" moralnością rodem z dawnego świata. Jak ta moralność reaguje na obecne obyczaje, widać najlepiej po zmieniającej się minie zmarłego męża Marvy spoglądającego z portretu. Cóż, w odjechanej komedii nawet portret może ożyć!

Osobna kwestia to rola Toma Hanksa - zaskakująco wyrafinowana jak na aktora dotąd tak nieskomplikowanie prostolinijnego. Te jego nierówne przednie zęby, ten wykwintny słowotok, na który składają się prawie same kłamstwa, ten fałszywy uśmiech i często powtarzany gest: kreślenie w powietrzu cudzysłowu - znak, by nigdy nie brać go wprost.

Po tym, co Hanks tu pokazuje, gotów jestem uwierzyć, że grał kiedyś w teatrze.

Nikt z pewnością nie uzna tego filmu za ważny w dorobku braci Coenów. Najłatwiej porównać go do madrygału - jest błahy i lekki, ale przy tym elegancki.

"Ladykillers, czyli zabójczy kwintet", reż. Joel i Ethan Coen, USA 2004