Wielki żongler kina

Nowy film Kusturicy ?Życie jest cudem? od jutra w kinach. Ten film jest wspaniałą kwintesencją jego stylu i światopoglądu

Tę historię opartą na prawdziwym zdarzeniu usłyszał Emir Kusturica dziesięć lat temu podczas pracy nad "Undergroundem". Bośniacki Serb miał syna, który został zmobilizowany do jugosłowiańskiej armii i dostał się do muzułmańskiej niewoli. Aby go stamtąd wydobyć, ojciec uwięził u siebie muzułmańską dziewczynę. Akcja się udała, wymiana jeńców doszła do skutku w obecności telewizji i żołnierzy ONZ. Uznano to za ważny krok na drodze do pokoju. Ale dla ojca był to moment rozdzierający, bo zdążył zakochać się w swojej zakładniczce.

W "Życie jest cudem" wszystkich bohaterów tej historii - samych dobrych ludzi - spotykamy w scenie wymiany jeńców na granicznym moście. Kusturica z właściwym sobie wyczuciem uderza w wiele klawiszy naraz, znosząc granicę między radością i bólem, tragizmem i komizmem, patosem i trywialnością, tworząc dysonans, nad którym artysta panuje do końca.

Jest tam ojciec - Luka (Slavko Stimac, charakterystyczny aktor o chłopięcej twarzy wesołego klauna, ten, który w finale "Undergroundu" szedł z małpą w ramionach). Trzeba przyjrzeć się jego twarzy, gdy biegnie mostem, żegnając muzułmańską kochankę Sabahę i równocześnie witając powracającego z niewoli syna: nie wiemy, gdzie kończy się grymas rozpaczy, a zaczynają łzy radości. Ta scena jest kwintesencją stylu Kusturicy.

Gra kapela

Ludzie po obu stronach sztucznej granicy powstrzymywani są przez kordony "błękitnych hełmów". Tylko oślica Milica - znacząca postać filmu - za nic nie daje się odciągnąć żołnierzom. To nieszczęśliwie zakochane zwierzę, którego ulubionym zajęciem jest stawanie w poprzek torów kolejowych, jest upartym duchem tej opowieści, wysłannikiem autora, symbolem jego własnego uporu, miłości niemożliwej, a ocalającej, politycznie niepoprawnej, przeciwstawiającej się biegowi rzeczy.

Nikt nie wie, kiedy ta wojna się zaczęła. Nie wiadomo, kto w niej zgrzeszył bardziej. W filmie a propos Serbii pojawia się cytat z Szekspirowskiego "Króla Leara": "Sam też grzeszyłem, lecz jeszcze więcej przeciw mnie grzeszono". Wojna jest tu konsekwencją, zwielokrotnieniem samego życia, już dość szalonego. Kusturica, jeżeli pastwi się tu nad kimś, to nad wszechobecnymi reporterami snującymi melodramatyczną opowieść o Bośni spreparowaną dla widzów CNN. Na przekór wizji "bohaterskiego kraju i wspaniałego narodu" sprowadza wojnę na ziemię, zamieniając ją w ciąg trywialnych epizodów. Żołnierz ginie od miotacza ognia w momencie, gdy przeżywa orgazm z sekstelefonem. Sabaha zostaje postrzelona w pupę przez bośniackiego snajpera w momencie, gdy siusia do granicznej rzeki Driny.

Życie boli

To bardzo osobisty film. Takim akcentem jest umieszczenie akcji na górskiej stacyjce kolejowej dawnej magistrali Belgrad - Sarajewo - Dubrownik (później zniszczonej). Kusturica złożył ten film z krajobrazów, które - jak sam mówi - oglądał kiedyś z okna pociągu, jadąc z rodzicami na wakacje. Pejzaż z serpentynami torów, pocięty tunelami, oglądamy z góry, jak na modelu kolejki, który buduje na strychu zawiadowca Luka.

To wizja totalna, gęsto zszyta, przedstawiająca "cały świat" - jak kiedyś u Felliniego, Tarkowskiego, Hasa. Coraz rzadziej spotykamy w kinie wizję naznaczoną tak osobistym piętnem. Kino wstydzi się dziś poetyckości, nie ma odwagi ukazywać świata w sposób totalny, przez pryzmat własnego stylu. Totalność została rozbita przez magmę obrazów telewizyjnych. Wierność własnemu przeżywaniu świata ustąpiła miejsca prostocie przesłania, czarno-białemu rozkładowi wartości. Przeciwko tym medialnym stereotypom tworzy Kusturica. W szaleństwie slapstickowych gagów, szusów kamery, jazd, bójek, meczów i pijanych festynów tworzących brawurową partyturę filmu kryje się wizja głęboko tragiczna.

50-letni Kusturica, już nie tak modny, jak wtedy, gdy obsypywano go Złotymi Palmami w Cannes, wciąż dowodzi, jak wielkim jest żonglerem kina.

Życie jest cudem - reż. Emir Kusturica. Francja/ Serbia/Czarnogóra, 2004.