Czadowa poezja

Miałem trzy lata, kiedy Jacek Kaczmarski zaczął śpiewać program "Mury", cztery - kiedy Wałęsa podpisywał porozumienia sierpniowe. Na początku lat 90., jako licealista, podobnie jak duża część mojego pokolenia, słuchałem Metalliki i Iron Maiden. Dorastałem, zachwycając się rykliwymi riffami, buntem i wolnością. Za oknem szkoły w podobnym zgiełku rodziła się nowa Polska.

W trzeciej klasie liceum kolega pożyczył mi "Muzeum" - kasetę z programem Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego. Ekspresyjna "Somosierra" czy "Wieszanie zdrajców" urzekły mnie, bo miały nie mniej "czadu" niż metalowe kawałki. I było nich coś więcej - prawda. Byłem zdumiony, jak pretensjonalny był pozorowany bunt heavymetalowych kapel. "Muzeum" odmieniło moje życie. Zacząłem zdobywać kolejne kasety z jego muzyką. To dzięki nim, a nie nudnym lekcjom polskiego, pokochałem poezję, nauczyłem się grać na gitarze.

Wiem, że takich jak ja było więcej, a Kaczmarski ciągle zdobywał nowych zwolenników, słuchali go coraz młodsi. Dlatego oburzam się, kiedy mówią, że był tylko bardem "Solidarności".