Piąta pora roku, czyli karnawał w Berlinie

Po raz pierwszy od 43 lat karnawałowi przebierańcy wylegli na ulice Berlina. - Muszą jeszcze z dziesięć lat poćwiczyć - uśmiechają się z politowaniem zaprawieni w karnawałowych szaleństwach Nadreńczycy, których przeprowadzka niemieckiego rządu rzuciła na karnawałowe pustkowie, jakim była dotąd niemiecka stolica

Piąta pora roku, czyli karnawał w Berlinie

Po raz pierwszy od 43 lat karnawałowi przebierańcy wylegli na ulice Berlina. - Muszą jeszcze z dziesięć lat poćwiczyć - uśmiechają się z politowaniem zaprawieni w karnawałowych szaleństwach Nadreńczycy, których przeprowadzka niemieckiego rządu rzuciła na karnawałowe pustkowie, jakim była dotąd niemiecka stolica

A jednak aż sto tysięcy berlińczyków zebrało się w niedzielne popołudnie wzdłuż reprezentacyjnej alei Unter den Linden, by przyglądać się harcom błaznów i przebierańców. Ale niewielu gapiów zdobyło się na przebranie, niektórzy włożyli kolorowe peruki, diabelskie rogi czy fantazyjne czapki, inni pomalowali twarze albo ozdobili je czerwonymi nochalami. Nie ma balonów ani konfetti, ale z pojazdów sunących w karnawałowym pochodzie zgodnie z nadreńską tradycją sypią się cukierki.

- Karawana jedzie dalej, a sułtan ma pragnienie, a sułtan ma pragnienie, a sułtan ma pragnienie - rozlega się z głośników koloński hymn karnawałowy, zachęcając do sięgnięcia po szklaneczkę piwa. Ale wokół ani jednego stoiska z piwem, a berlińczycy niechętnie podchwytują ten refren, choć stojąca koło mnie zażywna 50-latka w słomkowym kapeluszu i z policzkami pomalowanymi w czerwone serca śpiewa na całe gardło, by rozruszać towarzystwo.

Mimo to fani karnawału są i tak zadowoleni. - Love Parade w Berlinie też zaczynała się od kilkuset osób, a teraz przyciąga milion - mówi jeden z organizatorów berlińskiego pochodu.

11 o 11.11

Karnawałowym zagłębiem w Niemczech jest Nadrenia z Kolonią, Moguncja, a także tereny Szwabii. Co roku 11 listopada o godz. 11.11 zaczyna się "piąta pora roku", czyli karnawał - władzę przejmują kobiety, błazny i przebierańcy.

Zenitem karnawału są jego ostatnie dni: od tłustego czwartku do popielcowej środy. W tym czasie "normalne" życie w Nadrenii zamiera, wszyscy wkładają przygotowywane pieczołowicie przez resztę roku kostiumy, wylegają na ulice, którymi przeciągają pochody błaznów, śpiewają okolicznościowe piosenki, piją hektolitry piwa... A w środę wracają do rzeczywistości.

Mundury nie w smak

Niemcy północne i wschodnie nie znały tej tradycji. Wyjątkiem są graniczące z Polską Łużyce, gdzie do połowy lat 50. organizowano karnawałowe pochody uliczne i gdzie dziś w Chociebużu (Cottbus) odbywa się największy w Niemczech wschodnich pochód.

W Berlinie próbowano zaszczepić karnawał, ale z marnym skutkiem. Mieszkańcy stolicy uważani są przez resztę kraju za sztywnych, oschłych i zimnych, a więc niezdolnych do szaleństw. Ostatni pochód odbył się w 1958 r. Potem władze okupacyjne zachodnich sektorów Berlina zabroniły mieszkańcom publicznego chodzenia w mundurach, a przecież niemiecki karnawał to przede wszystkim parodia władzy i pruskiego militaryzmu. Dlatego w pochodach i na imprezach nigdy nie brakuje politycznych dowcipów, kukieł polityków i ubranych w fantazyjne mundury gwardii karnawałowych. Oczywiste jest więc, dlaczego karnawał nie miał szans w Berlinie Wschodnim i NRD - spontaniczne polityczne żarty nie mogły być w smak komunistycznym władzom.

Przeprowadzka

Po przeprowadzce rządu z nadreńskiego Bonn do Berlina sprawa karnawału stanęła znowu na porządku dziennym. Tysiące nadreńskich imigrantów wyjeżdżają wprawdzie na "piątą porę roku" ze stolicy do ojczyzny, Bundestag nie pracuje, ale ci, którzy zostają, też chcą świętować.

W poprzednich latach bońska restauracja Ständige Vertretung (Stałe Przedstawicielstwo), w której chętnie zbierali się politycy i która wraz z rządem przeniosła się do Berlina, starała się zorganizować karnawał nad Szprewą. Ale berlińczycy, zamiast bawić się z przybyszami znad Renu, skarżyli się na hałas w restauracji. Wtedy właściciele rozdali gościom bezprzewodowe słuchawki, a z nadajnika puszczali karnawałową muzykę. Kilkuset przebierańców rytmicznie kołysało się i piło piwo w absolutnej ciszy.

Koniec i początek

W tym roku błaznom udało się wyjść z podziemia, choć władze nałożyły na karnawałowiczów surowe ograniczenia - mają być cicho i po godzinie 23 nie zakłócać spokoju, unikać spożywania alkoholu na ulicy, muszą też sami zapłacić za sprzątanie miasta. Mimo to przez centrum stolicy przemaszerowały w niedzielę 54 berlińskie i brandenburskie kluby karnawałowe, które dotąd działały tylko w lokalnych domach kultury. - Tego nie można porównać z Kolonią, bo tam całe miasto świętuje i bawi się - mówi żona jednego z rządowych urzędników spotkana w tłumie gapiów. - Mnie w tym pochodzie brakuje przede wszystkim przesłania, bo nadreński karnawał jest polityczny, krytyczny wobec władz, a tu nic takiego nie było, ani jednej kukły polityka, ani jednego hasła - dodaje jej mąż, zaangażowany Zielony.

Kiedy w poniedziałek życie w Berlinie wróciło do normy, w Kolonii, Düsseldorfie, Bonn i Moguncji zabawa dopiero się zaczynała - ostatni poniedziałek karnawału to dzień głównych zabaw i pochodów.

Anna Rubinowicz, Berlin