"Łowca skór" przyznał się do winy

Stało się - po 17 miesiącach śledztwa w niedzielę wieczorem prokuratura postawiła zarzuty uśmiercania pavulonem pacjentów Andrzejowi N., byłemu sanitariuszowi łódzkiego pogotowia. Po wielogodzinnym przesłuchaniu N. przyznał się, że zabił dwóch chorych i usiłował zabić trzeciego dla pieniędzy z handlu "skórami".

Prokuratura potwierdziła ustalenia dziennikarskiego śledztwa "Gazety" zawarte w reportażu "Łowcy skór": w łódzkim pogotowiu nie tylko masowo "handlowano skórami" - firmom pogrzebowym sprzedawano informacje o zgonach. Dla pieniędzy dopuszczano się także zabijania chorych.

Prokuratura zebrała dowody, że co najmniej jeden pracownik łódzkiego pogotowia - sanitariusz Andrzej N. - uśmiercał pacjentów pavulonem, środkiem zwiotczającym.

Został zatrzymany w niedzielę rano i cały dzień był przesłuchiwany. Wieczorem prokuratura postawiła mu zarzuty zabójstwa i skierowała do sądu wniosek o jego aresztowanie. W niedzielę wieczorem w sądzie Andrzej N. przyznał się, że dla pieniędzy zabił w karetce dwóch chorych i usiłował zabić trzeciego. Został aresztowany.

O tym, że Andrzej N. mógł dopuszczać się zbrodni, pisaliśmy 26 stycznia 2002 r. Opublikowaliśmy wtedy rozmowę z kierowcą pogotowia, który opisywał, jak sanitariusz zabijał pacjentów. Tu przypominamy jej fragment.

Spowiedź kierowcy

(Gazeta Wyborcza - 29 stycznia 2002 r.)

Nasz rozmówca jest od kilkunastu lat kierowcą w pogotowiu. Zgodził się mówić po naszym reportażu "Łowcy skór". Po rozmowie z nami poprosił o kontakt z prokuratorem apelacyjnym w Łodzi. Przekazaliśmy go w ręce funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego, złożył zeznania. Uwaga: usunęliśmy nazwiska lekarzy, dyspozytorów i sanitariuszy [inicjały są przypadkowe - red.] oraz daty wydarzeń.

(...) Jest człowiek, który uśmiercał ludzi. Jawnie, na oczach innych. To sanitariusz - miał ksywkę doktor "Ebrantil". "Ebrantil" to lek obniżający ciśnienie krwi. Serce staje i koniec.

(...) "Ebrantil" bierze z ul. Nawrot psychicznie chorego, wsiada do karetki, siada z tyłu z pacjentem i wieziemy go do szpitala Babińskiego. Ten pacjent był psychicznie chory, ale fizycznie zdrowy, braliśmy go, bo chciał przez okno wyskoczyć. Nawet mówił dość trzeźwo, realnie.

Jechałem z doktorem C., bardzo porządnym - podczas reanimacji często pot się z niego lał. A "Ebrantil" dochodzi do nas z tyłu i mówi: "Ja się tam na medycynie nie znam dobrze, ale on odpala. Nie żyje". Doktor mówi: "Zgrywasz się!" Ale patrzy: faktycznie! chyba nie żyje!

Lekarz skoczył w te pędy na tył karetki. - Jest tętno - mówi - ale będzie migotanie! Dawaj defibrylator [urządzenie do reanimacji - red.]!

A "Ebrantil" rusza się jak mucha w smole. Mówi do mnie: Jedź powoli! Ja - odwrotnie - w pedał gazu i do szpitala: poleciałem na izbę przyjęć i pędem na internę. Przyleciał lekarz, oddziałowi, zaintubowali porządnie, oddech wrócił.

(...)

Był przewóz ze szpitala Jonschera do Łowicza czy Łęczycy. Ta pacjentka była nieprzytomna, ale oddychała. Zresztą w szpitalu przecież ocenili, że stan nie zagraża życiu, bo wtedy nie byłoby długiego przewozu. Już leżała w karetce. Lekarz wyszedł na izbę, a "Ebrantil" krząta się po karetce. Mówi: "Byś odjechał trochę, bo dużo ludzi stoi obok".

No i ujechaliśmy kilometr, a "Ebrantil" z tyłu mówi: - Skręcaj do... [tu nazwa szpitala, obok którego mieści się firma pogrzebowa CZ. opisana w "Łowcach skór" - red.]. Nie będziemy robić tego przewozu, bo zmarła. Po kilometrze! Ja tam wykonuję, co mi każą. Podjechaliśmy: on tylko za komórkę i sprzedał "skórę" [przekazał firmie pogrzebowej informację o zwłokach]. Przerzucili zwłoki. Ale zdążył przyjechać syn pacjentki i wrzawa wyszła, bo syn nie zgodził się na zakład CZ.

"Ebrantil" do mnie: - Miałem taką "skórę" ugotowaną, ale mi nie wyszła.

(...)

Kolejna sytuacja na ul. Kopcińskiego. Wzywa nas przez radio dyspozytor J., nadaje nam wizytę i mówi tak "86 lat - niskieeee ciśnieeenieee, niskieeee ciśnieeenieee". Taką sugestię daje, bo wie, że akurat "Ebrantil" jest w karetce. Ten już strzykawy szykuje po drodze - widzę w lusterku - zajeżdżamy, a tu niespodzianka! Jest chora, ale leży w łóżku i papierosa pali. Uciekła skóra, nie udało się. Zgłoszenie było fałszywe.

(...) Dlaczego tak długo milczałem? A czy ktoś inny z ludzi, którzy tu pracują, dał jakiś sygnał, zgłosił to gdzieś? Teraz, po tym waszym reportażu, to wszystko pęka, musi pęknąć.

Do tej pory było tak: zakładałem klapki na oczy, zamknąłem się w sobie i jeździłem. Wreszcie coś pękło, trzeba to wszystko opowiedzieć. Nie można tego tolerować. Są tu przecież ludzie wspaniali, czyści jak łza i muszą funkcjonować w tym układzie. Ludzie pęknijcie!

Zaraz po rozmowie z nami kierowca złożył - wtedy w styczniu 2002 r. - zeznania w Centralnym Biurze Śledczym.

Załamał się na przesłuchaniu

Andrzej N. był przez kilkanaście lat sanitariuszem w łódzkim pogotowiu. Po wybuchu "nekroafery" został przez dyrektora stacji wyrzucony dyscyplinarnie za pijaństwo.

W weekend N. zatrzymali funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Jego przesłuchanie było kilkakrotnie przerywane - "Doktor Ebrantil" skarżył się na bóle serca, trzeba było wezwać do niego pogotowie, a nawet zawieść na kilkanaście godzin do szpitala.

Gdy lekarze uznali, że Andrzej N. jest zdrowy, prokuratura podstawiła sanitariuszowi trzy zarzuty: nieudzielania pomocy umierającym pacjentom (co namniej dwóch z nich zmarło), fałszowania recept, na podstawie których pobierano z apteki pogotowia do karetek w masowych ilościach pavulon, handlu informacjami o zgonach pacjentów (miał wziąć od właścicieli firm pogrzebowych co najmniej 30 tys. zł).

Pod koniec dwudniowego przesłuchania - zmieniono jeden z zarzutów. Zamiast nieudzielania pomocy pacjentom prokurator postawił Andrzejowi N. zarzut zabicia pavulonem - dla pieniędzy z handlu "skórami" - dwóch osób i usiłowania zabicia trzeciej.

Sanitariusz N. przez kilka ostatnich lat jeździł w zespole, który zużywał - bez żadnego uzasadnienia - najwięcej pavulonu. Ten sam zespół miał podczas interwencji najwyższą śmiertelność, w tym wiele przypadków zgonów pacjentów, których stan określano jako "dość stabilny".

Kilkakrotnie pisaliśmy, że pavulon pobierano z pogotowianej apteki na sfałszowane recepty - do listy leków zamówionych przez lekarza dopisywano go innym charakterem pisma. Nieoficjalnie ustaliliśmy, że biegli grafolodzy potwierdzili, iż pavulon dopisywał sanitariusz N.