Jak wygląda powszechny dostęp do broni w USA

Na kocu, jeden obok drugiego, leżały pistolety. Wypolerowane, lśniące, rozłożone na podstawowe elementy. Smith & Wesson model 629, tuż obok Walther PPK, SIG-Sauer P226 i słynny Colt Python, znany jako magnum. Dumny właściciel prezentował g najchętniej. Magnum w idealnym stanie chciał sprzedać za 300 dolarów. Bez żadnych pytań.

Postawny mężczyzna pozbywał się swojej kolekcji broni wraz z lodówką, telewizorem i stosem innych zbędnych przedmiotów. Wszystko to leżało porozkładane na trawniku przed jego domem na przedmieściach Waszyngtonu. Typowa sobotnia garażowa wyprzedaż.

Zgodnie z amerykańskim prawem mężczyzna nie musiał pytać nabywców broni ani o dokumenty, ani o zaświadczenie o niekaralności. Gotówka za pistolet plus pudełko nabojów gratis. To wszystko.

W amerykańskich domach przechowywanych jest 250 mln sztuk broni: od karabinków sportowych i kusz aż po karabiny maszynowe i działka przeciwlotnicze. Do tego dochodzi broń wojska, policji, organizacji paramilitarnych i klubów sportowych. Co pięć minut gdzieś w USA ktoś w obronie własnej wyciąga broń. Co piętnaście minut ktoś ginie od kuli.

Tylko w roku 1996 - według rządowych statystyk - w Ameryce w wyniku postrzału zginęło 4,5 tys. dzieci. Prawie 1,5 tys. spośród nich popełniło samobójstwo. Niemal trzy tysiące dzieci zginęło z rąk rówieśników. Co kilka dni pojawiają się nowe informacje o strzelaninach w szkołach i starannie zaplanowanych mordach przeprowadzanych przez uzbrojonych nastolatków.

Nikt nie wie, ilu kryminalistów kupuje codziennie broń. Ilu ludzi planujących zabójstwo zaopatruje się w pistolety i karabiny, korzystając z liberalnego amerykańskiego prawa i jego licznych luk. Mimo to każde wezwanie do ograniczenia prawa do posiadania broni spotyka się z krytyką potężnego lobby producentów i właścicieli broni oraz olbrzymiej części amerykańskiego społeczeństwa.

W przydrożnym barze na środku pustyni w Arizonie usłyszałem zapewnienie, że jedynie co setny pistolet sprzedany w USA zostanie kiedykolwiek użyty do dokonania przestępstwa. Mężczyzna z pistoletem za paskiem przysięgał mi, że nigdy w życiu nie odważyłby się użyć broni przeciw drugiemu człowiekowi. Kilka minut później dodał, że gdyby reprezentujący go kongresman zagłosował w Waszyngtonie przeciw danemu przez Boga prawu do noszenia broni, zacząłby pakować walizki i szukać schronienia. Nie czułby się bezpieczny.

Karabin na ścianie daje poczucie bezpieczeństwa

Amerykańscy liberałowie, którzy opowiadają się za ograniczeniem dostępu do broni, wskazują rozwiązania innych krajów. Trzy lata temu, gdy były instruktor skautowski zastrzelił w szkockim miasteczku Dunblane szesnaścioro dzieci i ich nauczycielkę, brytyjski rząd wprowadził niemal zupełny zakaz sprzedaży i posiadania broni.

W kwietniu 1996 r. niezrównoważony mężczyzna zastrzelił 35 osób w Port Arthur w Australii. Policja odkupiła wówczas od mieszkańców 640 tys. sztuk broni.

Ameryka potrzebuje prawa na miarę przyszłego stulecia, a nie XIX-wiecznego - napisała w ogłoszeniu opublikowanym w "New York Timesie" jedna z organizacji opowiadających się przeciw prawu do noszenia broni. Tymczasem skrajni zwolennicy prawa do noszenia broni cytują Ewangelię według Łukasza (22;36) i twierdzą, że sam Jezus zachęcał wyznawców do kupowania broni.

- Cesarstwo Rzymskie rozpadło się, bo odebrano obywatelom prawo do noszenia broni - przekonuje kalifornijski historyk Roger D. McGrath, intelektualna podpora lobby właścicieli broni. - To samo przytrafiło się Szkotom i Irlandczykom, gdy pozwolili się rozbroić Anglikom.

Wiele radykalnych organizacji, broniących prawa obywateli do broni, głosi, że tylko karabin na ścianie daje poczucie bezpieczeństwa i gwarantuje wolność. Wielu członków takich organizacji ma powiązania z tzw. milicjami - powołującymi się na doświadczenia kolonistów z XVIII-wiecznymi bojówkami przeciwnymi rządowi federalnemu.

Niektórzy z radykalnych działaczy posuwają się nawet do porównywania swych przeciwników z nazistami. Jedna z takich grup, działająca w Kolorado, na swojej stronie internetowej porównała ostatnie prezydenckie propozycje ograniczenia prawa do noszenia broni z wprowadzonym w III Rzeszy prawem zabraniającym obywatelom jej posiadania. Działająca na południu USA organizacja Żydzi na rzecz Zachowania Prawa do Posiadania Broni wydała nawet książkę zatytułowaną "Kontrola posiadania broni: Brama do dyktatury". Na okładce jest słynne zdjęcie Żydów wyprowadzanych z warszawskiego getta przez SS.

Zadbana broń w każdym domu

- Spójrzmy prawdzie w oczy: cała historia ludzkości została napisana z użyciem broni - mówiła na niedawnym zjeździe lobby producentów i właścicieli broni w Dallas Beverly M. DuBose III, znana kolekcjonerka z Atlanty. W swoim domu zgromadziła 300 rodzajów broni z czasów wojny secesyjnej. - Gdyby nie prawo do noszenia broni, nigdy byśmy nie wyrwali niepodległości z rąk Anglików.

W XVIII wieku osadnicy z 13 brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej musieli walczyć nie tylko z dziką naturą, ale także z Indianami, Holendrami, Francuzami i Hiszpanami. Nic więc dziwnego, że na przykład władze Georgii w 1770 r. wręcz nakazały dorosłym mężczyznom nosić broń.

Gdy Brytyjczycy próbowali odebrać Boston buntującym się przeciw Koronie osadnikom, ci postanowili powołać do życia obywatelską milicję. Ponieważ kolonii nie stać było na powołanie profesjonalnej armii, każdy dorosły biały mężczyzna miał mieć w domu broń "zadbaną i gotową do użycia". Broń miała być przechowywana nawet w tych domach, w których dorosłych białych mężczyzn nie było.

W roku 1789, gdy powstawało amerykańskie państwo, milicja miała być główną siłą gwarantującą bezpieczeństwo kraju. Dlatego w Konstytucji znalazł się - jako Druga Poprawka - zapis o prawie do noszenia broni: "Dobrze zorganizowana milicja jest niezbędna dla bezpieczeństwa wolnego państwa; prawo obywateli do posiadania i noszenia broni nie może być naruszone".

Nie byłoby legendy Dzikiego Zachodu, gdyby ktokolwiek wziął pod uwagę możliwości odebrania mężczyznom broni. Dopiero w roku 1939 Sąd Najwyższy uznał, że "posiadanie karabinów z uciętą lufą nie wpływa w żaden sposób na sprawność działania milicji, w związku z czym Druga Poprawka takiej broni nie obejmuje". Po raz pierwszy w historii USA ktoś komuś zakazał posiadania broni.

Od tamtej pory sądy w różnych stanach USA rozmaicie interpretowały konstytucyjny zapis. Wciąż jednak 31 stanów zezwala nie tylko na posiadanie broni, ale także noszenie jej w miejscach publicznych.

Jeden głos

W całej Ameryce regularnie odbywają się targi broni - wielkie jarmarki, na których producenci i handlarze broni prezentują swoje wyroby. Tylko podczas jednego weekendu w kwietniu 1999 roku w całych Stanach odbyły się 52 takie imprezy.

Zgodnie z przepisami federalnymi biorący udział w takich targach licencjonowani sprzedawcy muszą sprawdzać klientów. Kupujący wypełnia dokumenty, które następnie są porównywane z policyjną bazą danych. Takich sprawdzianów nie musieli jednak do niedawna dokonywać zwykli obywatele pozbywający się własnej, prywatnej broni. Nawet jeśli sami kupili ją pięć minut wcześniej.

Amerykański Kongres wielokrotnie próbował ograniczać prawo do noszenia broni i łatać niezliczone luki w już istniejącym prawie. Po kwietniowej strzelaninie w szkole średniej w Littleton w Kolorado, w której zginęło czternaścioro uczniów i nauczyciel, Senat odrzucił większość proponowanych przez liberałów poprawek do federalnego ustawodawstwa na temat broni. Ale gdy dokładnie miesiąc później, w dniu senackiej debaty na temat broni, uczeń szkoły średniej w Atlancie postrzelił sześcioro kolegów, Senat narzucił wszystkim sprzedającym na targach obowiązek sprawdzania kupujących. O wyniku głosowania zaważył jednak jeden głos, należący do przewodniczącego Senatu, wiceprezydenta Ala Gore'a.

Wschodnie Wybrzeże myśli inaczej

Lobby właścicieli i producentów broni uważane jest za jedno z najpotężniejszych na waszyngtońskim Kapitolu. Narodowe Stowarzyszenie Broni ma potężnych zwolenników - kilku kongresmanów zasiada w jego radzie nadzorczej, prezesem jest znany aktor Charles Heston. Wiele innych gwiazd chętnie bierze udział w reklamach stowarzyszenia.

W Kongresie linia podziałów podczas głosowań nad ustawami o broni nie biegnie wzdłuż linii partyjnych podziałów. Ani republikanie, ani demokraci nie odważyliby się narzucić swym członkom w tej sprawie dyscypliny partyjnej.

Kongresmani ze stanów, w których broń jest świętością, będą więc zgodnie głosować przeciw kongresmanom z dużych miast Wschodniego Wybrzeża, gdzie broń kojarzy się z gangami handlarzy narkotyków i strzelaninami na ulicach ubogich dzielnic. - Kontrola posiadania broni to u nas temat równie skomplikowany jak aborcja - przyznał niedawno republikanin z Wirginii, Tom Davis. - Słuchasz więc dokładnie tego, co mówią twoi wyborcy, a nie tego, co chcą ci narzucić partyjni szefowie.

Za lobby producentów i właścicieli broni stoją jednak nie tylko wyborcy, ale przede wszystkim pieniądze przemysłu zbrojeniowego. Co roku Amerykanie kupują kilka milionów sztuk rozmaitej broni, od niewielkich damskich pistolecików po karabiny maszynowe. W roku 1998 amerykańskie fabryki wyprodukowały pistolety i karabiny oraz amunicję do nich o łącznej wartości 1,5 mld dolarów.

Po zakazie

Zaostrzenia w prawie regulującym produkcję i posiadanie broni są coraz większe. Ale co z tego? Producenci nauczyli się je obchodzić. Pisał o tym niedawno "New York Post".

Navegar, niewielka firma zbrojeniowa z Miami, rozpoczęła pod koniec lat 70. produkcję pistoletu półautomatyczego. Firma nazwała swój produkt KG-9. Dziewiątka to kaliber, a K i G to pierwsze litery nazwisk właścicieli Navegaru. W roku 1982 znienawidzona przez radykalną opozycję federalna Agencja ds. Alkoholu, Tytoniu i Broni Palnej uznała, że KG-9 może łatwo zostać przerobiony na broń w pełni automatyczną. Zgodnie z wcześniejszymi zaostrzeniami przepisów nie może być więc sprzedawany na wolnym rynku.

Navegar tymczasem spokojnie zmienił nazwę pistoletu na KG-99. Ten prosty zabieg sprawił, że mógł być on nadal - do czasu zakończenia kolejnego długotrwałego dochodzenia - legalnie sprzedawany.

W roku 1985 Agencja ponownie zakazała sprzedaży KG-99. Navegar tym razem odrobinę zmienił konstrukcję pistoletu i nadał mu nową nazwę, tym razem - TEC-9. Pistolet ponownie trafił do sklepów. Kolejna odsłona historii KG-9 nastąpiła w roku 1992, gdy władze Dystryktu Kolumbii (na terenie którego leży Waszyngton) wprowadziły zakaz jego sprzedaży. Popyt na TEC-9 był jednak tak duży, że Navegar raz jeszcze zastosował swój stary chwyt. Pistolet nazywa się teraz TEC-DC9. DC to skrót od angielskiej nazwy "District of Columbia".

W roku 1994 Kongres USA zakazał w ogóle sprzedaży broni półautomatycznej, a więc i TEC-DC9. Navegar po raz kolejny przechytrzył władze: ponownie zmienił konstrukcję i na- dał pistoletowi kolejną nazwę - AB-10. AB to skrót od angielskiego zwrotu "after the ban", czyli "po zakazie".

W kwietniu tego roku pistoletu TEC-DC9 użył jeden z zabójców z Littleton. W maju w jednym z branżowych pism ukazała się reklama AB-10. Producent, na zamówienie, proponuje obicie kolby specjalnym materiałem, który prawie uniemożliwia zdjęcie z pistoletu odcisków palców.