Chrzanowski: Gdyby Sąd Lustracyjny uznał, że byłem agentem, to byłoby przekreślenie mojego życia

11-12-03-2000. Chrzanowski opowiada o swoim życiu, więzieniu przez UB, nachodzeniu i represjonowaniu przez SB

Chrzanowski, Wiesław. Profesor prawa, KUL. Senator AWS, Marszałek Sejmu 1991-1993, założyciel ZChN

11-12-03-2000. Chrzanowski opowiada o swoim życiu, więzieniu przez UB, nachodzeniu i represjonowaniu przez SB

Ewa Milewicz: Czy podpisał Pan dokument o współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa?

Wiesław Chrzanowski: Tak, w 1946 r., kiedy UB aresztowało mnie i starszych kolegów z komendy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, m.in. Tadeusza Łabędzkiego, wuja Stefana Niesiołowskiego. Tajniacy zgarnęli mnie z ulicy Wolskiej i swoim autem, tzw. cytrynką, zawieźli do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Alejach Ujazdowskich. Przesłuchiwali mnie pięć dni, prawie non stop.

Siedział Pan w piwnicach MBP, gdzie torturowali ludzi?

- Nie, tam mnie nie spuszczono. Przesłuchiwali mnie na górze, w pokoju, w którym stał tylko stół, krzesło. Oni się tam dopiero zagospodarowywali.

Śledczy, jak to zwykle u nich bywało, się zmieniali, a ja cały czas siedziałem. Czasem byłem sam przez może godzinę i drzemałem oparty o stół.

Dlaczego Pana zamknęli?

- Byłem dla nich atrakcyjny jako szef Chrześcijańskiego Związku Młodzieży "Odnowa". Liczyli, że kiedy mnie zwerbują, będą mieli wpływ nie tylko na tę młodzieżową organizację, ale i na istniejące jeszcze Stronnictwo Pracy i Stronnictwo Narodowe.

Te przesłuchania w MBP dały mi pewną wiedzę o tym, jakie osoby ich interesują.

Bili?

- Nie. Byłem w rękach departamentu operacyjnego. Gdyby zostawili mnie na dłużej, tobym trafił do departamentu śledczego, a tam bili. Mnie tylko straszyli. Choć mniej więcej w tym samym czasie zatłukli tam Łabędzkiego.

Wiedział Pan wtedy, że go zabili?

- Wiedziałem, że go posadzili. Że nie żyje, dowiedziałem się już po wyjściu.

Czy wiedział Pan, że UB morduje i torturuje?

- Nie miałem wątpliwości. Moi koledzy już w 45 r. zostali w Krakowie aresztowani i pobici.

Czym UB Pana straszyło?

- To były półsłówka. Mówili, że miałem związek z organizacją, która prowadziła działalność szpiegowską, wrogą, że może to mieć najcięższe konsekwencje. Wtedy każdy wiedział, że to oznacza karę śmierci. Wyjaśniali, że na razie muszą, ze względu na stosunki międzynarodowe, tolerować zasady demokracji i istnienie organizacji narodowych, ale w przyszłości nastąpi szczęśliwy finał i staniemy się jedną z republik ZSRR.

Mówili Panu na "ty"?

- Mówili "pan" albo "wy".

A czego chcieli od Pana?

- Uważali, że mogę oddziaływać na młodzież. Poza tym chcieli mnie wypuścić na wabia. Liczyli na to, że gdy wyjdę stamtąd, nawiążą ze mną kontakt ludzie podziemia i to pozwoli na ich ujęcie. Zaproponowali mi podpisanie współpracy.

Sam Pan musiał to napisać?

- Nie, podpisałem to, co oni mi przedstawili.

Jaki był Pana tok rozumowania?

- Pozostanie tam oznaczało dalsze śledztwo. Nie wiedziałem, ile będę w stanie wytrzymać. Pomyślałem, że udało mi się zorientować, co interesuje UB i że jeśli wyjdę, to będę mógł ostrzec kolegów.

Zastanawiał się Pan, jak wytrzymać tortury?

- To było największe napięcie.

Znał Pan opisy tych wszystkich tortur? Wyrywanie paznokci, konwejer, bicie w pięty? Zetknął się Pan z takim maltretowaniem?

- Pisała o tym ówczesna prasa drugiego obiegu. Jestem bardzo ostrożny w powtarzaniu tych opisów. Czasem ludzie, którzy wyszli, powtarzają coś, czego nie doznali i nie widzieli. Później, kiedy siedziałem sześć lat, najgorszą rzeczą, jaką widziałem, były stójki - stanie nago przez ileś nocy przy otwartym oknie. Obrysowywali stopę. Jak się człowiek ruszył, to oblewali wodą. Stałem na stójce tylko raz, i to nie w nocy. Ale to było później.

Jak długo zastanawiał się Pan nad podpisaniem współpracy?

- Przez pięć dni.

Co Pan myślał?

- Że trzeba podpisać, wyjść, zawiadomić kolegów, że podpisałem i co wiem, i uciec za granicę. Za złamanie zobowiązania groziła kara śmierci. Myślałem, jak przekroczyć granicę.

Brał Pan pod uwagę to, żeby nie podpisać?

- Oczywiście.

Co przeważyło za tym, żeby podpisać?

- To był czas, gdy byliśmy nastawieni, że choć wojna się skończyła, to walka trwa i trzeba w niej, dopóki można, uczestniczyć.

Co było dla Pana tym "uczestnictwem"? B

- Wyjść i działać, choćby za granicą. W pewnym momencie ubecy uznali, że wstępna faza dobiegła końca i spytali, na co się decyduję. Powiedziałem, że podpiszę. Dali mi pseudonim "Emil". Zapowiedzieli, że będą się zgłaszać.

Na drugi dzień po wyjściu wszystko to opisałem i siostra, która była w konspiracji, przekazała mój meldunek Tadeuszowi Macińskiemu "Prusowi" ze Stronnictwa Narodowego. Ten meldunek zachował się w archiwum tajnego Stronnictwa Narodowego, które wpadło w ręce UB. Włączono go w akta mojego procesu przed sądem wojskowym. Ostrzegłem jeszcze kilka osób.

Zacząłem się ukrywać na lewych papierach, dwa miesiące siedziałem w więzieniu na tych papierach, ale mnie nie rozpoznali. Nie udało mi się zorganizować przerzutu za granicę.

Nie szukało Pana UB wtedy, gdy się Pan ukrywał?

- Szukali. Przyszli do mojej mamy i siostry. Podali się za moich kolegów. Akurat byłem w domu i mama zasunęła mnie za szafą. Później już nie ryzykowałem wizyt w domu. A oni byli przekonani, że uciekłem za granicę.

I ujawnił się Pan po amnestii w marcu 1947 r.

- Wtedy ujawniło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Miałem znajomego adwokata, mec. Bagińskiego, a ten miał znajomego prokuratora, chyba Mioduskiego, z prokuratury wojskowej. On zagwarantował, po porozumieniu z UB, że nie ma obaw. Mogę wyjść.

I po półtora roku wsadzili Pana.

- Jeszcze jak się ukrywałem, zaczęliśmy wydawać "Kolumnę Młodych" w "Tygodniku Warszawskim" [pismo o profilu katolickim związane ze Stronnictwem Pracy - przyp. E.M.]. Prowadziliśmy też kursy katolickiej nauki społecznej w warszawskich parafiach. I 4 listopada 1948 r. przyszli po mnie o piątej rano do domu. Rewizja. Zawieźli mnie do MBP i wprowadzili do gabinetu majora Wiktora Herera. Znałem go przelotnie z SGH. I on mi powiedział, że UB do końca życia mi nie zapomni, że nie wywiązałem się z podpisanej współpracy.

O co pytał?

- Pierwsze pytanie: żebym opowiedział o swojej działalności szpiegowskiej. Odpowiedziałem, że nie prowadziłem takowej. On na to: Jeszcze zobaczymy, jak to było. I mówi mi, że będę tu siedział ileś lat, że stracę widoki na przyszłość, że tak i tak nic się nie zmieni w Polsce.

I namawiał Pana na współpracę z UB?

- W sposób zakamuflowany. Mówił mi, żebym zmienił swój stosunek do nich. Straszył, ale w sposób ograniczony. Mówił np., że są ludzie, którzy tu wprawdzie długo siedzieli, ale potem się odnaleźli na wolności, w nowej rzeczywistości.

W jakim sensie straszył Pana w sposób ograniczony?

- Nie groził wyrokiem śmierci, tylko więzieniem.

Posadzili Pana w piwnicy?

- Tak, w izolatce, bez mebli i okna, ciemno. Cela miała 120-150 cm na dwa i pół metra.

Zimno?

- Nie, chłodno. Zabrali pasek, sznurowadła. Dawali zupę, trzy razy dziennie. Po tygodniu przenieśli mnie do innej celi. Tam siedziało kilkanaście osób.

Jak często przesłuchiwali?

- Rzadko. Siedziałem tam cztery miesiące z kawałkiem. Właściwe śledztwo zaczęło się na Mokotowie. Przewieźli mnie do X pawilonu śledczego, prywatnym autem, żeby na ulicy nie było widać, że wiozą więźnia. Tam się zaczęło nieprzyjemne śledztwo.

Na czym polegała ta nieprzyjemność?

- Na biciu, na tzw. kołku, na staniu przez wiele godzin, na stójkach. Ja stójkę miałem tylko raz, w Wigilię 1949, ale w dzień, nie w nocy.

Bili Pana?

- Coś mi pękło od tego w brzuchu, ale to nie była wielka rzecz. Był tam więzień - Niemiec, esesman, lekarz. I on, gdy się zgłosiłem po przesłuchaniu, zakwalifikował mnie do szpitala. I mnie zoperowali. Miało to dla mnie pewien skutek pozytywny. Ja nie miałem być traktowany aż tak brutalnie, najgorsze metody były zarezerwowane dla tych, którzy wystąpili z akcjami zbrojnymi.

Czyli oni uznali, że przesadzili, bijąc Pana?

- Byli trochę zdetonowani.

Czym bili?

- Ręką. To moje śledztwo nie należało do bardzo ostrych.

Mówił Pan o torturze stania.

- Śledztwa trwały wiele godzin. Stać trzeba było nieruchomo.

A kołek?

- Sadzali na nodze odwróconego stołka. Ale na to była metoda. Trzeba było w celi zmoczyć ręcznik, skręcić i włożyć między nogi. To bardzo osłabiało efekt kołka. Trzeba było robić wielce bolesną minę.

Skąd były ręczniki?

- Mieliśmy.

Grozili Panu karą śmierci?

- Owszem. Oskarżali mnie przecież o próbę obalenia ustroju siłą, a to było przestępstwo zagrożone karą śmierci. Tą siłą miało być stworzenie ruchu katolicko-narodowego, który w razie trzeciej wojny światowej miał doprowadzić do obalenia ustroju za pomocą armii państw kapitalistycznych.

Grozili, że coś się stanie mamie i siostrze?

- Nie przypominam sobie. Ale wiedziałem, że mama wysyła mi paczki żywnościowe (paczki można było wysyłać raz na tydzień), a ja ich prawie nie dostawałem. Był to dla mnie sygnał, że coś się w domu stało. To była ich metoda.

Sześć lat Pan przesiedział.

- Bez czterech miesięcy.

Wronki, Rawicz. Jak tam było?

- We Wronkach po moim przyjeździe akurat zaczął się ciężki okres. Po kilku miesiącach cela karna - 12 osób na ośmiu metrach kwadratowych.

Teraz tam są dwie cele połączone i na 16 metrach siedzi czterech więźniów. Byłem tam w 1991 r. jako minister sprawiedliwości.

Pierwsze noce po przewiezieniu do Rawicza w styczniu 1954 r. były bardzo nieprzyjemne. W piwnicznej celi było wybite okno, a na dworze minus 30 stopni. Ogrzewaliśmy się nawzajem swoimi ciałami.

Jak to możliwe - 12 osób na ośmiu metrach?

- Jeden siennik wypadał na 2,5 osoby. Okno pod sufitem. Cztery letnie miesiące przesiedziałem tam bez widzeń, listów i bez spacerów. Było strasznie gorąco i duszno.

Na początku dawali gazetę i książkę. Potem na dwa lata zabrali i gazety, i książki. Nawet pocięte gazety, których używaliśmy do celów higienicznych, zabrali.

Co się tam robiło całymi dniami?

- Ważni byli ludzie, którzy umieli opowiadać. Takim znakomitym opowiadaczem był Adam Grabowski, przedwojenny zastępca redaktora naczelnego "Czasu" krakowskiego. Opowiadał nam Prousta, choć to bardzo trudne do wykonania. To było pierwsze moje zetknięcie z Proustem. Jak tylko wyszedłem, to sobie kupiłem "W poszukiwaniu straconego czasu" i porównywałem. Ja z kolei prowadziłem wykład z teorii prawa.

Po jakimś czasie zezwolili na widzenia z matką i siostrą. To były widzenia trzyminutowe, dopiero w Rawiczu były już widzenia dłuższe, dziesięciominutowe.

We Wronkach widzenia były przez klapę. Po jednej i drugiej stronie stali strażnicy i jak coś się im nie spodobało, to naciskali klapę i był koniec widzenia.

Ile lat miała wtedy Pana matka?

- 61.

W Rawiczu było gorzej czy lepiej?

- We Wronkach można było mieć jedną parę wełnianych skarpet. Rodziny przysyłały więc nam zamiast skarpet pończochy. W Rawiczu można było mieć tylko więzienne onuce. We Wronkach można było mieć wełniany sweter, a w Rawiczu obowiązkowa była drelichowa kurtka, a było tam bardzo zimno. To było przykre.

Na szczęście działała więzienna konspiracja. Zauważyli mnie ludzie ze szpitala, którzy znali mnie z wolności. Wzięli na leczenie. Byłem tam dwa miesiące, gdy było najzimniej.

Ile Pan ważył wtedy?

- Sześćdziesiąt kilka kilo, przy 184 cm wzrostu. Ale ja z natury byłem chudy.

Proponowali Panu w więzieniu podpisanie współpracy i wcześniejsze wyjście?

- Nie.

Wyszedł Pan na przerwę w karze w 1954 r.

- To był lipiec. W grudniu Rada Państwa zawiesiła mi wykonanie kary na dwa lata. W 1956 r. Sąd Najwyższy mnie zrehabilitował. Zacytuję pani fragment wyroku Izby Karnej SN: "Propagowanie ideologii katolickiej na łamach prasy, czy też w inny dozwolony sposób, nie stanowi w ustroju państwa polskiego, zapewniającego obywatelowi wolność sumienia i wyznania - działalności przestępczej". I dalej: "Niezależnie od powyższego łączenie działalności oskarżonych z tak odległym celem, jakim miała być w przypadku III wojny zmiana ustroju przy poparciu sił imperialistycznych, uznać należy jako dowolne, tym bardziej że z zebranego w sprawie materiału dowodowego nie wynika, by oskarżeni tego rodzaju zamiar choć pośrednio przejawili".

Znalazł Pan pracę?

- W zawodzie prawnika - nie. Znalazłem zajęcie kontysty w "Ruchu", za grosze. Na dodatek nic tam nie miałem do roboty. Siedziałem więc bezczynnie cały dzień, co prawda w miłej atmosferze, bo jakoś poszła wieść, że siedziałem jako polityczny w więzieniu. Nie mówiło się o tym oczywiście ani słowa, ale koleżanki w pracy okazywały mi dużo sympatii.

Potem miałem umówioną lepszą pracę w wodociągach, ale w ostatniej chwili kadrowa powiedziała mi: "Niestety, nie zatwierdzono pana kandydatury".

Przechowywałem się w spółdzielniach spożywców jako pomocnik radcy prawnego. Prowadziłem tam na ogół sprawy o manka, nieraz dziesięć dziennie. Po rehabilitacji w 1956 dostałem się na aplikację adwokacką. Byłem przewodniczącym samorządu adwokackiego.

Teraz czasem ktoś mnie pyta: dlaczego ciebie broni przed Sądem Lustracyjnym aż trzech adwokatów? A odpowiedź jest taka: z Tadeuszem de Virionem w jednym pokoju akademickim mieszkaliśmy w 1945 r., z Jankiem Ciećwierzem i Czesiem Jaworskim [szef Naczelnej Rady Adwokackiej - przyp. E.M.] aplikację razem robiliśmy. I jeszcze de Virion, kiedy siedziałem, był świadkiem na ślubie mojej siostry. To moje grono przyjaciół.

Mogłem sam się bronić, ale w takiej sprawie, gdzie jest jednak pewne napięcie nerwowe, poleganie tylko na sobie nie jest słuszne. Zresztą oni sami się zaofiarowali. To dla mnie jest...

Nie skończył Pan zdania.

- To wyraz przyjaźni, okazywany w momencie, gdy ktoś jest w przykrej sytuacji. Prasa odnotowała, że gdy wyszliśmy po uniewinniającym mnie wyroku Sądu Lustracyjnego I instancji, to żeśmy się uściskali. Normalnie człowiek się nie ściska ze swoim obrońcą.

Przez 21 lat minister sprawiedliwości odmawiał wpisania Pana na listę adwokatów.

- Tak. Bardzo ładnie zachowało się wobec mnie środowisko adwokackie. Trzykrotnie Rada Adwokacka głosowała za wpisaniem mnie na listę adwokatów. Co więcej - zawsze jednogłośnie, co oznacza, że za wpisaniem mnie głosowali także członkowie PZPR.

A minister ciągle składał weto. Gdzie Pan dalej pracował?

- Po spożywcach pracowałem w Centralnym Związku Spółdzielni Budownictwa Mieszkaniowego, a w 1972 r. przeszedłem do Spółdzielczego Instytutu Badawczego. Wcześniej prof. Adam Podgórecki proponował mi, żebym został u niego asystentem na uczelni i prowadził zajęcia z socjologii prawa. Okazało się jednak, że wykluczone, abym mógł pracować z młodzieżą.

Nachodziła Pana w tamtym czasach SB?

- W 1960 r. aresztowano grupę młodzieży (był tam też Henryk Goryszewski), a mnie potraktowano jako inspiratora ich działalności samokształceniowej. Byłem przesłuchiwany. Różni znajomi mnie ostrzegali, że byli wzywani przez SB i wypytywani o mnie.

Jak się wprowadzaliśmy w 1966 r. z matką do tego mieszkania, w którym teraz z panią rozmawiamy, to prezes spółdzielni mieszkaniowej Lipski ostrzegł mnie, że mam zamontowany podsłuch.

Radziłem się przyjaciela, specjalisty od elektroniki, czyby nie poszukać tego podsłuchu, ale mi odradził. Mógł być wszędzie. W moich aktach są notatki SB z tego podsłuchu.

Jak się żyje przez cały dzień na podsłuchu?

- Znajomych, o których sądziłem, że mogą coś niepożądanego powiedzieć, uprzedzałem, że wiem z anonimu o podsłuchu w mieszkaniu. Byłem pewny, że mam podsłuch w telefonie. I rzeczywiście, w aktach sądowych była np. adnotacja o takim drobiazgu, że dzwonił do mnie Wojtek Karpiński i zmienił godzinę swojej wizyty. Czytali listy do mnie. Są ślady w aktach.

W 1992 r., po tym jak Antoni Macierewicz ogłosił swoją listę współpracowników UB i SB, a ja byłem marszałkiem Sejmu, wicemarszałek Józef Zych pojechał do MSW zajrzeć do mojej teczki. Po powrocie powiedział: "To nie są akta o człowieku, ale na człowieka".

W 1973 r. wezwali Pana do Pałacu Mostowskich - do Stołecznej Komendy MO.

- W 1972 i 1973 pojechałem z wycieczkami Orbisu za granicę. Do tego czasu odmawiali mi paszportu. Zwróciłem się z prośbą o interwencję do ówczesnego redaktora naczelnego "Polityki" Mieczysława Rakowskiego. I dostałem paszport.

Kiedy wróciłem z Hiszpanii, wezwała mnie SB. Powiedzieli, że dając paszport, okazali mi zaufanie, a ja mimo to utrzymuję podejrzane kontakty. Obserwowali mnie zresztą także w trakcie wycieczki. Wynikało to z ich wypowiedzi o tym, jakimi zabytkami się interesowałem podczas wycieczki. Notatki SB w tych sprawach były każdorazowo doręczane ministrowi sprawiedliwości, gdy ubiegałem się o wpisanie na listę adwokatów.

Czy wtedy w Pałacu Mostowskich SB chciała, aby Pan coś podpisał?

- Nie, oni mnie ostrzegali, że przecież przygotowuję doktorat, a utrzymywanie podejrzanych kontaktów może mi "skomplikować" uzyskanie doktoratu.

Jakich kontaktów?

- Prowadziłem spotkania duszpasterstwa akademickiego w kościele św. Trójcy, brałem udział w pracach komitetu organizacyjnego budowy pomnika Zgrupowania AK "Harnaś" na Powązkach, w pracach Zespołu Informacyjnego przy prymasie Stefanie Wyszyńskim. Oni co prawda wtedy nie chcieli procesów, ale miałem w pamięci wypadki grudniowe w 70 r. i brutalność ówczesnych władz.

Wtedy w Pałacu Mostowskich przypomniałem esbekowi, że w 46 r. ukrywałem się przed UB i nie wywiązałem się z podpisanej współpracy, więc żeby znów nie próbował. On się zarzekał, że wezwał mnie tylko po to, aby ostrzec przed utrzymywaniem podejrzanych kontaktów.

Trwało to kilka godzin. Zostawiał mnie na trochę w pokoju samego, po to, jak sądzę, żeby zasiać niepokój, czy w ogóle mnie wypuści. Na koniec spytał, czy jeśli będzie mnie wzywał do Pałacu, to czy będę przychodził.

Odpowiedziałem, że nie widzę sposobu, aby odmówić.

Dlaczego?

- Mieszkałem z matką i nie chciałem jej narażać na wizyty SB. On zaczął rozważać, czy spotykać się ze mną w urzędzie, czy w kawiarni. Wolał, aby to się odbywało, jak to określił, "na gruncie neutralnym".

Zgodziłem się na kawiarnię. Trzeba zdawać sobie sprawę, jaki to był czas w Polsce. To nie było tak jak po 76 r., kiedy zaczęła funkcjonować opozycja i czuło się solidarność ludzką. Początek lat 70. to czasy tzw. małej stabilizacji. Wprawdzie ludzie byli niechętnie nastawieni do systemu, ale nie wierzyli w zmiany i przede wszystkim chcieli żyć w spokoju. Jeśli ktoś chce się "wychylać", to niech to robi na własny rachunek.

Dopiero kiedy przeczytałem swoje akta, zrozumiałem, dlaczego w tamtych czasach tak się zmieniło grono moich znajomych. Jak ich SB indagowała na mój temat, oni instynktownie starali się rozluźnić ze mną kontakty.

To była metoda nacisku stosowana przez SB. Oprócz hamowania kariery zawodowej starali się wytworzyć pustkę wokół człowieka.

Dlaczego wybrał Pan kawiarnię, a nie urząd?

- Wtedy, w 1973 r., spotkanie z esbekiem w kawiarni miało taką zaletę, że on się musiał liczyć z otoczeniem, ja mogłem w każdej chwili rozmowę przerwać. Rozmowa na ich terytorium była tak naprawdę postacią ograniczenia wolności, bo bez przepustki z Pałacu Mostowskich nie można było wyjść.

Przysłał Panu ten esbek wezwania?

- Telefonował. Spotykaliśmy się w kawiarni koło hotelu Warszawa.

Spotkał Pan tam kiedyś jakiś znajomych?

- Nie.

B

I czego chciał ten esbek?

- Stale mnie przestrzegał. Zarzucał mi, że się spotykam z nieodpowiednimi osobami. Mówił, że życie jest krótkie, że doktorat, że oni gotowi są mi pomóc w reformowaniu spółdzielczości mieszkaniowej.

A co Pan mu mówił?

- Odpowiadałem zdawkowo. Mówiłem, że osoby, o które pytał, nie są podejrzane, lecz pozytywne.

Proponował Panu podpisanie jakiegoś dokumentu?

- Nie. Proponował mi, abym zrobił analizę sytuacji w spółdzielczości mieszkaniowej. Odpowiedziałem, że piszę tego rodzaju analizy, ale tylko do pism prawniczych.

Dał panu pseudonim "Spółdzielca".

- Tak. Postawił wniosek do swoich władz, aby mnie wpisać na listę tajnych współpracowników. Macierewicz na tej podstawie w 92 r. wykazał mnie jako współpracownika SB.

Jest tam Pana podpis?

- Ależ skąd!

I jak się skończyły kontakty Pana z tym esbekiem?

- 28 października 1975 r. zmarła moja matka. W tym czasie on do mnie ciągle wydzwaniał. Chciał się wypytać o przygotowywane poświęcenie przez prymasa tablicy Orląt Lwowskich w katedrze.

Spotkałem się z esbekiem w połowie listopada. Powiedziałem, że nie widzę już możliwości dalszego spotykania się z nim.

Miało to związek ze śmiercią Pana matki?

- Matka, gdy umarła, miała 82 lata. Nie chciałem jej w to wszystko wtajemniczać. Gdyby SB zaczęło do mnie przychodzić do domu, byłoby to trudne dla matki, a może nawet niebezpieczne dla jej zdrowia.

2 czerwca 1992 r. wieczorem wyszedł po Pana na lotnisko minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz, pana zastępca w ZChN. Wracał Pan wtedy, jako marszałek Sejmu, z wizyty w Australii. Co Panu powiedział? "Byłeś współpracownikiem SB"?

- Powiedział: "Są na twój temat niepokojące informacje o współpracy z SB". Odpowiedziałem, że tym nie trzeba się przejmować.

Bo?

- Byłem przekonany, że chodzi mu o rok 46. A on na to: "Nie, to są sprawy z lat 70.". Zaskoczył mnie. Na lotnisku powiedział: "Jesteś wykazany jako współpracownik" i że on to musi przekazać Sejmowi, szczególnie że te dane zna Wałęsa i jego otoczenie.

Następnego dnia byłem w jakichś sprawach u prezydenta Wałęsy. Odprowadzał mnie do auta Wachowski i powiedział: "Podobno są na pana jakieś dokumenty".

Rozmawiał Pan wcześniej o tym z Wałęsą?

- Nie przypominam sobie.

Wiedział Pan już wtedy, że Wałęsę też Macierewicz umieścił na listach agentów?

- Nie, chyba nie wiedziałem, choć po moim przylocie przyjechaliśmy z Macierewiczem tutaj, do mojego mieszkania, i przy tym stole rozmawialiśmy.

Zrobił mu Pan herbatę?

- Chyba tak.

Co on Panu mówił? "Musisz ustąpić ze stanowiska marszałka"?

- Nie. Mówił, że są tam dokumenty na wiele osób, np. na Moczulskiego, szefa KPN. Powiedział mi zresztą, że ode mnie pojedzie do wicemarszałka Sejmu Dariusza Wójcika z KPN. Myślał, że posłowie KPN pozbędą się Moczulskiego i zagłosują za rządem Jana Olszewskiego.

Mówił to Panu?

- Tak.

Powiedział Panu, że był Pan współpracownikiem SB?

- Nie. Potem odbywały się różne zebrania organów ZChN i on tam powtarzał, że materiały nie wskazują, żebym ja donosił. On cały czas wtedy podkreślał, że musi mnie "wykazać", bo są na mnie papiery.

W książce "Lewy czerwcowy" Macierewicz wyraźnie mówi, że na jego liście zostali umieszczeni ci, którzy w aktach figurowali jako tajni współpracownicy.

- On w piśmie do Sejmu stwierdzał, że podaje informacje o zasobie archiwalnym, a nie o tym, czy ktoś był współpracownikiem, czy nie. Natomiast później, w wywiadzie dla "Gazety Polskiej", powiedział, że wszyscy, którzy zostali przez niego wskazani, byli tajnymi współpracownikami.

W wywiadzie dla "Angory" w 96 roku dziennikarz spytał go, czy na jego liście była choć jedna osoba, co do której nie ma pewności, czy współpracowała. Macierewicz odpowiedział: "nie, chyba nie".

- Tak, on mówił różnie. Jak był wykluczany w 92 r. z klubu ZChN, to powiedział, że przeprasza, że mógł skrzywdzić niektóre osoby. Na zebraniu zarządu ZChN odtworzony został z taśmy jego wywiad dla Radia Zet, w którym po pytaniu o moją osobę po chwili milczenia zaczął mówić, że nawet ludziom zaangażowanym w zmagania z systemem zdarzały się chwile słabości.

W wewnętrznych gremiach ZChN mówił, że byłem zarejestrowany jako współpracownik, ale że nie ma materiałów, które by o tym świadczyły. Jeszcze kilka lat temu, gdy zeznawał w trakcie sprawy, którą wytoczyłem redaktorowi naczelnemu "Gazety Polskiej" Piotrowi Wierzbickiemu o nazwanie mnie konfidentem, Macierewicz nie twierdził nic jednoznacznego. A potem w "Gazecie Polskiej" miał już pewność.

Tego pierwszego dnia, gdy mi powiedział, że mnie "wykaże", to nawet mnie tak niby pocieszał, że pewien człowiek jest w gorszej niż ja sytuacji, bo nie ma na niego żadnych akt. To było specyficzne rozumowanie, że jak na kogoś nie ma żadnych akt, to jego sytuacja jest niedobra. A co do mnie jest nawet notatka, że o nikim nie chciałem powiedzieć niczego kompromitującego.

Często Macierewicz bywał u Pana w domu?

- Poznałem go w czasie pierwszej "S". Wtedy działał w radzie programowej przy Ośrodku Prac Społeczno-Zawodowych przy Komisji Krajowej "S". Przewodniczącym był tam Bronisław Geremek, a ja jego zastępcą.

Kiedy w 1989 r. tworzyliśmy ZChN, jego środowisko - "Głosu" - chciało do nas dołączyć. Do niego była nieufność. Ja go osłaniałem, bo chciałem, aby ZChN skupiał różne środowiska.

Skąd się brała ta nieufność?

- Był wcześniej członkiem KOR. Były wieści, że miał poglądy lewicowe, cenił Che Guevarę. Poza tym chociaż był już w ZChN, chciał ciągle utrzymywać swoich ludzi jako grupę nacisku. Kiedyś powiedział mi: "jesteśmy małą, ale bardzo ambitną grupą".

Często więc u Pana bywał?

- Wiele razy, bo tu, w moim mieszkaniu, zbierały się różne organy ZChN.

Wróćmy do 3 czerwca 1992 r. Wiedział już Pan po powrocie z Australii, że Macierewicz lada dzień "wykaże" Pana na swojej liście. Co Pan wtedy zrobił?

- Poszedłem do Sejmu. Wtedy okazało się, że wicemarszałek Sejmu Jacek Kurczewski, który prowadził obrady 28 maja, gdy posłowie uchwalali uchwałę lustracyjną, nie chce jej podpisać, bo nabrał wątpliwości.

Wydało mi się to trochę dziwne. Przecież podpis oznaczał tylko tyle, że uchwała została podjęta, a to było niewątpliwe. Więc ja ją podpisałem.

Jak Pan dostał kopertę ze swoim nazwiskiem?

- 4 czerwca w trakcie zebrania Konwentu Seniorów przyszła wiadomość, że przybyli wysłannicy MSW i wręczają szefom klubów koperty z nazwiskami posłów. Samego momentu wręczenia nie pamiętam. Sądzę, że kopertę przyniosła mi sekretarka. Tam było pismo przewodnie Macierewicza, że on nie ocenia nikogo, lecz zgodnie z uchwałą Sejmu przekazuje itd., i były tam nazwiska moje i Wałęsy.

Był Pan sam w gabinecie?

- Tak.

Jak się człowiek czuje w takiej sytuacji?

- Czułem się fatalnie. Wezwałem szefa Kancelarii Sejmu Ryszarda Stemplowskiego. Powiedziałem mu o tym. Zwołałem Prezydium Sejmu. Oddałem się do dyspozycji. Koledzy wicemarszałkowie odpowiedzieli, że nie dają wiary temu pismu. Wyznaczyli wicemarszałka Andrzeja Kerna, aby się zorientował, co jest w moich aktach.

Po południu zatelefonował prezydent Wałęsa, który od razu oświadczył w mediach, że nie był współpracownikiem, i zażądał, aby natychmiast odwołać rząd Olszewskiego. Wniosek w tej sprawie, złożony przez Unię Demokratyczną, leżał w Sejmie już od dawna. Spytałem, co znaczy "natychmiast", bo mieliśmy zamiar go głosować następnego dnia. Wałęsa się na to zgodził, choć później posłowie zdecydowali o natychmiastowym głosowaniu.

Rozmawiał Pan o tym wszystkim później z Macierewiczem?

- Tak, na posiedzeniu Komitetu Politycznego ZChN. Powiedziałem, że życie i godność to podstawowe wartości i że puszczenie tych wiadomości o współpracy to zniesławienie, trudne do odwrócenia.

Czy

Pana koledzy z ZCHN się od Pana odwrócili?

- Nie. Moje środowisko okazało mi zaufanie. Byłem do października 1994 prezesem ZChN. Potem zrezygnowałem, ale jeszcze przez trzy lata byłem szefem Rady Naczelnej ZChN. Od 1997 jestem senatorem.

Czy chodzili z Panem na rozprawy, które wytoczył Pan Wierzbickiemu o nazwanie Pana konfidentem czy Janowi Parysowi, który nazwał Pana komunistycznym kapusiem?

- Nie zawiadamiałem ich o terminach.

Było tam nieprzyjemnie?

- Wierzbicki ogłaszał terminy rozpraw w swojej gazecie. Przychodzili tam ludzie z marginesu. Krzyczeli: "agent". Potem byli zaskoczeni, kiedy Jarosław Kaczyński zeznał, że nie współpracowałem, choć był świadkiem Wierzbickiego, a nie moim, świadkiem powołanym przez mecenasa Jacka Hofmana, pełnomocnika Wierzbickiego.

Hofmana niedawno Sąd Lustracyjny uznał za współpracownika SB. Jaki był dla Pana?

- Nie było to wszystko przyjemne. Ten proces z Wierzbickim toczył się kilka lat. Teraz był proces lustracyjny, na moją prośbę.

Dlaczego rzecznik interesu publicznego odwołał się od wyroku Sądu Lustracyjnego I instancji, który orzekł, że Pan nigdy nie współpracował?

- Pan rzecznik interesu publicznego w wywiadzie dla "Gazety" powiedział o mnie: - A jednak spotykał się w kawiarni przez blisko dwa lata z oficerem SB.

Ma Pan żal do rzeczników Bogusława Nizieńskiego i Krzysztofa Kauby?

- Oczywiście, oni mogą mieć swoje spojrzenie na mnie. Ale wypowiadali się publicznie o sprawie, która przecież na ich wniosek toczyła się przy drzwiach zamkniętych. - A jednak przez dwa lata się spotykał z oficerem SB w kawiarni - mówi pan Nizieński. Dużo mówił, nie czekając na sąd.

Kiedy w czwartek Sąd Lustracyjny orzekł, że Pan nie współpracował z SB, powiedział Pan: "To dla mnie życiowa sprawa". Co miał Pan na myśli?

- Gdyby uznano, że byłem agentem, to byłoby przekreślenie mojego życia.

Biografia Wiesława Chrzanowskiego

77 lat, prawnik, prof. KUL, senator AWS-ZChN z Lubelskiego.

W czasie wojny w AK, walczył w Powstaniu Warszawskim, należał do młodzieżówki Stronnictwa Narodowego. Po wojnie przewodniczył Chrześcijańskiemu Związkowi Młodzieży związanemu ze Stronnictwem Pracy. W latach 1984-54 więzień polityczny. W latach 1980-81 doradca Komisji Krajowej "S". W 1991 r. w rządzie premiera Bieleckiego - minister sprawiedliwości. Od jesieni 1991 do 1993 poseł ZChN i marszałek Sejmu.

Założyciel i przez pięć lat prezes ZChN.