Amerykanie musieli ruszyć - analiza Pawła Wrońskiego

Amerykanie wraz z zapadnięciem zmroku ruszyli! Musieli to zrobić. 200 tysięcy wojska ściśnięte w Kuwejcie było wymarzonym celem dla irackich rakiet.

Na razie wiemy, że trwa ciężki ostrzał artyleryjski i że amerykańskie czołgi ruszyły, że granicę przekroczyli marines. Nie wiemy, czy jest to już wielka ofensywa na Bagdad, czy też jedynie próba zdobycia dogodnych pozycji do przyszłego ataku. Jest jednak pewne, że wojska USA zajmą słabo bronione tereny południowego Iraku oraz być może Basrę. "Ściśnięty" w Kuwejcie korpus ekspedycyjny potrzebował bowiem przestrzeni, a tą znajdzie tylko zabierając teren wrogowi.

Nad granicą liczącego niespełna 18 tys. km kw. Kuwejtu (mniej niż średnie polskie województwo) jeszcze wczoraj stało prawie 200 tysięcy żołnierzy. Wojska amerykańsko-brytyjsko-australijskie stanowiły wymarzony cel nie tylko dla irackich rakiet, ale i artylerii dalekiego zasięgu.

Utrzymywanie takiej masy wojska "pod lufą" przeciwnika jest niewybaczalnym błędem. W 1991 roku, zanim doszło do ofensywy lądowej, wojska koalicji rozlokowane były wzdłuż kilkusetkilometrowej granicy z Arabią Saudyjską jednak wówczas trafienie rakietą scud amerykańskiego baraku w Arabii kosztowało życie 30 amerykańskich żołnierzy. Były to największe straty armii USA.

Zapewne dowództwo irackie zdawało sobie z tego sprawę i dlatego na Kuwejt w ciągu pierwszego dnia konfliktu poleciały wczoraj rakiety. To, że było ich tak mało i że dowódcy iraccy nie potrafili wykorzystać dogodnej sytuacji świadczy, że możliwości ofensywne Iraku są niewielkie.

Z kolei to, że Irak bezpośrednio przed atakiem nie użył broni masowego rażenia, świadczy, że jest mało prawdopodobne, iż Husajn użyje jej w czasie całej wojny. Broń chemiczna lub biologiczna, skierowana na skomasowaną w Kuwejcie armię byłaby bardziej skuteczna niż pociski użyte na manewrujące w terenie jednostki.

Pierwsze ataki lotnicze rozpoczęły się poprzedniej nocy, ale ich charakter zaskoczył analityków. Uderzenie skierowane było na Saddama Husajna i jego najbliższych współpracowników. Wojna więc rozpoczęła się niczym western nakręcony od tyłu. W dodatku w kulminacyjnym momencie "zły charakter" uniknął kuli.

Bush poprzedniej nocy wysyłając do akcji pociski Tomahawk oraz samolot F-117A z bombami burzącymi, nie ryzykował wiele, a mógł wygrać wszystko.

Celem ataku był budynek, gdzie wg CIA miał być Saddam. Budynek, a nie bunkier o czym, świadczy użycie tomahawków. Te pociski nie są w stanie przebić żelbetowych stropów. Także uczestniczące w akcji samoloty F-117 mogą zabrać na pokład dwie bomby "penetrujące", ale są to lżejsze bomby (907 kg) zdolne do zniszczenia typowych schronów, a nie podziemnych twierdz Saddama.

Tymczasem Saddam Husajn podczas spotkań z najbliższymi współpracownikami pokazywał się w ostatnich tygodniach w pomieszczeniach, gdzie zamiast okien, znajdowały się kotary, a strop opierał się na solidnych żebrowaniach. Może w tych pomieszczeniach okien nie ma? Może spotkania odbywają się głęboko pod ziemią?

Być może tych stropów nie przebiją amerykańskie bomby, a będzie je można zdobyć dopiero po zdobyciu Bagdadu poprzez zniszczenie wentylatorów. (Więcej o bunkrach Saddama - s. 8)

Atak na Saddama Husajna mógł też być - w intencji USA - sygnałem dla społeczeństwa irackiego, że celem wojny nie jest walka z narodem, ale z jego władcą.

Czas na zwykłą wojnę

Wczoraj z zapadnięciem zmroku zaczęła się klasyczna operacja powietrzna. Na pałace Saddama Husajna, sztabu budynki rządowe w Bagdadzie poleciały rakiety Tomahawk. Do akcji ruszyły bombowce i samoloty F-18. Amerykanie i Brytyjczycy chcą uzyskać pełne panowanie w powietrzu zniszczyć centra dowodzenia i ośrodki władzy.

Informacje o wczorajszych wypadkach helikopterów z amerykańskimi komandosami już w głębi terytorium Iraku świadczą, że siły specjalne starają się rozpoznać i opanować kluczowe punkty strategiczne (np. mosty), by utorować drogę siłom pancernym.

Pierwsze walki na granicy mają ogromne znacznie dla rozpoczęcia operacji lądowej. To one zweryfikują przypuszczenia amerykańskich sztabowców, że irackie 16 irackich dywizji poza jednostkami Gwardii Republikańskiej nie będą walczyć. O ile dojdzie do masowych dezercji i przechodzenia jednostek irackich na stronę Amerykanów ich czołgi mogą w ciągu kilkudziesięciu najbliższych godzin dotrzeć aż do Eufratu, czyli na najbardziej dogodne pozycje przed atakiem na Bagdad. Jeśli irakijczycy będą się bronić siły lądowe poczekają, a morale irackiej armii będzie nadal zmiękczało lotnictwo.