Działki oddali pod drogę S 17, pieniędzy nie dostali. A obiecywał sam premier

Oddali swoje działki pod drogę ekspresową i od ponad półtora roku czekają na pieniądze. Odszkodowań nie dostało prawie 30 rodzin: część dlatego, że ich sprawy wciąż są w toku na etapie decyzji wojewody, a część - nie zgadza się z wycenami rzeczoznawców i odwołali się do ministerstwa.

Dokładnie przed rokiem, przed wyborami parlamentarnymi, premier Donald Tusk pojawił się na spotkaniu przedwyborczym w Lublinie. Była na nim także Katarzyna Tymicka. Przyjechała z koleżanką, by opowiedzieć szefowi rządu o problemach z wypłatą odszkodowań za działki odebrane pod S17. Kobietom udało się dostać do Tuska i chwilę z nim porozmawiać.

Premier był zaskoczony. Twierdził, że o opóźnieniach w wypłatach nie miał pojęcia, zażądał wyjaśnień. Wypłaty rzeczywiście wtedy ruszyły z kopyta, ludzie przychodzili i pani Katarzynie dziękowali.

Tyle że do dziś wciąż są tacy, którzy czekają - wśród nich pani Kasia z mężem. Dziś, jak mówi, stara się już nie bywać w urzędach, nie dzwonić, nie pytać; na spotkania, jeśli już trzeba, idzie mąż. Bo rozmowa z premierem prawdopodobnie zaszkodziła. - W urzędzie dano nam do zrozumienia, że jakbym nie poleciała do premiera, to pieniądze prawdopodobnie dawno byłyby już na naszym koncie - mówi.

Jedną działkę podzielili na cztery

Mieszkańcy Kalinówki pod Lublinem, ale też innych miejscowości wzdłuż budowanej S17, musieli oddać swoje domy i działki, bo leżały w pasie drogi ekspresowej albo tuż przy niej.

Dariusz Tymicki, mąż pani Katarzyny, oddał jedną dużą działkę - tak miał zapisane w dokumentach. Tyle że ci, którzy ją przejęli, podzielili ją na cztery działki. - Podzielili bez mojej zgody i wiedzy. I rzeczoznawca potraktował dwie działki jako budowlane, a dwie jako rolnicze. I czterokrotnie zaniżył ich wartość. Pomimo tego, że ta moja działka pierwotna była jednolita i miała jednolite przeznaczenie w planie zagospodarowania przestrzennego - mówi pan Darek.

"W ministerstwie mówią, że są zawaleni pracą"

Rodzina nie zgodziła się z wyceną rzeczoznawcy. - To nie chodzi o jakieś małe pieniądze, ale o duże kwoty. Rzeczoznawca zaniżył wartość działki, którą przekazałem dla skarbu państwa, o kilkaset tysięcy, dlatego się odwołałem - tłumaczy pan Dariusz. Odwołał się do wojewody, ale dostał odpowiedź, że wszystko było zgodnie z prawem.

Dziś nasz rozmówca wie tylko tyle, że sprawa jest w Ministerstwie Transportu i Budownictwa. - Dzwonię tam regularnie, średnio raz na tydzień i wciąż każą czekać. Mówią, że jest nawał pracy w ministerstwie - podkreśla. - W marcu miał być pierwszy termin załatwienia sprawy, w czerwcu drugi, we wrześniu trzeci. Jest październik, a ja wciąż nie mam odpowiedzi - mówi z żalem w głosie.

Dziś nie ma wątpliwości, że zwykły szary człowiek nie ma szans w starciu z urzędniczą machiną.

"Mały człowiek nie będzie się kopał z tak dużym zwierzęciem, jak państwo, bo przegra"

Sławomir Chmiel prowadzi plantację żeń-szenia. Też ma gospodarstwo przy S17 i też do dziś czeka na wypłatę odszkodowania. Jego sytuacja jest jednak nieco inna. Pan Sławomir nie zgodził się z wyceną rzeczoznawcy, ale dotyczącą plantacji. Bo rzeczoznawca wartość plantacji żeń-szenia zdecydowanie - jak uważa nasz rozmówca - zaniżył. Policzył po cenach sprzed lat.

- Obrazując to prostym przykładem. Trzy lata temu paliwo było po 4 złote, a dziś jest po 6 złotych. Moje ceny sprzedaży inne były trzy lata temu, inne teraz. Jak ja się mogę zgodzić na zaniżenie wartości mojej plantacji o 30 procent? - pyta przedsiębiorca. Podkreśla, że u niego też nie chodzi o jakieś małe pieniądze, bo te na pewno by sobie darował, ale o duże kwoty.

- Zajmuję się walką z wiatrakami, a więc idzie para w gwizdek, zamiast tworzyć coś - mówi Chmiel.

Żali się, że sprawa utknęła w martwym punkcie. - Po raz trzeci podniosłem zarzuty do operatu szacunkowego [przygotowanego przez rzeczoznawcę - przyp. red.], a nie widzę żadnej odpowiedzi merytorycznej, w żadnym punkcie nie widzę zbliżenia stanowiska - mówi. - Powiem brutalnie, państwo polskie jest jak koń. Mały człowiek, jakim jestem, nie będzie się kopał z tak dużym zwierzęciem, bo przegra. I ja się tak czuję - dodaje pan Sławomir. Wciąż czeka na rozstrzygnięcie w swojej sprawie.

"Prawie" robi wielką różnicę

Rzecznik wojewody lubelskiego Kamil Smerdel zapewnia jednak, że sprawy odszkodowań przy S17 na odcinku Lublin - Piaski idą w dobrym kierunku. - Te sprawy, prawie wszystkie, można tak powiedzieć, na tym odcinku są już zakończone - mówi Smerdel. Tyle że słowo "prawie" dla mieszkańców, którzy wciąż czekają na pieniądze, to duża różnica. Bo jak pieniędzy nie mieli, tak nie mają do dziś.

Co mówią liczby? Na 655 wszczętych postępowań w toku wciąż pozostaje dwanaście. - Są to sprawy, gdzie występują problemy. Dotyczy to m.in. nieuregulowanego statutu nieruchomości czy toczących się spraw spadkowych - mówi Smerdel. W kolejnych piętnastu sprawach odszkodowania nie zostały wypłacone, bo ludzie się odwołali i tematem zajmuje się teraz ministerstwo. Pieniądze zostaną wypłacone dopiero, jak decyzja ministerstwa będzie ostateczna. Tyle że nikt nie wie, kiedy to nastąpi.