Widziałem Indie po trzęsieniu

Szkoła średnia Swami Narayan wygląda jak betonowy tort. Na miejscu zostały same warstwy poziome - sufito-podłogi, przykryte dachem niczym lukrowaną polewą. Ściany, które miały dźwigać ciężar konstrukcji, rozprysły się w drobny mak w piątek rano, kiedy to indyjski stan Gudżarat nawiedziło potężne trzęsienie ziemi - pisze z Ahmedabadu Robert Stefanicki

Widziałem Indie po trzęsieniu

Szkoła średnia Swami Narayan wygląda jak betonowy tort. Na miejscu zostały same warstwy poziome - sufito-podłogi, przykryte dachem niczym lukrowaną polewą. Ściany, które miały dźwigać ciężar konstrukcji, rozprysły się w drobny mak w piątek rano, kiedy to indyjski stan Gudżarat nawiedziło potężne trzęsienie ziemi - pisze z Ahmedabadu Robert Stefanicki

- Wszystko trwało niecałą minutę - opowiada nauczyciel Ashutosh Dave. - Tyle myśli w takiej chwili przychodzi człowiekowi do głowy: wyjść na ulicę czy zostać, wejść pod stół czy biec do żony. Siedziałem jak sparaliżowany, aż przestało trząść. Ulga. A po kilku minutach ktoś zapukał z wiadomością, że zawaliła się szkoła.

Miejsce po szkole

W piątek 26 stycznia było święto. Dzień Republiki, wolny od pracy i nauki. Ale uczniowie jedenastych klas postanowili uczcić święto uroczystą akademią w swojej szkole. Przeżyli ci, którzy zdołali uciec z budynku w ciągu pierwszych kilku sekund trzęsienia. Udało się to szesnastu. Potem spod gruzów wydobyto 39 uczniów, ale tylko czterech żywych.

W środę na miejscu, gdzie stała szkoła praca szła pełną parą. Koparka ładowała gruz na ciężarówki, a ochotnicy w przeciwpyłowych maskach kilofami, żelaznymi prętami i gołymi rękami przetrząsali rumowisko. - Chyba wszyscy już zostali znalezieni, ale kopiemy dalej, bo nigdy nie wiadomo - mówi mi Ashutosh Dave.

Szkołę wybudowano zaledwie dziesięć miesięcy temu. To zresztą charakterystyczne, że stare budynki są nietknięte, a nowe waliły się, choć w stanie Gudżarat powinny być wznoszone według obowiązujących w Indiach norm dla obszarów podatnych na ruchy sejsmiczne. Kiedyś pewien dyplomata tłumaczył mi, dlaczego w Bangladeszu nowe wieżowce zawalają się pod własnym ciężarem (bez trzęsienia ziemi). Po prostu, przedsiębiorca musi płacić władzom tak słone łapówki za pozwolenie na budowę, że jest zmuszony oszczędzać na materiałach. Na razie nie wiadomo, czy w Indiach lekceważono normy budowlane z powodu korupcji, czy tylko w wyniku zwykłego bałaganu. Wiadomo, że kilka ze zburzonych w Ahmedabadzie domów budowała ta sama firma.

- Katastrofa jest zbyt wielka, żeby sprawa rozeszła się po kościach - uważa Ashutosh Dave. - Rodzice ofiar nie odpuszczą, i myślę, że tym razem winni nie ujdą sprawiedliwości.

Najstraszniej jest na prowincji

Ale sam Ahmedabad nie robi na przybyszu przerażającego wrażenia. W 3,5-milionowym mieście rozsypało się jedynie około 50 domów. Budynki w całej swej dotychczasowej obrzydliwości prezentują odrapane ściany i stalowo-betonowe wypustki niewiadomego przeznaczenia. Ulice tętnią życiem, a życie ma zapach spalin. Pod murami i mostami, w foliowych namiotach lub pod gołym niebem, żyją wielodzietne rodziny - ale tak było, jest i będzie w każdym indyjskim mieście. To ofiary katastrofy zwanej biedą, nie trzęsieniem ziemi. Ahmedabad zdążył już otrząsnąć się z piątkowego szoku. Tragedia trwa na prowincji, we wsiach oddalonych stąd o dzień drogi, często nadal odciętych od reszty świata, pozbawionych wody i żywności.

Nieznana jest ostateczna liczba ofiar. Minister obrony George Fernandes po wizycie w dotkniętym klęską rejonie powiedział, że może ich być nawet sto tysięcy, Czerwony Krzyż mówi o pięćdziesięciu tysiącach. Na razie wydobyto blisko 7 tys. ciał.

Pomoc dla Gudżaratu nabiera tempa. W samolocie, którym w środę leciałem z Delhi do Ahmedabadu, oprócz ekip telewizyjnych byli żołnierze z rozkazem szybkiego odbudowania uszkodzonego rurociągu, grupa lekarzy mająca zasilić jeden ze szpitali polowych założonych w pobliżu epicentrum, a także pracownicy Caritasu z Holandii i Wielkiej Brytanii.

Niektórzy obcokrajowcy narzekają na brak współpracy ze strony władz indyjskich. Lauritzsen Holvar z norweskiego Czerwonego Krzyża powiedział dziennikowi ,,The Times of India'': ,,Przystąpiliśmy do największej operacji w historii naszej organizacji. Co godzinę ma tu lądować samolot z pomocą. Ale nie ma z kim na ten temat rozmawiać".

Największą pomoc niosą indyjscy ochotnicy, którzy porzucili polityczno-religijne animozje. W Gudżaracie mieszkają hinduiści, muzułmanie, chrześcijanie i dżiniści. Ashutosh Dave (ten z zawalonej szkoły) jest członkiem skrajnej organizacji hinduskich nacjonalistów Stowarzyszenie Ochotników Narodowych (RSS), która indyjskich muzułmanów najchętniej odesłałaby do Pakistanu. A mimo to z dumą opowiada, jak RSS wysłała pomoc do muzułmańskiej wioski. Tymczasem Nawrit Dewendran, który oprowadzał mnie po szpitalu, to ochotnik z opozycyjnej Partii Kongresowej, wrogiej hinduskim nacjonalistom. - Polityka nie ma tu nic do rzeczy, w tym wypadku współpracujemy z RSS - deklaruje. - Chodzi przecież o to, żeby pomóc ludziom.

Robert Stefanicki, Ahmedabad