Jakie są nowe stosunki Waszyngtonu z Moskwą

To świetnie, że jesteśmy z Rosją partnerami w wojnie z terroryzmem. Ale jeśli np. będziemy postrzegani jako rosyjski wspólnik w Czeczenii, to na dłuższa metę nie będzie to służyć amerykańskim interesom - mówi Mark Brzeziński

Bartosz Węglarczyk: Co zmieniło się w amerykańskim patrzeniu na Rosję, gdy na stanowisku prezydenta Bush zastąpił Clintona?

Mark Brzeziński: Clinton prowadził politykę angażowania Rosji. W praktyce oznaczało to, że dobre stosunki z Rosją były celem samym w sobie, a nie środkiem do osiągnięcia czegoś innego. Clinton wierzył, że akceptując Rosję, uczynimy z tego kraju dobrego obywatela świata.

Obrał ją za cel swej ostatniej oficjalnej wizyty, by podkreślić, jak ważne dla nas były dobre stosunki z Rosją. George Bush junior zapowiadał zmianę tej polityki już podczas kampanii wyborczej, gdy krytykował administrację Clintona za jej politykę rosyjską. Twierdził wówczas, że zbyt chętnie przymykaliśmy oczy na łamanie praw człowieka, przede wszystkim w Rosji, oraz na politykę Rosji w krajach "bliskiej zagranicy" - na Kaukazie i na Ukrainie.

Rosjanie obawiali się Busha, nie wiedzieli, czego się spodziewać, zwłaszcza że wraz z nim przyszło wielu zimnowojennych jastrzębi. I rzeczywiście w wielu aspektach amerykańska polityka stała się bardziej twarda - np. wobec Ukrainy, która przez ludzi Busha traktowana jest bardzo surowo.

Gdy Bush został prezydentem, spotkał się Władimirem Putinem i ogłosił, że spojrzawszy mu głęboko w oczy nabrał do niego zaufania. W tym czasie Condoleezza Rice, doradca Busha do spraw bezpieczeństwa narodowego, bardzo realistycznie rozmawiała z Rosjanami o problemach, które nas obchodziły - przede wszystkim o rozprzestrzenianiu technologii budowy broni masowego rażenia. Uprzedziła Kreml, że nie będziemy ignorować na przykład faktu sprzedawania przez Rosję Iranowi technologii do produkcji bomby atomowej.

Sprawa sprzedaży Iranowi rosyjskiego reaktora atomowego groziła pierwszym konfliktem między Bushem a Putinem. Ale przecież doradcy Busha mieli te same informacje na ten temat co Pan za rządów Clintona. Czy to znaczy, że Wy nie doceniliście zagrożenia, czy Bush je przeceniał?

- Ani tak, ani tak. Należy jednak pamiętać, że polityka rosyjska Clintona była tworzona kolejno przez dwie osoby - najpierw był to gorący i największy zwolennik angażowania Rosji Strobe Talbott, a potem wiceprezydent Al Gore, gdy stał na czele komisji dwustronnej razem z premierem Czernomyrdinem, a później z jego następcami.

Sprawa sprzedawania przez Rosję technologii wojskowych zawsze była podczas spotkań tej komisji jednym z punktów dyskusji. Ale też nigdy nie była niczym więcej, tylko właśnie jednym z punktów na długiej liście.

Nam bardzo zależało na wprowadzeniu w Rosji rządów prawa, na ograniczeniu tam korupcji, prania brudnych pieniędzy. W administracji Busha postanowiono skupić się na najważniejszych rzeczach, wśród których znalazła się właśnie sprawa sprzedaży technologii. Problem ten stał się więc priorytetem.

Czy wojna w Czeczenii i agresywna polityka Rosji na Kaukazie też była dla was tylko jednym z punktów do dyskusji z Rosjanami?

- Nie. Prezydent Clinton wierzył, że wspierany przez nas projekt rurociągu z Baku pozwoli Kaukazowi uniezależnić się politycznie i ekonomicznie od Rosji. Ale rzeczywiście był ostrożny w krytykowaniu postępowania Rosjan, bo nie chciał konfrontacji z Moskwą.

A rozszerzenie NATO?

- Dla wielu ludzi w administracji Clintona, na przykład dla sekretarz stanu Madeleine Albright, to była bardzo ważna sprawa. Rosjanie o tym wiedzieli, dlatego tak często tą kartą grali.

W tym targowaniu się - jakim często jest dyplomacja - bardzo chcieliśmy uzyskać zgodę Moskwy na przyjęcie nowych członków do Sojuszu. I to mimo że tak naprawdę Rosjanom było w tej sprawie wszystko jedno. Generał Lebiedź sam powiedział mi, że większości Rosjan bardziej zależy na tym, by mieć co jeść, niż na tym, kto będzie w NATO. Ale Rosjanie wiedzieli, że nam na tym zależy, więc wytargowali jak najwięcej. Moskwa chciała, byśmy w zamian za rozszerzenie NATO przymknęli oko na to, co oni robią w krajach b. ZSRR.

I dostali, co chcieli?

- Rzeczywiście po rozszerzeniu NATO byliśmy mniej krytyczni wobec Rosji. Gdybyśmy w sierpniu i wrześniu 1999 r. podczas rosyjskich bombardowań Czeczenii i Dagestanu bardziej zdecydowanie nacisnęli na Rosjan w sprawie łamania praw człowieka, może nie doszłoby do drugiej wojny czeczeńskiej. Moskwa nie była wtedy tak zdecydowanie przekonana, że chce tej wojny.

Ale w administracji Clintona myśleliśmy wówczas, że ponieważ Rosjanie wyszli nam naprzeciw w sprawach ważnych dla naszego bezpieczeństwa, my też powinniśmy wyjść im naprzeciw. Oczywiście później zetknęliśmy się z krytyką, że zmarnowaliśmy ten przełomowy moment, by powstrzymać Rosjan w Czeczenii.

Jak zmieniła się amerykańska polityka wobec Rosji po atakach 11 września?

- Cała amerykańska polityka zagraniczna została podporządkowana wojnie z terroryzmem. I Rosja stała się tu prawdziwym partnerem USA - współpracuje z Amerykanami w sprawach wywiadowczych, nie narzeka na amerykańskie poczynania w Azji Środkowej, a przede wszystkim zaakceptowała amerykańską inwazję na Afganistan, wciąż postrzegany w Moskwie jako rosyjska strefa wpływów.

Nie należy zapominać o różnych symbolicznych gestach - Putin był pierwszym prezydentem, który zadzwonił do Busha 11 września. To wszystko Biały Dom widzi i docenia.

Czy Rosjanie zaakceptowali amerykańską operację w Afganistanie dlatego, że sami mają problemy z islamskimi fundamentalistami?

- Na pewno coś w tym jest. Nie powinniśmy przeceniać rosyjskiej współpracy w tej wojnie. Rosjanie mają własne problemy ze światem islamskim. Wydarzenia w Czeczenii są codziennie na pierwszych stronach islamskich gazet w Pakistanie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Rosjanie od lat ZSRR fatalnie traktowali swoją mniejszość islamską. Do czasu amerykańskiej inwazji na Afganistan to Rosja była największym wrogiem dla wielu fundamentalistów. Ameryka musi być teraz bardzo ostrożna, bo nasze cele w wojnie z terroryzmem nie są do końca zbieżne z rosyjskimi.

Rosjanie są szczęśliwi, że tropimy ludzi, którzy są również ich wrogami. I niektórzy z nich rzeczywiście powinni zostać zniszczeni - choćby al Kaida. Ale musimy rozróżniać pomiędzy wrogami Ameryki i międzynarodowej społeczności a wrogami, których stworzyli sobie sami Rosjanie. W końcu jednym z kluczowych celów wojny z terroryzmem jest zbudowanie mostów pomiędzy Ameryką i światem arabskim.

Gdzie są granice, których Amerykanie nie powinni przekraczać w nowej erze partnerstwa z Rosją?

- Przekroczymy tę linię w stosunkach nie tylko z Rosją, gdy w zamian za współpracę w wojnie z terroryzmem zaczniemy ignorować masowe łamanie praw człowieka.

Ale tak się stało teraz, gdy wojna w Czeczenii nagle zniknęła z czołówek amerykańskich gazet i z oświadczeń Departamentu Stanu.

- Sam prezydent Bush powiedział, że Czeczenia jest wewnętrznym problemem Rosji. Zgadzam się, takie zachowanie nie służy na długą metę amerykańskim interesom. To świetnie, że jesteśmy z Rosją partnerami w wojnie z terroryzmem - o takie partnerstwo w sprawach ważnych dla całego świata zabiegał przecież prezydent Clinton. Ale jeśli będziemy postrzegani jako rosyjski wspólnik w Czeczenii, to odbije się nam to czkawką.

Wielu ekspertów uważa, że w wyniku przymykania przez Amerykę oczu zagrożona jest dziś niezależność na przykład Gruzji. Rosjanie są również coraz bardziej agresywni wobec swych dawnych republik, ostatnio zablokowali możliwość stacjonowania niewielkiej grupy żołnierzy litewskich w ramach kampanii antyterrorystycznej w Azji Środkowej.

- Nie przeceniałbym znaczenia tej odmowy. To było oczywiście zachowanie dziecinne, ale bezpieczeństwo Litwy nie jest z tego powodu zagrożone.

Rosja niewątpliwie próbuje wrócić do dawnej strefy wpływów w Europie Środkowej. Nie ma tu jednak większego zagrożenia - rozszerzenie NATO i Unii Europejskiej skutecznie rozpraszają obawy w tej sprawie.

Inaczej ma się sprawa z Gruzją, która była w niebezpieczeństwie już od dawna, bo kraj ten ze względów geograficznych jest miejscem tranzytu dla bojowników czeczeńskich. Rosjanie najeżdżali na Gruzję od początku 2000 r., gdy "przypadkowo" ich samoloty przekraczały gruzińską przestrzeń powietrzną lub ich rakiety "przypadkowo" spadały na terytorium Gruzji. Za każdym razem, gdy Putin i prezydent Eduard Szewardnadze zawierają jakiegoś rodzaju porozumienie, rosyjski samolot lub helikopter parę dni później "przypadkowo" wlatuje nad Gruzję.

Mam wrażenie, że Biały Dom rozumie to zagrożenie. W końcu wysłaliśmy do Gruzji naszych wojskowych, co jest niezwykle ważnym gestem z naszej strony. To znak naszego poparcia dla Gruzinów i pewnego rodzaju gwarancja bezpieczeństwa.

Kolejnym amerykańskim priorytetem jest dziś rosyjskie poparcie dla wojny z Irakiem. Czy Moskwa ostatecznie poprze Waszyngton w tej sprawie?

- Tak. Podobnie jednak jak w kwestii rozszerzenia NATO Rosjanie chcą za to jak najwięcej wytargować. Rosja nie chce być izolowana od Zachodu, chce być jego częścią. Moskwa ustąpi więc w tej sprawie tak samo, jak wcześniej ustąpiła w sprawie Slobodana Miloszevicia. Chodzi tylko o to, byśmy w negocjacjach nie oddali Rosjanom zbyt dużo.

* Mark Brzeziński, syn Zbigniewa, był szefem wydziału europejskiego Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA w administracji Billa Clintona. Dziś pracuje jako prawnik w prywatnej kancelarii w Waszyngtonie