Przejechali radiowozem psa... po chwili drugi raz...i trzeci

Przed jednym z bloków na warszawskich Jelonkach policjanci rozjechali radiowozem psa. Komenda Stołeczna Policji tłumaczy, że funkcjonariusze śpieszyli się na interwencję i nie zauważyli zwierzęcia. Problem jednak w tym, że najechali na czworonoga kilka razy. Zdaniem świadków mogli zrobić to celowo.

'Policjanci perfidnie go przejechali' [UWAGA DRASTYCZNE ZDJECIA]

O całym wydarzeniu poinformowała nas jedna ze słuchaczek radia TOK FM. Z relacji świadków wynika, że w ostatni poniedziałek około godziny 19:30 do ławeczek przy ulicy Siemiatyckiej na warszawskich Jelonkach podjechał radiowóz. Policjanci podejmowali interwencję wobec grupy mężczyzn, którzy pili przed blokiem alkohol. Z opisu wynika, że funkcjonariusze nie wysiedli z radiowozu, tylko chodnikiem podjechali do mężczyzn i przez okno poprosili ich o dokumenty. W pewnym momencie jednak, przerwali legitymowanie i z impetem ruszyli z miejsca. - Wtedy usłyszałem skowyt psa. To było straszne wycie - relacjonuje w rozmowie z TOK FM pan Łukasz, jeden ze świadków zdarzenia. Jak wynika z opowieści ruszając mundurowi przejechali po łapach psa, który położył się w okolicy tylnych kół radiowozu. Zwierzę należało do jednego z mężczyzn siedzących na ławce.

"Uciekli z miejsca wypadku"

Po tym wydarzeniu policjanci nie zatrzymali radiowozu tylko zrobili duży łuk po trawniku. Zdaniem świadków poruszali się z duża prędkością, do dzisiaj zresztą na trawie można zobaczyć ślad, którędy jechali. Po zawróceniu wrócili w okolice legitymowanych mężczyzn i jeszcze co najmniej raz najechali na psa, który położył się obok ławki. Według świadków celowo. - Ten pies nie wbiegł im pod samochód, oni go po prostu perfidnie przejechali. - mówi pan Łukasz. Policjanci najechali na psa "jeszcze co najmniej raz", bo relacje świadków w tym momencie nie są spójne. Cześć z nich twierdzi, że zwierzę zostało przejechane jeszcze dwa razy. Niezależnie od liczby, kolejnych konfrontacji z radiowozem już nie przeżyło. - Po wszystkim powiedzieli tylko do kolegi 'Weź pan tego psa', ruszyli z impetem i pojechali. - mówi inny świadek. - Zwyczajnie uciekli z miejsca wypadku - dodaje pan Łukasz.

Z premedytacją?

O sprawie następnego dnia zostało zawiadomione pogotowie dla zwierząt. - Udało nam się ustalić około 10 świadków tego zdarzenia i spisać ich zeznania, znamy także numer boczny radiowozu, który uczestniczył w tym zdarzeniu - mówi Dawid Fabiański z Pogotowia Dla Zwierząt.

Również z relacji zebranych przez strażników wynika, że funkcjonariusze mogli celowo najechać na psa. - Dlatego złożyliśmy we właściwej komendzie policji zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez policjantów. Mogło tu bowiem dojść do zabicia zwierzęcia z premedytacją - tłumaczy Fabiański dodając, że za tego typu czyn grozi do 2 lat więzienia.

Myśleli, że to kamień

Komenda Stołeczna Policji przyznaje, że tamtego dnia ich radiowóz rzeczywiście przejechał psa na warszawskich Jelonkach. Z relacji mundurowych wynika, że funkcjonariusze ruszyli tak szybko, bo dostali wezwanie do innej interwencji związanej z napadem rabunkowym.- Ze wstępnych relacji wynika, że policjanci nie zauważyli psa, który nagle wbiegł im pod koła. Poczuli jakby przejechali kamień. - mówi TOK FM rzecznik komendanta stołecznego policji Maciej Karczyński.

Jak zastrzega w tej sprawie prowadzone wewnętrzne postępowanie wyjaśniające, bada ją również prokuratura. - Bezsprzecznym faktem jest natomiast to , że policjanci jechali by udzielić pomocy swoim kolegom, jak również to, że pies nie był na smyczy, mimo że powinien - dodaje rzecznik i apeluje by przedwcześnie nie wydawać wyroków.

Policjanci tłumaczą, że psa nie zauważyli

Świadkowie i okoliczni mieszkańcy, nie czekając na wynik postępowań założyli profil na portalu społecznościowym Facebook, z opisem tego co przed tygodniem wydarzyło się na Jelonkach. Przygotowali również petycje do komendanta głównego policji w której domagają się natychmiastowego zawieszenia funkcjonariuszy, którzy uczestniczyli w zdarzeniu. - Gdy dowiedziałam się o tym wydarzeniu myślałam, że ta historia to makabryczny żart. Ci ludzie są zagrożeniem dla zdrowia i życia ludzi i zwierząt. Powinni być jak najszybciej dyscyplinarnie wyrzuceni ze służby. - mówi Małgorzata Frąc, jedna z współautorek petycji. Do tej pory pod tymi wnioskami podpisało się ponad 1700 osób.

Gwałciciel i zabójca zawisł. Ostatnia egzekucja w Polsce>>

Więcej o: