Jacek Gądek: Paradowanie z hasłem "aborcja jest OK" uderza w lewicę. Będą wami pogardzać

Jacek Gądek
Hasła "aborcja jest OK" i paradowanie z rysunkami genitaliów tylko wzmagają społeczną pogardę dla środowisk lewicowych. Taki radykalizm jest szkodliwy i infantylny

Niektórzy nazwą mój tekst naiwnością, pięknoduchostwem albo mędrkowaniem. Trudno. Kuba Danecki - kiedyś związany z Partią Razem, a prywatnie mąż i ojciec - apeluje do uczestniczek i uczestników Czarnych Protestów o radykalizm ("Nie bądźcie miłe, dziewczyny, bądźcie radykalne"). Pisze, że feministki i lewica nie powinni słuchać głosów nawołujących do umiaru, do unikania szokujących dla części społeczeństwa haseł (np. antyklerykalnych), bo takie głosy to "narzędzie pacyfikacji". A w ogóle to - podkreśla Danecki - Martin Luter King też był w USA krytykowany za radykalizm.

Efektowna łatwizna rodzi społeczną pogardę

Przepraszam bardzo, pani Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet nie jest polskim Kingiem. A projekt ustawy "Ratujmy Kobiety" zakładającej aborcję na życzenie dla 15-latek i to bez zgody rodziców nie jest nadwiślańskim odpowiednikiem walki z segregacją rasową.

Radykalizm słów i malowanie genitaliów na plakatach w proteście przeciwko planom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej (lub na rzecz jej liberalizacji), to jedynie efekciarska łatwizna. Podobnie hasło "aborcja jest OK" jest idiotyczne, nawet jeśli intencja byłaby OK. Do co barwniejszych sloganów można też zaliczyć "Pier****, nie rodzę" z Manify. Telewizje oczywiście to wszystko pokażą, wirusowo rozniesie się to w mediach społecznościowych. W efekcie jedynie wzmocni to społeczną pogardę dla środowisk, które prężą się w takim infantylizmie i radykalizmie.

Bądźcie mili dla najbardziej doświadczonych przez los

Danecki pisze, że "nic nie osiągniemy, będąc miłymi dla prawicowych ekstremistów i fundamentalistów". Proponuję inną perspektywę: nie musicie być mili dla ekstremistów, ale bądźcie mili - i hojni - dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, a zwłaszcza dla samotnych matek, które wychowują swoje niepełnosprawne dzieci.

Wiem jednak, że to już nie jest wystarczająco spektakularne dla lewicy spoza Sejmu. Podobnie dla opozycji parlamentarnej - mało efektowne i przypomni jeszcze jej własne grzechy. A dla władzy - za drogie. Tak właśnie władza i klasa polityczna porzucają najbardziej potrzebujących pomocy od wspólnoty państwa.

Codzienna pomoc dla niepełnosprawnych w cieniu aborcji

Obok radykalnych działaczy pro-life, najgłośniej o prawie antyaborcyjnym mówią środowiska lewicowe, a i Kubie Daneckiemu do nich blisko. Stąd więc przytyk.

Dlaczego lewicowa elita "warszawki", "krakówka" czy Wrocławia zapomina o biednej kobiecie gdzieś spod Krosna czy Słupska, która urodziła niepełnosprawne dziecko?

Dlaczego tak bardzo lewica interesuje się kobietą, która mogłaby dokonać aborcji, by nie rodzić niepełnosprawnego dziecka, ale traci zainteresowanie kobietą, która decyduje się na jego urodzenie i wychowanie? Dlaczego jest tak stanowcza w walce o rozszerzenie prawa do aborcji, ale traci zapał, gdy chodzi o pomoc dla tych kobiet, które aborcji nie chcą?

Matka i jej niepełnosprawne dziecko mieszkający gdzieś pod Krosnem czy Słupskiem nie są "spasionymi misiami". Nie upomną się ani tak głośno, ani tak medialnie o swoją godność, jak Marta Lempart, Kuba Danecki i lewica upomną się o prawo do aborcji z powodu niepełnosprawności.

A warto, by najbardziej dotknięci przez los mieli swoich obrońców - od lewa do prawa. Rytualne hołdy dla ich heroizmu nie wystarczą. Gesty i reaktywne programy państwa też nie.

Co udało się w ostatnich latach i jaki jest w to wkład lewicy?

W poprzedniej kadencji Platformę do zwiększenia świadczeń pielęgnacyjnych zmusiła dopiero okupacja Sejmu przez rodziców z dziećmi niepełnosprawnymi. Potem PiS zrobiło coś realnego. Program "Za życiem" jest kulawy i zbyt skromny, ale jest gestem wobec ludzi, którzy decydują się na heroizm urodzenia i wychowania niepełnosprawnego dziecka. Oczywiście, "Za życiem" powstało także pod presją pierwszego "czarnego marszu" - i to z pewnością jego pozytywny skutek. Chwała mu za to, jak i za utrącenie nieludzkiego, zakładającego karanie kobiet (za aborcję) więzieniem projektu ustawy.

Dlaczego jednak środowiska lewicowe, które tak głośno mówią o prawie do aborcji, nie idą za ciosem tam, gdzie odniosły pewien sukces? Przecież można było napisać krótki projekt ustawy, który da perspektywę poprawy jakości życia rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi - choćby obok postulatów dotyczących aborcji.

Środowiska lewicowe wyszły za to z projektem "Ratujmy Kobiety". Zakłada m.in. możliwość aborcji dla 15-latek (bez zgody rodziców) i aborcję na życzenie do 12. tygodnia ciąży, na koszt państwa. Plus utrzymanie przesłanek do aborcji, które dziś obowiązują. Jest w tym projekcie mowa też o edukacji seksualnej, antykoncepcji, badaniach prenatalnych (po stokroć tak!) - cały tradycyjny zestaw postulatów lewicy.

Rozumiem intencję inicjatorek i inicjatorów, że planom zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej ma towarzyszyć też dyskusja i argumenty za jej zliberalizowaniem. I jest w tym logika, ale nie powinna ona prowokować polsko-polskiej wojny ideologicznej. I nie powinna pomijać większego wsparcia dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi. Swoją drogą środowiska pro-life z Ordo Iuris, Kają Godek i Mariuszem Dzierżawskim na czele mają tu też dużo na sumieniu.

Potrzebny jest prospołeczny, a nie antyaborcyjny szok

Chciałbym, aby lewica zaszokowała "zwykłych ludzi", ale nie aborcją dla 15-latek, tylko postulatem na przykład takim: matka niepełnosprawnego dziecka ma zyskać prawo do średniej pensji, jeśli zrezygnuje z pracy na rzecz opieki nad dzieckiem. Albo: państwo zapewni kompleksową dzienną opiekę i bogaty program rehabilitacyjny dla jej dziecka, by ona mogła normalnie pracować. Drogie? Program "Rodzina 500+" kosztuje rocznie 25 miliardów złotych - też drogo.

Pod takim projektem też pewnie udałoby się zebrać kilkaset tysięcy podpisów i postawić całą klasę polityczną, która jest w Sejmie, pod ścianą. Ale tego trudu nie podjęto. Co bardziej radykalne osoby wolą pikietować kurie biskupie i tak skandować "Wolność, równość, aborcja na żądanie", co pewnie przypada do gustu Kubie Daneckiemu.

Ryzykowne zachowanie Kościoła może się zemścić za 6-10 lat

Rozumiem żal do hierarchów o zaangażowanie Kościoła w forsowanie i wywieranie presji na PiS, by zaostrzyło ustawę antyaborcyjną. Kościół uległ pokusie i podjął ogromne ryzyko. Rosnąca presja Episkopatu na PiS, by ustawę zaostrzyć, jest nieodpowiedzialna i krótkowzroczna. Z drugiej strony naturalną rzeczą jest, że duchowni chcą, aby nauka moralna Kościoła była szanowana. To truizm, ale warto go przypomnieć: Kościół jest od formowania sumień, a nie świeckiego prawa. Zwłaszcza że ogromna obawa jest taka, że zaostrzenie ustawy wywoła efekt mrożący - na przykład poprzez mniejszą skłonność lekarzy do zlecania badań prenatalnych. "I tak musi się urodzić, więc po co sprawdzać, czy dziecko będzie zdrowe".

O skutkach takiego "efektu mrożącego" możemy się nawet nie dowiedzieć, bo rodzina z niepełnosprawnym dzieckiem osunie się w biedę i zapomnienie.

Polityczne wahadło jest nieubłagane

I drugi argument, coraz bardziej aktualny: jeśli wahadło ws. aborcji wychyli się bardzo w prawo (czyli wprowadzony będzie zakaz aborcji nazywanej przez PiS i Kościół "eugeniczną"), to potem odbije w lewo. W praktyce to może być uchwalenie prawa do aborcji ze względów społecznych.

W 1997 r. była już taka możliwość (po pół roku obalił ją Trybunał Konstytucyjny) i wtedy do pół tysiąca aborcji ze względu na ciężkie wady płodu dołączyło 2,5 tys. kolejnych ze względu na trudne warunki życiowe i osobiste kobiety. Jeśli wahadło odbije w lewo - nie za 2, ale za 6 czy 10 lat - liczba legalnych aborcji rocznie skoczy z tysiąca do 10 tys. albo i więcej (jednocześnie podziemie i turystyka aborcyjna się skurczą, ale i tak będą nadal istnieć).

Co zrozumiałe, spora część lewicy z radością przyjęłaby takie wychylenie się wahadła w lewo. Na spełnienie się takiego scenariusza pracują także zapalczywe środowiska pro-life i biskupi. Licytacja na radykalizmy po obu stronach barykady jest tymczasem coraz bardziej szkodliwa. Czy naprawdę ktokolwiek rozsądny chce oglądać na ulicach billboardy z rozszarpanymi płodami? Czy naprawdę ktokolwiek rozsądny chce oglądać demonstracje ze zdjęciami dzieci obarczonych cyklopią i innymi potwornymi chorobami, niosącymi cierpienie, którego nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić? A to może być jedynie drobny przejaw wojny ideologicznej o aborcję.

Radykałowie są na najlepszej drodze, by fundować nam wszystkim ten horror.

***

Trudno jest bronić kompromisu antyaborcyjnego z 1993 r., choć ma on dziś autentyczne poparcie społeczne i to w jego obronie masa ludzi szła w "czarnych marszach". Trudno znaleźć pieniądze w budżecie państwa na wsparcie rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi. Trudno oprzeć się pokusie osądzania kobiet, które są w potrzasku i decydują się na aborcję. Niełatwe jest włączanie dzieci niepełnosprawnych i ich rodzin do własnych, szerszych wspólnot. Warto jednak.

Więcej o: