Macierewicz przeczy słowom byłego szefa Podkomisji. Wtedy "rozgłos nie pomagał", a dziś już tak

Jacek Gądek
Za dwa miesiące Antoni Macierewicz ma ogłosić: w tupolewie wybuchły bomby. Póki co sprowadził ekspertów z USA, by stworzyli wirtualny model Tu-154M. Na doglądanie badania zaprosił zaprzyjaźnionych dziennikarzy, choć jego poprzednik żalił się, że "rozgłos nie pomagał".

Teraz rozgłos już pomaga jako propagandowe przygotowanie do sądnego dnia, gdy ma przedstawić raport Podkomisji Smoleńskiej. Za ok. dwa miesiące. Badania ekspertów z USA mają dostarczyć efektownych animacji i pretekstu do uchronienia Podkomisji przed kasacją.

Milczenie i wrzawa

Z jednej strony Podkomisja Smoleńska nie podaje dziś nawet listy swoich członków. A z drugiej zaprasza sprzyjające sobie media - w rzeczywistości kilku dziennikarzy, którzy od lat współpracują z Macierewiczem - do naocznego obserwowania badań, nagrywania ich, robienia zdjęć i galerii, pisania reportaży o badaniu. Pod wodzą Macierewicza rusza ofensywa propagandowa Podkomisji.

Nim sprzyjające Macierewiczowi media podały, że oto na lotnisku w Mińsku Mazowieckim dzieją się ważne, może kluczowe badania, jedna z osób w PiS mówiła: Mają jeszcze przeprowadzać jakieś nowe badania. Ale czy je zrobią? Czy zdążą? Nie wiem.

Symulacje za miliony

Te badania to wykonanie cyfrowego modelu samolotu Tu-154M poprzez laserowe skanowanie milimetr po milimetrze tego tupolewa, który rdzewieje w Mińsku Mazowieckim (nr 102), a jest bliźniaczy do rozbitego w Smoleńsku (nr 101). Potem będą mogli rozbijać ten model a to o brzozę, a to poprzez eksplozje na pokładzie. Wirtualnie.

O tym, jak ważne ma to być badanie, świadczą liczby. W zeszłym roku MON ogłosiło, że daje 3,5 mln zł na system do stworzenia wirtualnej kopii Tu-154M. Takiej, jaką teraz tworzą w Mińsku Maz. eksperci z National Institute for Aviation Research (NIAR) z Uniwersytetu Stanowego Wichita. Z uwagi na koszty Macierewicz pod koniec swojego urzędowania jako szef MON zwiększył budżet Podkomisji: dał po 6 mln zł w 2017 i obecnym roku (to trzy razy więcej niż pierwotnie zakładano!).

Symulowanie znanej rzeczywistości

Dr Maciej Lasek: Trudno ocenić, jakie będą wyniki symulacji rozpadu Tu-154M za pomocą modelu cyfrowego. Przecież to jest tylko próba przybliżenia rzeczywistości i bardzo zależy od przyjętego modelu matematycznego i danych wejściowych. A sama rzeczywistość jest zapisana w rejestratorach - wszystkie dane z nich mówią, że wybuchów nie było. Nie ma potrzeby ułomnie symulować rzeczywistość, którą dobrze znamy z czarnych skrzynek.

Dziś sens tworzenia modelu i symulacji jest żaden - zwłaszcza w świetle twierdzeń samej Podkomisji. Zespół Macierewicza twierdzi bowiem, że ma namacalne dowody na wybuchy. Podkomisja uznała za w 100 proc. pewne wnioski Brytyjczyka Franka Taylora o wybuchach i wpisała do swojego raportu. Podkomisja zatem musi oczekiwać, że symulację będą potwierdzać wybuchy - inaczej oznaczałoby to jej kompromitację.

"Marnotrawienie pieniędzy"

Po co jednak symulować - zdaniem Podkomisji - znaną rzeczywistość? Aby podeprzeć się autorytetem naukowców z USA, tak jak Podkomisja podpiera się nazwiskiem Franka Taylora - Brytyjczyka. A ponadto animacje mogą być efektowne i zaistnieją w mediach.

Lasek: Takie instytuty (jak NIAR - red.) wezmą zlecenie, bo działają na zasadach rynkowych. Jeśli ktoś jest na tyle nierozsądny, że przyjdzie i zaoferuje wielkie pieniądze za jakąś symulację, to oni ją zrobią. To tylko kolejny przykład marnotrawienia pieniędzy.

Amerykańscy eksperci mogą stworzyć model, zainkasować gażę i w biznesklasie wrócić za Ocean. Drugie życie i przekręcanie takich badań to osobna historia. Już wyniki eksperymentów na Wojskowej Akademii Technicznej pokazały, że Podkomisja akceptuje tylko wnioski zbieżne ze swoimi teoriami.

Przykład. Na zamkniętym spotkaniu naukowcy z WAT mówili, że Tu-154M musi zacząć się obracać po utracie fragmentu skrzydła, ale już Podkomisja orzekła w swoim filmie, że obracać się nie zacznie. - Badania w WAT skończyły się tak, że Podkomisja nawet nie była w stanie właściwie zinterpretować ich wyników - ocenia Lasek. A to i tak optymistyczne założenie, że odwrócenie wniosków wynikało z niezdarności, a nie intencji.

Macierewicz wbrew Nowaczykowi

Intencja z pewnością jest w tournée po Tu-154M nr 102, jakie zapewnił zaprzyjaźnionym dziennikarzom Macierewicz. TVP Info nadała wywiad z amerykańskim ekspertem, ale z zamazaną twarzą i bez podawania jego nazwiska.

A portal wPolityce.pl obok filmu z badań zapowiada już reportaż z pracy Amerykanów i "ich dotychczasowe ustalenia" - twarzy tego samego eksperta nie zamazano. Jako pierwsza o badaniach NIAR donosiła z kolei Niezalezna.pl (internetowa mutacja "Gazety Polskiej").

Ten medialny show się rozwija, choć jeszcze parę miesięcy temu p.o. szefa Podkomisji dr Kazimierz Nowaczyk żalił się, że udzielenie informacji na temat realizacji zadań Podkomisji w trakcie badań może wpłynąć na swobodę w prowadzeniu badań oraz na "efekt końcowy raportu podkomisji". Nowaczyk to prywatnie przyjaciel i zaufany człowiek Macierewicza - jego poprzednik w fotelu szefa Podkomisji.

Nowaczyk podkreślał, że przekazywanie informacji "mogą wskazywać na kierunek prowadzonych badań i rodzaje ekspertyz", a także widział ryzyko "uzyskania nieformalnych wyników badań" przez media. - Należy uwypuklić fakt, że badane zdarzenie jest bardzo delikatną kwestią, której rozgłos nie pomaga w realizacji zamierzonych czynności - pisał do Gazeta.pl dr Kazimierz Nowaczyk.

I jeszcze dwa cytaty.

"Takich badań katastrofy lotniczej nie robił jeszcze nikt na świecie" - pisze wPolityce. Słowem: bez precedensu.

Dr Lasek w sumie się z tym zgadza: "Nigdy nie spotkałem się z przypadkiem katastrofy lotniczej, w której wyjaśnieniu przesądzającym dowodem byłaby cyfrowa symulacja zniszczenia całego samolotu".

Czyli: bez sensu.