Cudem ocalał z Rzezi Woli. Nową rodzinę znalazł dzięki ogłoszeniu w gazecie. Trafił do Iwaszkiewiczów

Wiesław Kępiński, rocznik 1932. W wieku 11 lat cudem przeżył Rzeź Woli. Miał być 61 osobą rozstrzelaną podczas egzekucji 5 sierpnia 1944 na ul. Wolskiej.

Rzeź Woli bez wątpienia była jedną z najokrutniejszych zbrodni, której dokonali Niemcy w czasie Powstania Warszawskiego. W ciągu zaledwie trzech dni (od 5 do 7 sierpnia 1944) zamordowano około 50 tysięcy mieszkańców jednej dzielnicy - warszawskiej Woli. Rozstrzeliwano każdego bez względu na wiek i płeć. O "czarnej sobocie" rozmawiamy z Wiesławem Kępińskim. 

Natalia Bet: Spotkaliśmy się na cmentarzu prawosławnym przy ul. Wolskiej. Po wojnie tuż obok przeszedł kondukt pogrzebowy, liczący 117 trumien z popiołami spalonych mieszkańców. 

Wiesław Kępiński: Znam tu każdy kąt, ponieważ mój tata był pracownikiem nekropolii. Poza tym cmentarz mieścił się naprzeciwko naszego domu. Wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy.

Tutaj próbowaliście uchronić się przed śmiercią. 

- Pierwszego dnia powstania wspólnie z sąsiadami przenieśliśmy się do cerkwi, wierząc w to, że będziemy tam bezpieczni.

Jednak...

- Przyszła sobota, 5 sierpnia. Pamiętam, że była słoneczna pogoda. O godz. 10 rano do cerkwi przyszli Niemcy. Wyprowadzili wszystkich, 61 osób. Dzieliło nas 100 kroków od miejsca stracenia. Ojciec szedł pierwszy, ja ostatni. Mama trzymała na ręku 5-letniego brata i powtarzała w kółko: "Zabiją nas, zabiją nas...". Wyprowadzili wszystkich w rów na Wolskiej.

Czuł Pan, że to koniec?

- Tak. Do dzisiaj dokładnie pamiętam moment egzekucji.

Staliście przodem do strzelającego Niemca?

- Tak. Widziałem go i karabin ze zwisającą taśmą z pociskami. Strzelił, trafił mnie w bok, przewróciłem się i sturlałem się na drugą stronę. Gdyby Niemiec trafił mnie centymetr w lewo, już bym się nie podniósł. 

Nie sprawdzili czy Pan żyje?

- Nie. Kiedy odzyskałem przytomność, uciekłem na koniec cmentarza i ukryłem się w jednym z grobowców. Pamiętam, że miał ażurowe drzwiczki. Dopiero mnie szukali. Pewnie zobaczyli, że nie leżę w rowie. Widziałem, jak chodzą po cmentarzu. Było ich dwóch, chwilę pochodzili i odeszli. Chwilę później z krzaka spadł dojrzały pomidor. Wziąłem go i zacząłem jeść. Do dzisiaj mnie ta chwila wzrusza.

Ścieżka, którą Pan uciekał, istnieje do dzisiaj. Co wydarzyło się dalej?

- Ranny przedostałem się do najbliższego domu przy ul. Redutowej. Mieszkały tam moje przybrane ciotki, stare panny Paciorkówny. Wymyśliły, że będę udawał syna jednego z sąsiadów. Na opatrunki prowadzono mnie do punktu, gdzie leczono zarówno rannych Polaków, jak i Niemców. Po dziesięciu dniach zawieziono mnie do Ożarowa, gdzie doczekałem końca wojny.

Na zdjęciu: Wiesław KępińskiNa zdjęciu: Wiesław Kępiński Fot. Tomasz Golonko

Wrócił Pan jeszcze kiedykolwiek do swojego domu?

- Tylko na chwilę, po to, by wypuścić na wolność czyżyki. Jakbym czuł, że już tam nigdy nie wrócimy. 

Na zdjęciu: Wiesław KępińskiNa zdjęciu: Wiesław Kępiński Fot. Tomasz Golonko

Jak przed wojną wyglądała ta część Warszawy?

- Mieszkaliśmy w suterenie drewnianego budynku przy ul. Wolskiej 149. Za domem rósł wielki ogród, w którym chłopcy z biednych domów zbierali czereśnie. Dzisiaj w tym miejscu jest ziemia i ohydne budynki. 

A jakieś wspomnienia? 

- Pamiętam, jak w czasie okupacji na naszym podwórku zjawił się mały Żyd i poprosił o jedzenie. Chłopczyk miał może pięć lat. Akurat była w domu mama, ukroiła pajdę chleba. Tylko tyle mogliśmy pomóc.  

Po wojnie wrócił Pan do Warszawy. 

- Nasz dom został spalony. Wzdłuż całej ulicy przetrwały jedynie nieliczne budynki oraz kamienice. Siostra nie miała warunków, by mnie wychowywać. Dlatego dałem ogłoszenie, że poszukuję zastępczych rodziców, którzy pomogliby mi skończyć szkołę. Na apel odpowiedzieli m.in. Iwaszkiewiczowie. I - jak często powtarzam - z wolskiej sutereny trafiłem do pałacu.

Tak po prostu umieścił Pan ogłoszenie w gazecie? 

- Napisałem list, w którym opisałem swoją sytuację. Opublikowano go w „Ekspresie Wieczornym”, w rubryce pod tytułem "Przyjaciel". 

Był rok 1947, trafił pan do Iwaszkiewiczów. Trzeba przyznać, że rzeczywiście do całkiem innego świata.

- Pamiętam pierwszą kolację w Stawisku, akurat były urodziny pana Iwaszkiewicza. W domu przebywało wielu gości. Sekretarz, pan Józef Zakrzewski, zaprowadził mnie do gabinetu na górę. Przyniesiono obiad, byłem bardzo głodny. Co jadłem, nie pamiętam. Zapamiętałem tylko na talerzu dwa krążki masła.

A jak przyjęła Pana nowa rodzina?

- Jak syna. Nie dano mi odczuć, że jestem obcy. Przyjechałem zupełnie dziki, nie potrafiłem nawet zbyt dobrze czytać i pisać. Zarówno Jarosław, jak i Anna mieli do mnie dużo cierpliwości. 

Nowe życie. 

- To prawda. Pan Bóg rozpisał dla mnie specjalny scenariusz. 

Do tej pory jest Pan związany ze Stawiskiem, a odwiedził Pan kiedykolwiek miejsce egzekucji?

- Pierwszy raz poszedłem tam po wojnie, od razu po powrocie do Warszawy. Na miejscu znalazłem przestrzeloną książeczkę kasy chorych, w której znajdowały się zdjęcia ojca i matki.  

Niewiarygodne, że czekała na Pana tyle czasu.

- To jedyna pamiątka, która pozostała mi po rodzicach. Jedyne, co jeszcze mam, to fotografia ślubna mojego brata. 

63 dni w 3 minuty. Tak wybuchało i padało Powstanie Warszawskie [ANIMACJA]

Więcej o: