Kopacz opowiada o drastycznych scenach z Moskwy. "Morze ciał. 300-400 kawałków"

Ewa Kopacz pierwszy raz od lat opowiedziała o tym, co widziała po katastrofie smoleńskiej. W rozmowie zdradza dosyć drastyczne szczegóły dotyczące identyfikacji zwłok w Moskwie.

Ewa Kopacz była w ubiegłym tygodniu przesłuchiwana w charakterze świadka w sprawie dotyczącej "niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych i utrudnianie postępowania polegające m.in. na nieprzeprowadzeniu sekcji zwłok ofiar katastrofy pod Smoleńskiej". Kopacz w kwietniu 2010 roku była ministrem zdrowia. Po katastrofie smoleńskiej poleciała do Moskwy, gdzie pomagała w procesie identyfikacji zwłok ofiar. 

Słodkawy zapach śmierci

Była premier rzadko mówi o tym, co działo się po katastrofie. Obszernego wywiadu udzieliła Teresie Torańskiej do książki "Smoleńsk". W ostatnich dniach podkreślała jedynie, że nie zmieniłaby swojego postępowania z kwietnia 2010 roku. W wywiadzie dla "Newsweeka" opisała ze szczegółami jak wyglądał proces identyfikacji zwłok i przyznała, że "tych ciał, tego zapachu" nie może wyrzucić z pamięci.

To jest taki słodkawy zapach śmierci, pomieszany z ziemią i naftą. Ten zapach mi bardzo długo towarzyszył. Pamiętam ubrania po całym dniu w zakładzie medycyny sądowej w Moskwie, które przesiąkały tym zapachem. To było nie do zniesienia

- mówi Kopacz w rozmowie z Renatą Grochal. Jak wyznała, najtrudniejszym wspomnieniem jest zejście do sali prosektoryjnej. - Tam, gdzie były ciała ofiar katastrofy, i widzę morze ciał - nie 96, tylko 300, 400 rozkawałkowanych szczątków. Korpus oddzielnie, głowa oddzielnie, ręce i nogi oddzielnie. Wszystko na rozkładanych stołach - opisała.

Drastyczne opisy szczątków

Kopacz jest zdania, że błędem było to, że nie mówiono w jakim stanie były ciała. - Ale nie chcieliśmy jeszcze bardziej ranić ofiar. Niekiedy nie było zawartości jamy brzusznej, nóg, rąk, połowy twarzy, zamiast głowy wisiał kawałek skóry z charakterystycznym fragmentem włosów, po którym można było rozpoznać osobę. To są obrazy, które widziały te rodziny! Dwieście kilo szczątków przywieźliśmy ostatniego dnia, to były kawałki ciał, których brakowało przy identyfikacji. Młoda dziewczyna, stojąc nad stołem podczas identyfikacji, zasłabła i została z ręką swojego ojca w dłoni. To były straszne obrazy - mówi. 

Pomieszane szczątki ofiar. Biegły: Nikogo z naszego fachu to nie dziwi. Nikt się nie oburza >>>

Badania genetyczne

Czy nie lepiej było od razu przeprowadzić badania genetyczne? Ówczesna minister zdrowia wyjaśniła, że to oznaczałoby pozostawienie wszystkich szczątków w Moskwie na kilka tygodni lub nawet miesięcy. - Ale już nie pamiętamy, jak olbrzymia była siedem laty temu presja wśród rodzin, żeby jak najszybciej przywieźć ciała ofiar z obcej ziemi do Polski. Nie dziwię się, pewnie sama też bym tak myślała - stwierdza Kopacz. 

- Proszę sobie wyobrazić, co robiliby politycy PiS, gdybyśmy te ciała w Moskwie zostawili na kilka miesięcy. Czy dziękowaliby za należytą staranność badania każdego z kilkuset kawałków szczątków, czy od rana do wieczora krzyczeliby o zdradzie i żądali natychmiastowego sprowadzenia ciał do Polski - dodaje. 

Fragmenty ciał w trumnie generała

Polityczka zastanawia się też, dlaczego w trumnie generała Bronisława Kwiatkowskiego znalazły się szczątki ośmiu osób. - Być może było tak, że brakujące części wizualnie pasowały do tego ciała i dlatego włożono je do tej trumny. Trudno mi powiedzieć, bo mnie przy tym nie było. Wiem jedno, że ciała były bardzo mocno uszkodzone - mówi.

Ekshumacja ciał pary prezydenckiej na Wawelu

Więcej o: