"Po cholerę panu to wszystko?". On jest ostatnią nadzieją dla KOD-u

Krzysztof "Łoza" Łoziński jest dzisiaj ostatnią nadzieją Komitetu Obrony Demokracji. Na emeryturę zaszył się razem z żoną w mazurskiej głuszy. Teraz jednak zdecydował się podjąć misji niemożliwej.

- Po cholerę panu to wszystko?

Krzysztof Łoziński: - Powiem górnolotnie, że to z poczucia odpowiedzialności za Polskę. Od 1968 r. cały czas biję się o to samo. O prawa człowieka i obywatela.

Nie musi, ale chce

Łoziński mieszka we wsi Cybulki niedaleko Giżycka. Osiadł tam razem ze swoją drugą żoną. Z Warszawy na mazurską wieś wyemigrowali, żeby pod koniec życia jeszcze trochę odpocząć.

- Z żoną marzyliśmy o własnym domu na wsi, w pięknym miejscu. Mazury takie są. Udało się. Przeprowadziliśmy się dziewięć lat temu - mówi. Dziś ma 69 lat i jest ostatnią nadzieją sympatyków KOD na to, aby ten ruch nie obrócił się w popiół już do końca. A od tego jest o krok. Mateusz Kijowski skompromitował Komitet i - jak mówią jego byli przyjaciele - uczynił z KOD-u swoją dojną krowę.

Łoziński jeszcze kilka miesięcy temu mówił, że szefowanie KOD-owi, to nie jest rzecz dla niego. Bo za stary. Bo mieszka 250 kilometrów od stolicy. Bo on już się w życiu nawalczył. Bo jemu już wystarczy. Bo nie bardzo nawet ma pieniądze na ciągłe podróże. Teraz startuje w wyborach na przewodniczącego KOD. Nie musi, ale chce. Jest przywiązany do swojego dziecka: KOD.

Dla „Łozy” Komitet to tylko jeden z epizodów w życiu. Bardzo ciekawym.

Najtrudniejszy moment

Wśród swoich przodków wymienia także Marię Konopnicką. Jego ojciec był architektem zaangażowanym w działalność opozycyjną. Matka - lekarką, która dożyła 94 lat. Siostra - też już nie żyje - odziedziczyła zawód po ojcu. Synów ma dwóch. Wnuczkę - jedną.

Z wykształcenia jest fizykiem i matematykiem. Po marcu’68 wyleciał ze studiów. Wzięli go też do wojska - służył w zwiadzie wojsk powietrzno-desantowego. A zaraz potem aresztowano. Jego narzeczoną - 18-letnią Krystynę, która była po części Żydówką - zmuszono od wyjazdu z Polski. To był przecież czas antysemickiej nagonki.

Dziś w rozmowie z Gazeta.pl Łoziński wspomina, że właśnie to był najcięższy czas w jego życiu. - Sytuacja była tragiczna. Narzeczona, już za granicą, zginęła w zamachu terrorystycznym. Była przypadkową ofiarą. Na lotnisku w Tel Awiwie terroryści obrzucili tłum granatami i strzelali do ludzi. Zabili kilkadziesiąt osób, w tym i ją - mówi.

Pistolet przy skroni

W latach 70. współpracował z KOR-em, ale skromnie. O Antonim Macierewiczu, z którym się znał, pisze: „jeszcze wtedy nie oderwał się od rzeczywistości i nie stał się ‘myślącym inaczej’”.

Dopiero w kolejnej dekadzie bardziej zaangażował się w działalność opozycyjną. Zatrzymywany, aresztowany, przeszukiwany był ponad 100 razy - w III RP dostał za to odszkodowanie. Działając w „Solidarności” wsławił się tym, że przedostał się do budynku Prokuratury Generalnej i - jak sam mówi - gwizdnął list prokuratora generalnego Lucjana Czubińskiego do prokuratorów wojewódzkich, w którym nakazywał on tworzenie fałszywych dowodów i materiałów do przyszłych aresztowań działaczy „Solidarności”. Skazany został za inną rzecz: wyprowadził ze szpitala „ochranianego” przez SB kolegę. Wyrok: 1,5 roku wiezienia. Odsiedział osiem miesięcy.

Odsiadkę wspomina tak: - Z SB ciągle prowadziłem grę, żeby nikogo nie wsypać i nie dać się zastraszyć. Presja była straszliwa. W pewnym momencie przystawili mi do głowy odbezpieczony pistolet. Nie byłem pewien, czy facet nie strzeli. To było po pacyfikacji „Wujka”, więc co im szkodziło.

Na marginesie

Po 1989 r. nie poszedł za kumplami z opozycji i nie trafił do polityki. Wyraźnie mu się nie wiodło. W tekście o sobie napisał: - Miałem niezbyt dobry pomysł, by założyć własne wydawnictwo. Istniało ono tylko 3 lata i padło, głównie z powodu panującej wówczas gigantycznej inflacji. Wydaliśmy ok. 70 książek, w większości podręczników szkolnych. Z upadłego wydawnictwa została mi ciężarówka, więc, musząc za czegoś żyć, przez pięć lat robiłem usługi transportowe i wynajmowałem się też jako kierowca  jeżdżąc też na tirach.

13 lat temu założył (razem z Piotrem Rachtanem, Stefanem Bratkowskim i Andrzejem Pawluczukiem) własne medium: internetowe „Kontrateksty”. Strona już nie działa, wchłonęło ją „Studio Opinii”. Pisał też do gazet i książki - ostatnio„Raport Gęgaczy - o kłamstwach, manipulacjach i prawdziwych zamiarach środowiska PiS”.

Dopiero w 2015 r. zaczął się ocierać o politykę. Rzucił w internecie pomysł stworzenia Komitetu Obrony Demokracji (nawiązującego do KOR-u). Temat podjął Mateusz Kijowski - stworzył stronę na Facebooku, która zyskiwała sympatyków w lawinowym tempie. Sam Łoziński trzymał się jednak z boku: 250 kilometrów na północny-wschód.

Siedział tam nad jeziorem, żył z emerytury z ZUS i tej specjalnej, którą przyznał mu Donald Tusk. Tę drugą premier mu dał, bo wystąpili o to koledzy „Łozy” z podziemia, a on sam żył biednie. Teraz za pracę w zarządzie KOD dostaje jeszcze kwotę niewiele ponad pensję minimalną.

Alpinista

Dorosłe życie poświęcił największej pasji: wspinaczce górskiej. Wspina się od 12. roku życia. Dziś to już przeszłość, bo przedstawia się jako „pisarz, publicysta, dziennikarz”, a pod jednym z tekstów jeszcze jako "łże-elita, lumpen-inteligent i wykształciuch".

Przez góry tracił robotę. Gdy pojechał w Himalaje, gdzie spontanicznie włączył się w akcję ratunkową innych wspinaczy, nie zdążył wrócić do Polski przed końcem urlopu. Wykopali go więc z zakładu. Żeby nie paść z głodu zatrudnił się w teatrze. Robił dekoracje i rekwizyty, rzeźbił i malował.

Ale przez pasję do wspinaczki, miał za co żyć. Przez cztery lata - jak wspomina - był kierownikiem prac wysokościowych. Malował kominy - trochę jak Donald Tusk. Imał się zresztą różnych prac - przez krótki czas uczył fizyki. - A przez pół roku pracowałem z narkomanami jako ich wychowawca - wspomina. Razem z Markiem Kotańskim zajmowali się nimi w Szpitalu Psychiatrycznym w Garwolinie. Potem ich wywalono z oddziału dla uzależnionych. - Praca była ciekawa, ale bardzo stresująca. Przecież tam umierały 14-15 letnie dzieciaki - to był koszmar - opisuje.

Od 1976 r. miał własną szkołę kung fu w Warszawie i drugą w Polsce. Dzięki temu z epizodyczną rolą wystąpił w filmie Janusza Kijowskiego „Kung-fu”. To stryj Mateusza Kijowskiego. „Łoza” nie wiedział później, że są oni rodziną.

Gdy mógł, to jeździł po świecie, żeby się wspinać. 8-tysięczników nie ma na koncie, ale 7-tysięczniki już tak. Lubił się wspinać „na żywca”, czyli bez asekuracji. I samotnie. Do dziś chwali się, że w swoim czasie miał w CV rekordową liczbę takich wejść - ponad 300.

Powrót do borsuków

Krzysztof Łoziński nie tak dawno pisał: - Mam psa i dwa koty, ogród, spokój i piękną okolicę. Dookoła mam las pełen saren, jeleni, łosi, borsuków, dzików, lisów, zajęcy.

Dziś podkreśla, że „musi wyprowadzić KOD z kryzysu”. KOD jest jednak w takim stanie, że Łoziński będzie miał okazję, ale do powrotu nad jeziora.

Zobacz także: minister miał tłumaczyć się ze śmierci zatrzymanego. Zamiast tego zaatakował opozycję

Więcej o: