Beata Tadla: "Ktoś do mnie napisał, że teraz widzi w TVP ludzi spiętych, zdenerwowanych i przestraszonych"

Rozmawiamy z Beatą Tadlą o spadkach "Wiadomości" i o polityce w TVP.

Straciła pracę w TVP w połowie stycznia. Przyznaje, że wciąż tęskni za ekipą, z którą pracowała, ale zapowiada też, że na razie kończy z telewizją. Daje sobie czas na złapanie dystansu. Co myśli o tym, co pokazuje dziś telewizja publiczna? O tym rozmawiamy z Beatą Tadlą, jedną z najpopularniejszych dziennikarek.

Angelika Swoboda: Porozmawiamy o Jacku Kurskim?

Beata Tadla: - Nie. I bardzo się z tego cieszę.

A dlaczego?

- Bo to, co miałam powiedzieć, już powiedziałam. Czasem trzeba wylać z siebie emocje i dać sobie spokój.

Pani się ulało?

- Pewnie, że się ulało.

I ulżyło?

- Czy mi ulżyło? Z powodów społecznych na pewno nie, osobistych - tak. Trzy miesiące to wystarczający czas, by przepracować w sobie wiele. Najpierw pozwolić na przeżywanie, a potem zamknąć jeden rozdział i otworzyć kolejny.

Czuje się pani jak po rozstaniu z kimś bliskim, jak po skończeniu długiego związku?

- Trochę tak. Pracowałam w TVP niecałe cztery lata, to ważna, ale nie jedyna telewizyjna przygoda. Na razie zakończona. Ale przecież życie przynosi różne niespodzianki.

To koniec czy nie?

- Zawieszenie. Urlop na oddech, na złapanie dystansu.

Da się tak? Podobno jak ktoś już nasiąknie telewizją, to trudno mu bez niej wytrzymać.

- Myślałam, że będzie gorzej. Czasem bywają momenty, że bardzo tęsknię. Za ludźmi. Bo telewizja oprócz tej całej technicznej otoczki, to przede wszystkim ludzie. A tamta ekipa była najlepsza pod słońcem.

Co panią teraz pochłania?

- Wie pani, jak człowiek pracuje w rygorze czasu, to może się zatracić na jednej ścieżce. Kiedy tego nie ma, czuje się, jakby stracił absolutnie wszystko. Moim szczęściem jest to, że od wielu lat mam swoją drugą, równoległą drogę, pasję. Prowadzę wykłady dla studentów i ta praca sprawia mi ogromną przyjemność. Tak samo, jak wszelka działalność związana z obserwowaniem procesów zmian w języku, obcowanie z piękną polszczyzną, np. aktywność kapituły Kuźni Mistrzów Mowy Polskiej, której mam zaszczyt być członkiem. Kolejna rzecz to własny rozwój. Właśnie kończę studia podyplomowe z kształcenia głosu i mowy. I tym chciałabym się zająć.

Z tymi planami wiąże się pani praca w Kolektywie Medialnym Adama Federa, byłego dziennikarza Wiadomości, zwolnionego na początku roku?

- Między innymi. Liczę, że firma się rozwinie, bo jej mocnym atutem jest ogromne doświadczenie tych, którzy ją tworzą. I mądre pomysły. Mój trening dobrego mówienia jest uzupełnieniem szkolenia z wystąpień publicznych. Widzę ogromną potrzebę przekonywania ludzi do świadomego korzystania z tego pięknego narzędzia, jakim jest polszczyzna. A z tym nie jest u nas dobrze. Sfera publiczna to często językowy śmietnik.

Czyli naprawdę kończy pani z telewizją?

- To raczej, tak jak powiedziałam, odwieszenie. Nie zamykam się. Może kiedyś znajdzie się miejsce, w którym mogłabym robić rzeczy pożyteczne, czyli na przykład rozmawiać z ludźmi, którzy dbają o dobre mówienie, a nie z politykami, bo z tego zazwyczaj nic nie wynika.

No tak, ale pożyteczne, misyjne rozmowy kojarzą mi się jednak ciągle z TVP.

- Bo tak powinno być. Ciągle o tym słyszymy, a tymczasem ostatnio w "Sprawie dla reportera" wystąpił Zenon Martyniuk. Nie oceniam ani twórców, ani słuchaczy disco-polo, ale telewizja publiczna nie może grać na takich strunach, powinna pokazywać coś, czego nie znajdziemy w innych miejscach, uwrażliwiać ludzi, otwierać ich, podawać im jakość, o której istnieniu być może nie mają pojęcia.

A uczelnia jest miejscem, gdzie się mówi o zwolnieniach w TVP? Coś pani mówiła studentom, kiedy pytali?

- Bardzo byli zainteresowani tematem, bo widzą, co się dzieje i chcą to rozumieć. Mówiłam, że przestrzeń prawna nie jest uregulowana i że telewizja publiczna pada łupem polityków. Najważniejsze jest jednak to, jak odnajdują się w tym dziennikarze i ich praca.

Myśli pani, że o obsadzie w TVP zawsze będą decydować politycy?

- Przykład ostatniego rozdania jest najbardziej charakterystyczny. Stara ekipa została wymieniona na ludzi, którzy stali w przedbiegach, żeby do tego niby znienawidzonego mainstreamu się po prostu dostać. I teraz dostają punkty za wieloletnią lolajność. PiS sobie wychował dziennikarzy mu sprzyjających. Oni utworzyli media tak zwane niezależne i określili się mianem niepokornych. Wszyscy, którzy nie byli wśród nich, zostali nazwani sprzedawczykami, aparatczykami, sługusami władzy, a ich największym grzechem była praca w czasie rządów niePiS-u.

To pani.

- Lista, odczytywana ostatnio z trybuny sejmowej, jest bardzo długa... Przez lata nas zohydzano, wmawiano ludziom, że kłamiemy, choć nikt tego nie udowodnił. Kiedy czasem czytam komentarze, to rozpoznaję w nich ten szczególny język. Ostatnio w programie "Wtylewizji", takim koszmarku antenowym, wyemitowano wypowiedź człowieka nagranego na ulicy. Jednego, bez żadnej kontry. Mówił dokładnie to, co autorzy programu chcieli usłyszeć, po czym komentator skwitował, że oto tym żyją zwykli ludzie. Jestem bardzo ciekawa, co by odpowiedział na bardziej szczegółowe pytania, czy naprawdę rozumie to, o czym mówi, czy jedynie powiela zasłyszany przekaz. Dziennikarz nie dopytywał. Bo i po co?

Zawsze wierzyłam i będę wierzyć w to, że najważniejsza w pracy dziennikarskiej jest umiejętność zainteresowania odbiorców tym, co dzieje się wokół nich, jak to wpływa na ich życie, emocje, przyszłość... Ludzi trzeba inspirować, zachęcać do refleksji. Nie jest naszą rolą podsuwać im "gotowce", kalki myśleniowe, własne komentarze, oceny.

Widzom się to nie podoba i dlatego oglądalność "Wiadomości" tak drastycznie spada?

- Wie pani, mądrzy ludzie sięgają po mądre przekazy. Porównują, myślą, analizują. A spadki "Wiadomości" są rzeczywiście potężne. I to już tendencja, a nie jednorazowy skok. Dziwię się, że nic z tym nie robią. No, może poza przerzucaniem winy na agencję badawczą. Ale to nie agencja i sposób badań się zmieniły. Tylko przekaz, który coraz więcej ludzi odrzuca. Ostatnio pewien twórca kultury zapytał mnie, czy ma nadal chodzić do mediów publicznych.

I co mu pani odpowiedziała?

- Że absolutnie ma przychodzić i mówić to, co ma do powiedzenia. Nie popieram bojkotu. W programach "na żywo" można wyrazić swoją opinię. Choć i tak nie wiadomo, jak potem to zostanie "wycięte" i w jakie konteksty włożone. Na szczęście jest internet, są media społecznościowe, w których zawsze można opowiedzieć jak było.

To prawda, ale wie pani, Ziemiec powiedział nieprawdę w "Wiadomościach" a przeprosił na Facebooku. Inna skala.

- Nie będę tego oceniać. Wiem jednak, że jeśli naprawdę zależy nam na przebiciu się z przekazem, to można to zrobić. Proszę zauważyć, jak umiejętnie z narzędzi internetowych korzystają wyznawcy IV RP, jak w ostatnich kampaniach wyborczych wyczuli ten kierunek. Po stronie wyznającej inne wartości nie jest z tym dobrze, choć i tak to się zmienia. Powinno być więcej wsparcia, więcej udostępnień artykułów, opinii. Na Twitterze czy Facebooku można przecież multiplikować wzajemne wpisy, komentować je po swojemu. To jest, ale mam wrażenie, że nie w takiej skali, jak tam.

Czuła pani to, gdy zwolniono panią z TVP?

- Ja to czuję cały czas. Myślę, że powinniśmy przykładać większą wagę do tego, by się wspierać. Naszym zadaniem nie jest psioczenie i załamywanie rąk, na coś, na co nie mamy wpływu, tylko obrabianie własnego poletka. Pozytywistyczne dbanie o otoczenie, dawanie dobrych przykładów kultury i solidarności w każdym obszarze.

Ogląda pani czasem "Wiadomości"?

- Rzadko. One się już stały tak przewidywalne... Wiem dokładnie, jak coś pokażą, zinterpretują, kogo poproszą o wypowiedź, od czego zaczną. A program informacyjny jest od opisywania rzeczywistości, a nie jej interpretowania.

"Fakty" pani ogląda?

- Zawsze oglądałam i "Wydarzenia", i "Fakty", i "Wiadomości". Dla porównania. Ja zawsze lubiłam wiedzieć, korzystać z różnych źródeł. To już nie jest PRL, gdzie mamy tylko jeden przekaz. TVP nie jest na szczęście jedyną telewizją. Zresztą, proszę pani, widz jest mądry i zawsze wyczuje fałsz. Ostatnio odkryłam, że w folderze "inne" na Facebooku mam 3,5 tysiąca nieprzeczytanych wiadomości. Spędziłam dwa dni na odpisywaniu. Z tych wiadomości płynęła refleksja, że ludzie nie kupują tego, co dziś pokazują "Wiadomości" TVP. Ktoś napisał: "Wy byliście ekipą uśmiechniętą, nie mieliście spiętych ramion i kącików ust. Byliście na luzie, naturalni".

Zrobiło się pani przyjemnie?

- To wiele dla mnie znaczy, że ktoś, kto może nie zna się na mediach, potrafi ubrać w słowa taką opinię. To piękne i wartościowe. Ta sama osoba napisała, że teraz widzi ludzi spiętych, zdenerwowanych i przestraszonych.

To nie pani.

- Ja przekonuję, że dziennikarz też jest człowiekiem. I powiem pani, że po katastrofie smoleńskiej, po dyżurze z Jarkiem Kuźniarem przekonałam się, że ludzie tego potrzebują. Dostawaliśmy listy, że pomogliśmy widzom przeżyć ten smutek, tę żałobę. A przecież my nie byliśmy na to przygotowani, bo zwyczajnie się nie da. To instynkt. Ale taka informacja zwrotna pozwala mi stać przy swoim, że emocje w telewizji nie są złe. Byle nie za dużo i zawsze wtedy, gdy są prawdziwe.

Czyli dopuszcza pani emocje na antenie. A przedstawianie przez dziennikarza własnych poglądów?

- Gdy jest publicystą to tak. Choć wie pani, jak to jest. Gdy ludzie lubią jakiegoś polityka, a dziennikarz jest wobec niego dociekliwy, to jest "be". A gdy polityk nie jest lubiany, ten sam dziennikarz robi się "cacy".

Pani nie stosowała zasady bycia dociekliwą wobec tych, których pani nie lubiła i uległą wobec lubianych?

- Nie mam sobie nic do zarzucenia. I nie wiem, skąd się wzięły podobne spekulacje.

Zatem o zdenerwowanym podczas rozmowy z panią Andrzeju Dudzie też nie będziemy już mówić?

- Nie, już dość. Piszę książkę o pozaantenowych sytuacjach, emocjach. O tym, czego widz nie widział. Przecież nasza praca to nie tylko czas w okienku, kiedy nas widać. To ogrom zadań, często trudnych, czasem zabawnych. Praca nad Wiadomościami zajmuje wiele godzin, zaczynaliśmy od kolegium o 9.30, by potem o 19.30 zaprezentować efekt działań całego świetnego zespołu.

Ale już pani tego nie robi. Przewartościowała pani swoje życie?

- Praca w telewizji była moją wielką miłością. Ale cały czas myślę, że wszystko co najlepsze dopiero przede mną. Wie pani, my jesteśmy nauczeni, że trzeba się poniewierać przeszłością. Takie to polskie. Tacy jesteśmy pogmatwani przez przeszłość i wmówiono nam, że to jest ważne. Dla mnie ważna jest moja teraźniejszość i przyszłość. Dlatego jeśli zawieszam rozdział "telewizja", to myślę, że muszę wyciągnąć wnioski z tego, co do tej pory robiłam.

Jakie to wnioski?

- Że informowanie ludzi było czymś, co mi sprawiało największą przyjemność. Natomiast najmniej wartościową częścią tej pracy były rozmowy z politykami, bo - mimo trudu dziennikarza - oni nie wychodzą z kampanii. Zapamiętuje pani coś z programu, w którym siedzą politycy z przeciwnych stron i uprawiają słowną bijatykę? Jest niewielu, którzy zostawiają po sobie ślad w pamięci, coś poza sferą emocji. Najciekawsze były więc rozmowy z kimś spoza tej branży, kiedy czułam, że sama się uczę, że wiedza i mądrość mojego gościa pozostanie także w głowach widzów.

Więcej jest dziś w pani smutku czy nadziei na przyszłość?

- Staram się nie pielęgnować w sobie smutku czy negatywnych emocji. Ja jestem zawsze kilka kroków przed samą sobą. Poza tym pozwalam sobie wyrzucić z siebie zło, które przenika czasem przez mój pancerz. Jak trzeba, to płaczę, jak trzeba krzyczę. Normalne, ludzkie. Nie tłumię. Czytałam, że dobrze sobie czasem tak siarczyście przekląć. Oczywiście w powietrze, nie do innych. Podobno słowo na "k", przez swoje "r" w środku jest najlepsze na wyrzucanie złych emocji.

Pozwala pani sobie czasem na takie siarczyste "k..."?

- No pewnie! Dla terapii, oczywiście.

Szybki QUIZ: 'Dobra zmiana' w TVP [5 pytań]

 

Nowe "Wiadomości" straciły w lutym około: Sprawdź! Rozwiąż QUIZ

Więcej o: