Wpadka ministra. Nie wie, jak wylicza się staż pracy... Ale krytykuje wpisanie go jako warunku emerytury

1. Henryk Kowalczyk jest w rządzie Beaty Szydło ministrem bez teki 2. Polityk nazwał staż pracy ?niesprawiedliwym kryterium" emerytury 3. Jak się okazało, poseł nie wie, w jaki sposób do stażu jest zaliczany okres nauki

Jednym z wątków porannej audycji w Radiu ZET była propozycja wpisania stażu pracy jako warunku przejścia na emeryturę w wieku 60 lub 65 lat. W rozmowie z Moniką Olejnik Henryk Kowalczyk nazwał to kryterium "niesprawiedliwym". - Wiele osób pracowało w pierwszych latach w okresie komuny w zakładach, które upadły, poginęły dokumenty. Będzie im trudno udowodnić staż pracy i będą się czuli pokrzywdzeni - mówił jeden z czołowych specjalistów gospodarczych w rządzie PiS.

Jego zdaniem drugą pokrzywdzoną grupą są osoby z wyższym wykształceniem. - Staż pracy zaczyna im się od 24 roku życia, więc mogą powiedzieć, że skoro nie pracują od 18 roku życia, to staż pracy wyprowadzi ich w górne granice emerytury - tłumaczył.

Problem w tym, że w świetle polskiego prawa takie osoby są uprzywilejowane w stosunku do tych, które pójdą wcześniej do pracy. Za ukończenie studiów wyższych doliczane jest bowiem aż 8 lat stażu pracy - także w przypadku osób, które ukończą trzyletnie studia licencjackie.

Przykładowo, 24-latek z licencjatem będzie miał 8 lat stażu pracy, a jego rówieśnik, który poszedł do pracy w wieku 18 lat - staż pracy krótszy o dwa lata.

Zobacz wideo

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: