Po sieci krąży legenda miejska: Pedofile napisali grę o kotce. Porywają dzieci, które w nią grają

Angela to bohaterka popularnej aplikacji dla dzieci - biała kotką o wielkich, niebieskich oczach. I właśnie te oczy najbardziej niepokoją małoletnich użytkowników aplikacji. Ma się w nich odbijać... twarz pedofila.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas Utrzymaną w cukierkowych kolorach aplikację "My Talking Angela". można w kilka sekund ściągnąć na komórkę. Rozgrywka jest prosta, przypomina schemat znany od czasów Tamagochi. Gracz musi opiekować się kotką Angela - dopilnować, by była czysta i wypoczęta, regularnie ją karmić, głaskać i dostarczać rozrywek. Co jakiś czas Angela wdaje się ze swoim opiekunem w pogawędki albo proponuje mu minigry.

"Kotka wie, kiedy kłamiesz"

Choć aplikacja jest dość niewinna, w sieci roi się od niepokojących opowieści na jej temat. Treść większości z nich jest podobna: "Angela zapytała moją koleżankę, gdzie mieszka, ta podała jej fałszywy adres. Kotka odpisała >>kłamiesz<< i na ekranie telefonu wyświetlił się prawdziwy adres" - piszą na blogach i facebookowych grupach dzieci, które nie skończyły jeszcze 12 lat.

Aplikacja ma ponadto blokować wszelkie próby usunięcia jej z telefonu, robić ukradkiem zdjęcia użytkownikom i zadawać nieletnim użytkownikom pytania o jednoznacznie erotycznym wydźwięku. Najbardziej drastyczne "prawdziwe historie" o "My Talking Angela" kończą się zaginięciem dziecka, które grało w grę.

Według najpopularniejszej z teorii spiskowych, grę stworzyli pedofile i za jej pomocą namierzają potencjalne ofiary. Dowodem na to ma być szczegół, który dostrzegli jacyś wyjątkowo spostrzegawczy gracze: w oku kotki rzekomo odbija się pokój, w którym siedzi mężczyzna w średnim wieku.

Oczy AngeliOczy Angeli Fot. Zapytaj.onet.pl

Typowa legenda miejska

Choć te opowieści brzmią absurdalnie, nie ma co załamywać rąk nad naiwnością współczesnej młodzieży. Kiedyś dzieciaki bały się czarnej wołgi, w latach 90. powtarzały sobie historie o satanistach tnących twarze żyletkami. Dziś straszakiem stała się kotka Angela.

Historie o niej mają wszystkie cechy legendy miejskiej - budzą emocje, ostrzegają przed niebezpieczeństwem, a ich bohaterami są "znajomi znajomych". Poza tym rozprzestrzeniają się szybko i obrastają w coraz to nowsze szczegóły. Skąd jednak wzięły się pogłoski o niebezpiecznej naturze kotki? Wszystko wskazuje, że dotarły do nas w zeszłym roku zza oceanu.

 

Twórcy gry: "Co za bzdury"

W USA Angela wzbudzała panikę już w styczniu 2014 r. Plotki o aplikacji rozprzestrzeniali jednak nie młodzi użytkownicy, ale ich rodzice. "Sprawdźcie tablety i telefony swoich dzieci! Być może zainstalowały aplikację stworzoną przez krąg pedofilski"- tak zaczynał się łańcuszek krążący po amerykańskim Facebooku.

- To bzdury. Z naszej aplikacji korzystają codziennie miliony użytkowników. Musielibyśmy mieć całą armię pedofilów - skwitował jego treść Samo Login, dyrektor firmy Outfit7, która stworzyła grę w rozmowie z "Guardianem".

Zaniepokojeni rodzice zarzucali kotce Angeli, że wypytuje ich dzieci o ich prywatne dane, takie jak wiek i imię. Autorzy gry potwierdzają, że kotka zadaje takie pytania, jednak wyłącznie po to, by wciągnąć użytkownika do rozmowy. Przyznają również, że aplikacja zbiera dane o użytkownikach. Mają jednak one służyć jedynie badaniu zainteresowań graczy i nie są przekazywane nikomu spoza Outfit7.

Tłumaczenia przedstawicieli firmy i założenie strony , która miała rozwiewać wątpliwości nie zdołały jak widać powstrzymać histerii. Łańcuszek w nieco zmienionej wersji dotarł do Polski i ma się dobrze.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!