Rewolucja w szkołach - sprawdzamy efekty. "Jak na czarnym rynku. Snickersy chodzą po 10 zł"

- Młodzi już handlują jak na czarnym rynku. Snickersy chodzą po 10 zł - mówi bufetowa z warszawskiego liceum. Absurdów jest więcej, więc licealiści skarżą się do Ministerstwa Zdrowia. Chcą, by nowe przepisy dotyczące produktów w sklepikach szkolnych po prostu znieść.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas- Powiem szczerze, że sama nie wiem, co już można, a czego nie - mówi pani Lucyna, bufetowa ze sklepiku szkolnego na warszawskim Mokotowie. I trudno się pani Lucynie dziwić. Od pierwszego września w życie weszła nowelizacja ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia, zgodnie z którą nie można w szkołach sprzedawać tzw. śmieciowego jedzenia. Co to znaczy? Z półek zniknęły chipsy, napoje energetyczne, popularne napoje gazowane i słone przekąski. W ich miejscu miały pojawić się przekąski zdrowe. Jakie? Właśnie tu pojawia się problem.

Danie w pięć minut

Rozporządzenie i rozpisane w nim przepisy są na tyle ogólne, że sprzedawcy interpretują je na swój sposób. W efekcie ze sklepików szkolnych zniknęły na przykład popularne serki homogenizowane (zawierają zbyt wiele cukru), ale w normach mieszczą się dania instant, które najzdrowsze nie są. Pogubić się naprawdę łatwo. - Jak coś tu jest niezdrowe, to ta cała sytuacja - mówi pani Lucyna.

W bufecie można zatem kupić popularne "gorące kubki" czy - uwaga - chińskie zupki! - Patrzę na metki, etykietki i sprawdzam, co się mieści w normach. Zupka się mieści - kwituje nasza rozmówczyni. Co jeszcze się "mieści" w narzuconych przez Ministerstwo Zdrowia normach? Jak pokazuje asortyment z warszawskich sklepików, popcorn, który można przygotować w mikrofalówce, czy dania fastfoodowe, jak zapiekanki czy tosty. Podobnych przykładów jest więcej.

Uczniowie dodają majonez i chodzą na kebaba

- Można u nas zjeść pyszne kanapki na ciemnym pieczywie, z chudziutką szynką i dodatkiem warzyw. Samo zdrowie - zachwala przekąski Anna, sprzedawczyni w liceum na warszawskim Powiślu. No dobrze, ale cóż z tego, że samo zdrowie, skoro nie smakuje uczniom? Licealiści do kupionych u pani Ani zdrowych kanapek dodają zatem "niezdrowy" majonez, tłuściutką szynkę i dodatkowe plastry żółtego sera. - Żeby się najeść, żeby smakowało jak kanapka - wylicza Weronika, licealistka. I dodaje, że tak robią wszyscy uczniowie. - Proszę zapytać innych, nie jestem jedyna.

Pytam. Opinie są różne, ale jedna się powtarza: - Nowa ustawa to dobry pomysł, ale powinna obowiązywać tylko podstawówki i gimnazja - skarżą się licealiści. I przekonują, że ich nawyków żywieniowych uczyć już nie trzeba. - Jesteśmy dorośli, każdy jest świadomy, co jest zdrowe, a co nie. Co z tego, że są w bufecie zdrowe kanapki, jak chodzimy na prawdziwe żarcie do kebaba? - mówi Kuba, przyszłoroczny maturzysta.

Trzy tygodnie po wprowadzeniu nowych przepisów licealiści z całej Polski łączą siły i przygotowują... ogólnopolski manifest. Zaczęli uczniowie z Gorzowa Wielkopolskiego, którzy napisali petycję do ministra zdrowia, a w ich ślady idą już inni. W warszawskich liceach krąży gotowy dokument, będący głosem sprzeciwu wobec nowych norm, który każdy licealista może wydrukować i podpisać.

Spod lady

Czego brakuje uczniom? Kawy, drożdżówek, a także energetyków i czekolady. Gdzie tego wszystkiego szukać? Może na czarnym rynku? Uczniowie, aby ominąć nowe przepisy, zakupy robią przed przyjściem do szkoły. Kupują w ilościach hurtowych, by w razie czego nie zabrakło albo żeby odsprzedać kolegom. - Słyszałam, że snickersy chodzą po 10 złotych - mówi jedna z bufetowych. Towarem chodliwym okazują się także energetyki.

Kombinują także sami sprzedawcy. - Mam swoją herbatę, osobistą, którą "częstuję" nauczycieli - mówi jedna ze sprzedawczyń w warszawskim liceum. - Nie mogę sprzedać, ale poczęstować można, prawda? - dodaje. - Przychodzi do mnie nauczyciel i chce kupić kawę, a ja mu grzecznie muszę odmówić, bo takiego napoju sprzedawać już nie można - komentuje inna sprzedawczyni. Co zatem można? - Zbożową, ale jej nikt nie chce pić - kwituje.

Pod ladą, na użytek własny, jest wszystko to, co w ustawie zabronione. Od miętowych gum po czekoladowe wafelki.

Zdrowo może być niewesoło

Ustawa o zdrowym jedzeniu ma zły wpływ na inne aspekty szkolnego życia. Dyrektor jednego z warszawskich liceów, prosząc o anonimowość, przyznał w rozmowie ze mną, że w jego szkole... spadł poziom bezpieczeństwa. - Proszę pana, by kupić sobie coś słodkiego, colę czy chipsy, moi uczniowie biegają do Biedronki, która znajduje się po drugiej stronie ulicy. Nie zamknę przecież szkoły i nie będę tych młodych ludzi trzymać na uwięzi. Ale w czasie przerwy uczniowie śpieszą do dyskontu, nie zwracając uwagi na bezpieczeństwo.

Dyrektor pytany, dlaczego nie chce powiedzieć tego do kamery, przyznał: - W niedługim czasie spodziewam się wizyty kuratora i nie mogę tej ustawy krytykować wprost.

Skuteczne podejście do wychowywania i żywienia dzieci w książce "Wychowuj po trochu". Ebook dostępny na Publio.pl >>

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: