Trudne początki imigranta. "Chcę być traktowana jak Niemka" [REPORTAŻ]

Weronika nie tak wyobrażała sobie swoją przeprowadzkę do Niemiec. Marzenia o lepszym życiu o mało nie przypłaciła bezdomnością. Swoją i swoich dzieci.

Plan Weroniki* na osiedlenie się w Niemczech był prosty: nauczyć się języka, dostać pracę, stanąć na własne nogi. Wszystko miało odbyć się szybko, sprawnie, ze znośną dawką biurokracji i bez wstępnego przygotowania.

Weronika, jak tysiące innych mieszkańców Górnego Śląska, ma niemieckie obywatelstwo po dziadkach. Nie mówi jednak po niemiecku i nie zna realiów współczesnych Niemiec. Jej niemieckie korzenie poświadczają za to dokument wydany przez opolski konsulat RFN i niemiecki dowód tożsamości. Niemieckie obywatelstwo przypadło w udziale także trójce jej dzieci. Z całej rodziny tylko mąż nie ma obcych korzeni.

- Chcę być traktowana jak Niemka, mam do tego prawo - mówi 39-letnia Weronika, która w październiku 2014 roku przyjechała do Dortmundu. O tym, że status przesiedleńca z Polski przestał praktycznie obowiązywać w 1993 roku, Weronika nie miała pojęcia.

Urzędowy przewodnik

Na wizyty w urzędach Weronika zabiera doraźnych polskich znajomych, czasem wolontariuszkę udzielającą się przy miejscowej misji katolickiej. Wszystkim brakuje czasu, by prowadzić ją za rękę przez zaułki niemieckiej rzeczywistości, tłumaczyć formularz po formularzu, słowo po słowie.

Blisko 600-tysięczny Dortmund zatrudnia na etatach w poradniach dla imigrantów jedynie trzy polskojęzyczne pracownice. Są jeszcze wolontariusze. Poradnie doradzają w sprawach urzędowych, w staraniach o uznanie kwalifikacji zawodowych, rozwiązywaniu problemów rodzinnych. - Pomożemy wypełnić formularz lub złożyć wniosek, ale nie możemy towarzyszyć Polakom w ich wędrówkach po urzędach. Na to nie wystarcza nam czasu - wyjaśnia Gisela Soballa z Caritasu w Dortmundzie. Z porad tej instytucji mogą skorzystać imigranci w ciągu pierwszych trzech lat pobytu w Niemczech.

Obywatele Unii Europejskiej, a już tym bardziej przybywający z tych krajów obywatele Niemiec, z założenia nie należą do klienteli poradni imigranckich. Mimo to i tej grupie placówki starają się pomóc. Również Weronika uzyskała tam pomoc przy wypełnieniu urzędowych formularzy.

Zaliczka na życie

Druga wizyta w urzędzie pracy. Weronika pilnie potrzebuje świadczeń socjalnych. Wymienione na euro złotówki topnieją w zastraszającym tempie. Wystarczy jeszcze na jedzenie do końca tygodnia i kilka biletów autobusowych. Potem Weronika będzie musiała wyprosić bon żywnościowy i stanąć w długiej kolejce po żywność dla ubogich.

Pracownik urzędu pracy, który przyjmuje Weronikę, nie pozostawia złudzeń, że spotkania z nim nie będą należały do przyjemnych. - Nie mam krzeseł dla wszystkich, ktoś musi postać - uprzedza szorstkim tonem. Wizytówki na biurku zdradzają jego słowiańskie korzenie. Rodzina Weroniki jest tylko 13-cyfrowym numerkiem, który należy podać, by porozmawiać z urzędnikiem, oddać dokumenty, telefonicznie przełożyć termin spotkania. - Gdzie wnioski? Lista przyniesionych dokumentów? - pyta.

Weronika nerwowo przerzuca kartkami skorowidza, okazując pojedyncze dokumenty. Padają pytania i terminologia, której Weronika nigdy nie słyszała: "wspólnota potrzeb", "wspólnota odpowiedzialności i wzajemnego poręczenia", "wspólnota miejsca zamieszkania". Za każdą z nich kryje się określona konstelacja ludzi, a od nazwania ich będzie zależeć, jakie świadczenia otrzyma w ostateczności. - Zaświadczenia o dochodach, zasiłku rodzinnym, ubezpieczeniu, posiadanych oszczędnościach, wyciągi ze wszystkich kont za ostatnie trzy miesiące - wylicza urzędnik. - Wszystko w Polsce sprawdzimy - uprzedza.

Z taką ingerencją w jej prywatne życie Weronika nie liczyła się. - Nie wiem, czy dojdzie do płacenia świadczeń, bo jest mieszkanie w Polsce, które należałoby sprzedać i żyć za te pieniądze - mówi mężczyzna ostrym tonem. - A do nas przyjść, jak się skończą - ucina. Weronika jest zmieszana, ma wypieki na twarzy i łzy w oczach. Dwupokojowe mieszkanie jest męża, kupione jeszcze przed ślubem. Z trudem mieściło pięcioosobową rodzinę. Mieszkanie miało być zabezpieczeniem w Polsce. Na razie mieszka tam mąż. Gdy wyjaśni problemy zdrowotne, dojedzie do Niemiec.

Po wyjściu z urzędu smutek miesza się ze złością. Stracone dwie godziny, brak zaliczki. Nadzieja na otwarte przyjęcie szybko ustąpiła miejsca poczuciu bycia obywatelką drugiej klasy.

1500 zł na pięć osób

Pomysł na wyjazd do Niemiec narodził się, kiedy życie w Polsce zaczęło toczyć się poniżej granicy ubóstwa. Weronika nie ma ani wyuczonego zawodu, ani doświadczenia zawodowego. Po nieskończonym liceum wyszła za mąż, na świat przyszła córka. - Umówiliśmy się, że mąż zarabia pieniądze, a ja zajmuję się domem i dziećmi - mówi.

System runął wraz z problemami zdrowotnymi męża i utratą przez niego pracy na kolei. Przyznana mu renta w wysokości 1500 zł nie wystarczała na utrzymanie pięciu osób, a zasiłek z opieki społecznej niewiele w tym pomagał. Weronika czuła, że przyszła kolej na nią. W rodzinnym mieście na Górnym Śląsku nie znalazła pracy. - Tam są bezrobotni po studiach, którzy nie mogą znaleźć posady, a co dopiero ja - skarży się.

Teraz matura w zaocznym liceum ma jej pomóc w nadrobieniu straconego czasu. W maju Weronika pojedzie do Polski, by przystąpić do egzaminów. W Niemczech czeka na nią jednak więcej wyzwań. - Chcę nauczyć się języka, znaleźć jakąś pracę - mówi. Wie, że nie będzie łatwo, ale chce powalczyć. - By zapewnić dzieciom lepszą przyszłość - tłumaczy. Gdyby nie one, dawno już wróciłaby do Polski. 16-letni syn nawet nie chce słyszeć o powrocie. W Dortmundzie chodzi do szkoły integracyjnej, w której intensywnie uczy się języka, i szkoły zawodowej. Chce zostać elektromechanikiem.

Urzędowy niemiecki

- Jesteśmy w Niemczech, językiem urzędowym jest niemiecki - przypomina pracownik urzędu pracy. - Ja nie muszę znać tureckiego czy polskiego, to w interesie petentów jest dogadanie się ze mną - ciągnie nieprzyjemnym tonem. Wyjaśnia, że oczekuje od Weroniki przetłumaczonych na niemiecki dokumentów z Polski. - Przysięgłe - dodaje.

Dopiero na uwagę, że rodzina nie ma środków na utrzymanie, a co dopiero na przysięgłe tłumaczenia, pracownik obniża poprzeczkę. - Może być zrobione przez znajomych, którzy potwierdzą swoim nazwiskiem zgodność tłumaczenia z oryginalnym tekstem - mówi.

Tymczasem Harald Thomé, ekspert ds. prawa socjalnego i prawa pracy, wyjaśnia zasady. Niemieckie prawo głosi, że jeśli wnioskodawca przynosi dokumenty w obcym języku, urząd powinien zażądać tłumaczenia. - Prawo mówi o "tłumaczeniu" i tylko w wyjątkowych wypadkach o "tłumaczeniu przysięgłym" - interpretuje Thomé. Ten sam paragraf głosi, że tłumaczenie jest wymagane, jeśli urząd nie jest w stanie "zrozumieć złożonych dokumentów".

- Z tego wynika obowiązek sprawdzenia przez urząd, jakimi językami władają jego pracownicy i posłużyć się nimi przy tłumaczeniu dokumentów - mówi Thomé. - A ponieważ urząd pracy jest instytucją federalną, zatrudniającą ponad 95 tys. pracowników, weryfikacja taka powinna objąć całą instytucję.

Na koszt urzędu

Również dortmundzki urząd pracy posiada taką bazę danych. - Prowadzimy listę ze znajomością języków obcych, mogą z niej korzystać nasi pracownicy - zapewnia Christian Scherney, rzecznik prasowy urzędu pracy w Dortmundzie. Dodaje, że lista zawiera również nazwiska pracowników władających językiem polskim.

A zatem urząd nie może wymagać od osoby bez środków do życia tłumaczenia zagranicznych dokumentów, ale o tym Weroniki nikt nie informuje. Zamiast tego urzędnik żąda od niej kosztownej ekspertyzy - wyceny mieszkania w Polsce. To również jest bezprawne.

- Jeśli osoba wnioskująca o świadczenia socjalne posiada już taką ekspertyzę, musi ją okazać urzędowi. Jeśli jednak nie dysponuje wymaganym dokumentem, urząd pracy sam musi zlecić rzeczoznawcy jego sporządzenie i to na koszt urzędu - wyjaśnia Harald Thomé. Zaznacza, że za tym przemawiają fakty. - Bo jak osoba bez środków do życia ma jeszcze inwestować? - pyta ekspert. Pod względem prawnym ustawa nie reguluje jednak tej kwestii jednoznacznie.

Własne cztery kąty

Minął drugi miesiąc od przyjazdu Weroniki do Niemiec. W dalszym ciągu nie ma ani świadczeń, ani zaliczki. Urząd pracy nie wydał nawet decyzji w jej sprawie. Weronika chce jeszcze powalczyć. Ma jej pomóc polskojęzyczny prawnik, koszty sprawy pokryje niemiecki podatnik.

Czas nagli, a Weronika musi za wszelką cenę znaleźć mieszkanie. Problemy z dorosłą córką, u której się zatrzymała, nasilają się. Na dłuższą metę trzypokojowe mieszkanie jest za ciasne dla trzech dodatkowych osób. Tym bardziej że córka jest bez pracy, a jedynym źródłem dochodów jest marna pensja jej chłopaka.

Kłótnie powtarzają się. Weronika ma się wyprowadzić, zabierając 16-letniego syna i półtorarocznego malca. Kiedy jej ubrania lądują na podłodze, Weronika pyta o noclegownię dla kobiet. Dostałaby w niej miejsce tylko dla siebie i młodszego syna. Jeszcze raz prosi córkę o cierpliwość. - Przecież kiedyś wyjdę na prostą - zapewnia.

Koniec odysei

Rozprawa sądowa kończy się ugodą stron. Po niemal czterech miesiącach od przyjazdu do Niemiec urząd pracy musi przyznać rodzinie Weroniki świadczenia socjalne i wypłacić zaległe. Po raz pierwszy od wielu tygodni na twarzy Weroniki zagościł uśmiech. - Mam szansę na nowy początek - mówi.

Jej szczęście nie trwa długo. Znalezienie mieszkania bez znajomości języka i z pieczątką urzędu pracy okazuje się nie lada wyzwaniem. Setki ogłoszeń, dziesiątki obejrzanych mieszkań, bez powodzenia. Spółdzielnie tłumaczą się brakiem wolnych mieszkań, prywatni wynajmujący życzą sobie pracujących lokatorów. Właściciel mieszkania z ogłoszenia wie, że urząd pracy pokrywa czynsz i opłaty za wodę, ogrzewanie, energię. - I co z tego? - mówi. - Zdarzało się, że lokatorzy zaciągali długi, a urząd zamrażał wtedy mój czynsz - tłumaczy.

W połowie marca tego roku jedna z dortmundzkich spółdzielni oferuje Weronice mieszkanie. Dla niej to synonim happy endu po prawie sześciu miesiącach od przyjazdu do Niemiec. Wydaje się, że teraz jej dobrej passy nic nie może przerwać. Ma zasiłek na utrzymanie siebie i synów, za drobny remont, urządzenie mieszkania zapłaci niemiecki urząd pracy. Potem przejmie opłaty za czynsz i użytkowanie lokalu. Kolejną przeszkodą będzie zdobycie miejsca na integracyjnym kursie języka niemieckiego, miejsca w przedszkolu dla malca i w końcu znalezienie pracy.

Weronika wie, że bez wykształcenia i języka trudno jej będzie stanąć na własne nogi. Pociesza się, że jeśli pracy nie będzie w Dortmundzie, pojedzie jej szukać na południe Niemiec. Pod warunkiem, że zgodzi się na to urząd pracy.

*Imię bohaterki reportażu zostało zmienione. Prawdziwe dane są znane redakcji DW.

Artykuł pochodzi z serwisu ''Deutsche Welle''

embed
Więcej o: