Pożyczka z rosyjskiego banku dla Marine Le Pen była nagrodą za poparcie Putina?

Front Narodowy Marine Le Pen pożyczył 9 mln euro z Pierwszego Czesko-Rosyjskiego Banku. Ujawnione przez hakerów e-maile kremlowskiego urzędnika mogą sugerować, że była to nagroda za poparcie linii Kremla w sprawie Krymu. Le Pen zaprzecza.

Marine Le Pen twierdziła, że francuskie banki odmawiały im pożyczki , dlatego Front Narodowy musiał zwrócić się do zagranicznych kredytodawców - a dokładnie do rosyjskiego banku, kontrolowanego w całości przez biznesmena Romana Popowa. Podkreślała, jak pisze "The Independent", że pożyczka to czysto komercyjna transakcja, która nie ma żadnego związku z wyrażanym wielokrotnie przez szefową FN poparciem i podziwem dla Władimira Putina.

Pożyczka z rosyjskiego banku nagrodą za poparcie referendum na Krymie?

Ale ujawnione przez hakerów grupy "Anonymous International" i opublikowane przez francuski portal "Mediapart" e-maile, otrzymywane i wysyłane przez byłego szefa młodzieżówki putinowskiej partii Jedna Rosja, obecnie urzędnika Kremla Timura Prokopenkę, wskazują, że transakcja mogła nie być tak niewinna, jak chciałaby tego Le Pen - pisze "The Independent" .

Z e-mailowych rozmów Prokopenki z niejakim "Kostią" (uważanym za proputinowskiego Rosjanina, żyjącego obecnie na południu Francji) wyłania się następujący obraz: 17 marca "Kostia" raportuje, że Marine Le Pen oficjalnie uznała wyniki parodii referendum, jaką Rosjanie przeprowadzili na Krymie po jego aneksji". "Nie zawiodła naszych oczekiwań" - odpowiada Prokopenko. "Musimy w jakiś sposób podziękować Francuzom. To ważne" - sugeruje "Kostia". "Tak. Super!" - odpowiada kremlowski urzędnik.

Dowodów nie ma

Rozmowa nie jest oczywiście dowodem na nic innego poza tym, że Kreml liczył na poparcie francuskiej skrajnej prawicy w kwestii Krymu i że ma dobrze zorientowaną w sprawach Frontu Narodowego "wtyczkę" we Francji. Jednak dziewięć miesięcy później Front dostaje od rosyjskiego banku 9 mln euro pożyczki - a bardzo potrzebuje pieniędzy na zbliżającą się kampanię prezydencką w 2017 r.

Marine Le Pen zaprzecza, by miała jakąkolwiek wiedzę o opublikowanych przez Mediapart rewelacjach. Zapewnia też, że może udowodnić, że w marcu 2014 negocjowała, owszem, pożyczkę, ale z bankiem z Abu Zabi (negocjacje nie były udane).

Marine Le Pen musi tłumaczyć się za ojca

To nie jedyne kłopoty liderki Frontu Narodowego. Tydzień po słabych dla partii wynikach wyborów do departamentów we Francji założyciel FN, ojciec Marine Jean-Marie Le Pen, powtórzył w radiu swoje znane od lat poglądy - że komory gazowe, w których podczas II wojny światowej zginęły miliony Żydów, Polaków i innych więźniów niemieckiego nazizmu, to jedynie "detal" historii. Zapytany, czy dziś nadal uważa swoje słowa z 1987 r. za słuszne, Jean-Marie Le Pen odparł, że nie zmienił zdania, a ten komentarz był jedynie "stwierdzeniem faktu". [Pełne stwierdzenie Le Pena brzmiało: "Zadaję sobie wiele pytań. Nie twierdzę, że komory gazowe nie istniały. Nie widziałem ich osobiście. Nie zagłębiałem się w tę kwestię. Ale uważam, że to tylko detal w historii całej II wojny światowej" - red.].

To musiało rozsierdzić Marine od lat usiłującą zmyć z wizerunku partii odium antysemityzmu i negowania rozmiarów Holokaustu, które przylgnęło do FN za czasów jej ojca. Do tego stopnia, że przerwała wakacje, by potępić jego słowa i zapewnić, że się z nimi głęboko nie zgadza.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: