Żona Durczoka o publikacji "Wprost": Zniszczyliście człowieka, naraziliście jego zdrowie. To nie jest dziennikarstwo

"Zniszczyliście człowieka, naraziliście jego zdrowie oraz życie jego, moje i bliskiej nam osoby" - pisze w liście otwartym do redakcji "Wprost" Marianna Dufek-Durczok. "Pomyliliście rolę dziennikarzy z rolą psów gończych tropiących ofiarę. To nie jest rzetelne dziennikarstwo" - dodaje.

"W związku z pytaniami skierowanymi przez redaktora Dzierżanowskiego do mojego męża, odpowiedź do Państwa kieruję ja, ponieważ jak zapewne Państwo wiecie, Kamil w poniedziałek znalazł się w poważnym stanie w szpitalu. Znalazł się tam w wyniku Waszych publikacji, skonstruowanych tak, że stanowią publiczny lincz na Kamilu i medialną egzekucję w odcinkach" - pisze Marianna Durczok .

Wcześniej w rozmowie z Dominiką Wielowieyską na antenie Radia TOK FM Kamil Durczok poinformował słuchaczy, że rozstał się z żoną. "Nie jesteśmy po rozwodzie, ale nie mieszkamy razem" - mówił. Szef "Faktów TVN" dodał też, że "trzyma się dzięki temu, że żona, z którą się rozstał, jest dla niego oparciem".

"Pomyliliście rolę dziennikarzy z rolą psów gończych tropiących ofiarę"

"W dwa tygodnie publikując nieudokumentowane zarzuty oraz wchodząc z butami w prywatne życie zniszczyliście człowieka, naraziliście jego zdrowie oraz życie jego, moje i bliskiej nam osoby. Jeśli zatem chcecie dochować rzetelności, musicie poczekać na wyniki działań Komisji TVN. Uważam, że to, co robicie, jest gorsze niż to, co zarzucacie" - zaznacza dziennikarka.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka o tekście "Wprost" [CZYTAJ] >>>

"Pomyliliście rolę dziennikarzy z rolą psów gończych tropiących ofiarę. To nie jest rzetelne dziennikarstwo, to w ogóle nie jest dziennikarstwo. Nie mając dowodów na zarzuty, które postawiliście w pierwszym tekście i tropiąc wątki z jego osobistego życia, dzwonicie gorączkowo do dalszych i bliższych znajomych moich i Kamila, nie mających żadnego związku z jego pracą. To skandaliczne" - zaznacza Marianna Durczok.

"Kamil jest wolnym mężczyzną. Jego prywatne życie to jego prywatna sprawa"

W kolejnych słowach dziennikarka dodaje, że "Kamil od kilku lat jest wolnym mężczyzną i jego prywatne życie jest jego prywatną sprawą". "Kto i co poza żądzą taniej sensacji dał Wam tytuł, aby w natarczywy sposób wydzwaniać po całej Warszawie i Śląsku w poszukiwaniu tematów do kolejnych publikacji?" - pyta.

Po publikacji "Wprost" Giertych pisze do Latkowskiego: Pamiętaj, jak... >>>

Marianna Durczok podkreśla też, że to, czy jej mąż dopuścił się molestowania pracownic TVN-u (jak sugerowały pojawiające się w sieci plotki), wyjaśnia komisja powołana przez stację. "To ona i ewentualnie sąd, a nie Wy, jest właściwym organem, aby się tym zająć. Znowu pomyliły się Wam role" - pisze. W jej opinii publikacje tygodnika "urągają wszelkim standardom dziennikarskiej etyki".

Odpowiedź "Wprost"

Tygodnik szybko zareagował na list Dufek-Durczok. W oświadczeniu na stronie internetowej redakcja opisała "nieścisłości", jakie miały znaleźć się w liście żony dziennikarza TVN. Zaznaczają przede wszystkim, że rozmowy z Kamilem Durczokiem dotyczyły nie spraw osobistych, a kwestii molestowania i mobbingu. "Za głęboko niesprawiedliwe uznajemy nazywanie nas 'psami gończymi tropiącymi ofiarę' gdy w rzeczywistości upominamy się o prawa ofiar. Ofiar molestowania i lobbingu. Powtórzmy: ofiarami są osoby które spotkaliśmy podczas pracy nad tekstem", pisze tygodnik. Redakcja podkreśla też, że to "Wprost" spowodowało zainteresowanie aferą, więc nie ma obowiązku czekania na wyniki komisji TVN. "Odbieramy takie sugestie jako próbę opóźnienia naszej publikacji. To żądanie absurdalne - wszak gdyby nie nasze zainteresowanie tematem, komisja ta w ogóle by nie powstała", pisze tygodnik, dodając, że jego praca może właśnie dostarczyć komisji materiałów.

"Stanowczo zaprzeczamy, że 'dzwoniliśmy gorączkowo po całej Warszawie i Śląsku w poszukiwaniu tematów do kolejnej publikacji'", czytamy dalej w oświadczeniu. "Nie tropimy prywatnych wątków z życia pana Durczoka. Osoba szefa Faktów TVN interesuje nas wyłącznie w chwili, gdy pojawia się uzasadnione podejrzenie, iż mogło dojść do złamania prawa", zapewnia redakcja.

"Wprost" pisze o "Ciemnej stronie Durczoka"

W najnowszym numerze "Wprost" dziennikarze gazety opisali zajścia, do których miało dojść 16 stycznia na warszawskim Mokotowie. Według tygodnika uczestniczył w nich Kamil Durczok, szef "Faktów" TVN.

W historii pojawia się postać 29-latki, która miała wynajmować mieszkanie od biznesmena - informatora redakcji tygodnika. W apartamencie miały znajdować się m.in. prywatne rzeczy Durczoka i "biały proszek". Wezwana na miejsce policja miała spisać dziennikarza na klatce schodowej budynku jako - jak mówi sam szef "Faktów" - "świadka czegoś tam". Informację o policyjnej interwencji potwierdził rzecznik Komendy Głównej Policji. Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że materiały zabezpieczone w mieszkaniu to amfetamina i kokaina.

Durczok: Nigdy nie molestowałem żadnej kobiety

Wcześniej "Wprost" w tekście "Ukryta prawda" z 1 lutego napisał o molestowaniu i mobbingu w jednej z dużych stacji telewizyjnych. Redakcja nie podała, o jaką stację chodzi ani który dziennikarz miał się tego dopuścić. Zapowiedziano jedynie, że temat będzie rozwijany w kolejnych wydaniach.

Durczok odniósł się do obu artykułów na antenie Radia TOK FM. - Nigdy nie molestowałem żadnej z podległych mi pracownic. Nigdy nie molestowałem żadnej kobiety - zapewnił w rozmowie z Dominiką Wielowieyską. - Czym innym jest wymagający szef, czym innym szef molestujący. Nigdy nie byłem molestującym szefem - powtarzał. Jak dodał, rozważa kroki prawne przeciwko tygodnikowi.

Zobacz wideo

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: