Były pracownik ujawnia kulisy swojej pracy: Nie zapłaczę nad truchłem Empiku, kiedy osiągnie bankructwo. Sieć odpowiada

?Półtora roku stopniowego wycieńczenia psychicznego, korporacyjnych absurdów, stresu i mobbingu. Tak mogę pokrótce podsumować czas, jaki spędziłem w Empiku? - opisuje bloger Łukasz Kotkowski. Były pracownik ujawnia też kulisy pracy w firmie. Sieć odpowiada: Sytuacje opisane przez blogera nie dotyczą całej sieci. Żałujemy, że nie byliśmy informowani naruszeniach na bieżąco.

Wpis blogera republikujemy za jego zgodą.

W mediach szumi ostatnio o finansowych porażkach sieci Empik i całej grupy akcyjnej, do której ten moloch przynależy. Po przeczytaniu artykułu na NaTemat.pl uznałem, że najwyższy czas dołożyć do tego szumu swoją cegiełkę i opowiedzieć o Empiku z innej perspektywy niż ta, która pokazywana jest w mediach. Z perspektywy zwykłego, szeregowego pracownika salonu.

Pracę w sieci Empik zakończyłem nieco ponad rok temu. Wcześniej przez 18 miesięcy biegałem po jednym z salonów w czarnej koszulce, najpierw z plakietką z napisem "Multimedia", a potem "Szef Sekcji". Pozwólcie, że opowiem wam, jak uwielbiany przez wielu Empik wygląda zza kontuaru. Bez ogródek i owijania w bawełnę. Jak przystało na dobrze wychowaną osobę, nie będzie tu osobistych wycieczek, ale podam wam kilka przykładów. Kiedy pomnożycie je razy 365, a potem jeszcze razy ilość salonów, otrzymacie dobrą perspektywę na sytuację w tej firmie.

Porozmawiajmy o pieniądzach

Wyrzućmy z drogi ten temat na samym początku. Jak myślicie, ile zarabia sprzedawca tej "ostoi kultury"? Często niespełna tysiąc złotych. Sytuacja może się różnić w zależności od konkretnego salonu (salony Empik są franczyzowe), jednak w zdecydowanej większości salonów pracownicy zatrudniani są na umowy-zlecenia za około 7 zł na godzinę.

No dobrze, ale to przecież "tylko" sprzedawcy. Szefowie sekcji i kierownicy na pewno zarabiają więcej, prawda? Nieprawda. Szef sekcji zazwyczaj startuje z poziomu najniższej krajowej. Empik nie posiada systemu premiowego (oprócz dodatku od obrotu, którego nigdy salon nie wyrabia), wobec tego pracownik nie ma realnego wpływu na poziom swojego wynagrodzenia. Musi za to sumiennie wykonywać wszystkie obowiązki służbowe, a tych - jak na mój gust - jak na te pieniądze jest odrobinę zbyt dużo.

Na obsługę klienta nie ma czasu

Do obowiązków szefa sekcji należy m.in. przyjmowanie dostaw, otwieranie/zamykanie salonu, rozliczanie kasjerów, rozliczanie sejfu, przygotowanie wydań do banku, sprzedaż i ewidencja biletów, reklamacje produktów z podlegającego działu, dbanie o wykonanie instrukcji marketingowej, dbanie o wykonanie targetów, pilnowanie sprzedaży Umbrelli (o tym również za chwilę, bo to szczególnie ciekawy temat), raportowanie i wypełnianie zyliona niepotrzebnych nikomu papierów trzy razy dziennie.

Plus do tego oczywiście dochodzą obowiązki związane z salą sprzedaży, a zatem: praca na kasie, pilnowanie poprawnej ekspozycji towaru, rozkładanie towaru z dostawy oraz obsługa klienta.

Sporo, prawda? "Obsługa klienta" celowo umieszczona została na samym końcu listy, bo na nią po prostu nie ma czasu. Klienci wielokrotnie skarżą się, że w Empiku nie są obsługiwani, prawda jest jednak taka, że sprzedawcy/szefowie sekcji zwyczajnie nie mają kiedy podejść do klienta i zapytać "w czym mogę pomóc?".

Szef sekcji musiał zapłacić za zwrócone bilety. 500 zł. Na koncert nie pojechał

Przy okazji dodam, że choć nie jest to określone w umowie, szef sekcji ponosi odpowiedzialność finansową podczas swojej zmiany. A zatem wszelkie różnice na kasie czy w ewidencji biletów spoczywają na barkach szefa sekcji. Podkreślam - nie jest to określone umową. Koniec końców jednak sieć wymusza taką odpowiedzialność na pracowniku.

Przytoczę tutaj jeden przykład z czasów mojej pracy, właśnie takiego wymuszenia odpowiedzialności finansowej. Rzecz wyglądała następująco: do jednego z salonów przyszedł klient, chcąc dokonać zwrotu biletów. Zwrot niestety nie był możliwy, ponieważ upłynął jego termin (każdy bilet można zwrócić tylko w określonym czasie przed wydarzeniem).

Klient, niestety, nie przyjął tego do wiadomości i zaczął się awanturować. Wobec tego dyżurujący szef sekcji zadzwonił do centrali z pytaniem, co zrobić w takiej sytuacji, kiedy dostawca biletów zwrotu nie przyjmie. Oczywiście - centrala, chcąc utrzymać pozory bycia proklienckimi, nakazała wykonać zwrot. Zadowolony klient wrócił do domu, a szef sekcji przystąpił do procedury zwrotowej u dostawcy biletów, która - tak jak przewidywał - nie została zaakceptowana. Kiedy zgłosił się z tym problemem do centrali, ta umyła ręce i pomimo wyraźnego nakazu dla pracownika, aby zwrot przyjąć, nie miała zamiaru ponieść za to odpowiedzialności.

Kilka sugestywnych maili później szef sekcji musiał z własnej kieszeni te bilety kupić. A kwota była niemała, powyżej 500 zł. Co więcej, na koncert nie pojechał. Z tego co wiem, do dziś trzyma te bilety.

Mobbing pod parasolem

Kilka miesięcy po rozpoczęciu mojej pracy w salonie w sieci wprowadzono nową "wielką rzecz" - sprzedaż sugerowaną, czyli tzw. Umbrellę (w świecie marketingu - sprzedaż parasolowa). Na początku nie było to nic złego, ot kilka produktów, które kasjer miał proponować klientowi przy finalizacji zakupów. Problemy zaczęły się wtedy, gdy sieć zaczęła zamawiać na "towar sugerowany" ogromne ilości produktów bez prawa zwrotu. Pojawiła się obowiązkowa tabelka z wynikami, a każdy salon musiał codziennie, a w późniejszym czasie - kilka razy dziennie, raportować sprzedaż. I może nadal byłoby to do przeżycia, gdyby nie rodzaj towaru przykasowego. Np. takie o, unikatowe kupy na korpusie ośmiornicy:

gadżety empikowegadżety empikowe Fot. Blog Łukasza Kotowskiego

Ale zanim ktoś zarzuci mi, że nie znam się na sztuce, opowiem wam o dwóch przypadkach Umbrelli, w których centrala przeszła samą siebie, próbując wymóc efekty na pracownikach.

Bezcenna Chodakowska

Pierwszym takim produktem (który wspomina z pewnością każdy pracownik Empiku) była książka Zygmunta Miłoszewskiego - "Bezcenny". Książka naprawdę fenomenalna, nie zrozumcie mnie źle. Obroniłaby się bez najmniejszego problemu sama, bez sztucznego dmuchania balonu przez Empik. Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że "Bezcenny" ukazał się zaraz po założeniu grupy wydawniczej "Foksal", która była częścią spółki. Co za tym idzie, od salonów oczekiwano efektów sprzedażowych, a zatem należało przycisnąć pracowników.

Drugim produktem, legendarnym wręcz wśród kasjerów, był kalendarz z Ewą Chodakowską. Nie wiem, jak bardzo intratny był kontrakt pomiędzy dwoma podmiotami, wiem jednak, że Empik sprzedawał wszelki merch związany z tą trenerką fitness jak oszalały, poganiając pracowników batogiem mobbingu.

Ogromnie żałuję, że nie mogę pokazać wam maili, jakie przychodziły do kierowników dyżurnych w tamtych okresach. Od delikatnego "jeżeli target nie zostanie wyrobiony, czekają Pana poważne konsekwencje", poprzez krótkie "Umbrella do 13. Inaczej wypowiedzenie", aż po "Co jest kurwa z tą Umbrellą? Albo się ruszycie albo za tydzień macie audyt!". I tak co godzinę. W międzyczasie jeszcze motywujące telefony od dyrektor regionalnej, w których uświadamiała nas, jak bardzo nierozsądne byłoby niesprzedanie Umbrelli.

[ Sprawę skomentowała już Ewa Chodakowska - red.]

Pracownicy sami kupowali Umbrellę, by nie wykazać zera w tabeli

Tak samo było w każdym innym przypadku, kiedy sieć zrobiła duże, nierentowne zakupy, bez prawa zwrotu. A to książka kucharska, a to dziwne figurki, a to książki laureatki Nike. Za każdym razem następowała fala mobbingu, gróźb i sugestywnych uwag. Po pewnym czasie zaczęło się tak dziać w każdym okresie promocyjnym.

Całość jest o tyle kuriozalna, że w większości salonów (zwłaszcza tych mniejszych) pracownicy zmuszeni byli SAMI kupować Umbrellę, aby na koniec dnia nie wykazać zera w tabelce. W przypadku produktów za 2,99 można było to przełknąć albo kupić towar ze wspólnej kasetki, ale przy kosztujących 24,99 książkach przestawało być wesoło. W szczególnie gorących okresach Empiki przypominały "psiarnię pozbawioną poczucia humoru", że tak pozwolę sobie zacytować Stephena Kinga.

Do dziś nie wiem, czy centrala zdawała sobie sprawę z tego, że pracownicy sami kupują Umbrellę, czy nie. Prawdopodobnie ich to nie obchodziło. Tabelka miała się zgadzać, a jakim sposobem - to już kompletnie nieważne.

Instrukcja absurdów marketingowych

Ulubionym dniem każdego pracownika Empiku jest środa. A dlaczego? Bo w środę rozpoczynają się okresy promocyjne, a co za tym idzie - pojawia się instrukcja marketingowa.

Instrukcja marketingowa to wykaz wszystkich promocji, materiałów promo, listy produktów i przecen obowiązujących w danym okresie. Zazwyczaj jest ona ogromna. Wyobraźcie sobie, że na jedną promocję trafia około 100 książek. Każdą z nich trzeba znaleźć, ściągnąć z półki, zanieść na miejsce promocyjne, a potem znaleźć nowe miejsce dla produktów z poprzedniej instrukcji. A teraz wyobraźcie sobie, że takich promocji jest minimum 3. Lub 10. Czasem do 30 w jednej instrukcji.

Absurd za absurdem

Instrukcję pracownicy otrzymują we wtorek po południu. Niby nic, bo przecież mają całą środę na przygotowanie promocji, prawda? Cóż, nie. Mają czas do 11. Lub 9 rano. Zależnie od tygodnia. Do konkretnej godziny promocja musi być gotowa, a do centrali muszą spłynąć z salonów zdjęcia ekspozycji. Oczywiście IM nie można zacząć przygotowywać we wtorek, ponieważ we wtorek obowiązuje jeszcze poprzednia promocja. W wielu centrach handlowych nie można także zmieniać materiałów marketingowych na witrynie w godzinach pracy sklepu, więc co za tym idzie - na przygotowanie instrukcji nie ma czasu w ogóle.

Zanim powiem, czym to skutkuje, wspomnę tylko o kilku absurdach związanych z IM. Pierwszym z nich są poprawki. Poprawki poprawek. 10 wersji tej samej IM jednego dnia.

IM przygotowywane są tak niedbale, że jest niemal pewne, że pierwsze trzy wersje będą upstrzone błędami. W centrali jednak nikt nie zwraca na to uwagi, a gdy wysłane zdjęcia ekspozycji są zgodne z aktualizacją nr 2, pojawia się aktualizacja nr 3, po której ekspozycję trzeba zmienić, a do centrali wysłać nowe zdjęcia. ABSURD.

Ma być jak w IM. Inaczej czekają was "poważne konsekwencje"

Ludzie tworzący instrukcję nie mają też zazwyczaj najmniejszego pojęcia o fizycznej objętości towaru, który każą wystawiać na półkach. Dla przykładu, w IM jest render, na którym na regale ustawionych jest obok siebie sześć książek. Niestety, faktyczna wielkość książki umożliwia wystawienie jedynie pięciu. Pracownik robi więc, co w jego mocy, a następnie strzela fotkę i wysyła do centrali. Co na to centrala? "W IM są inne wytyczne, proszę o natychmiastową poprawę i potwierdzenie". Żadne tłumaczenie nie pomaga. Dopiero kiedy dyrektor regionalny wpada do salonu i sam próbuje udowodnić pracownikom, że jest w stanie pokonać prawa fizyki, okazuje się, że jednak centrala nie miała racji. Ale groźby zdążyły się posypać.

Często w IM zawarty jest też towar, którego salony mają na stanach za mało, aby wypełnić miejsca ekspozycyjne. I nikogo nie obchodzi, że mając 10 sztuk książki, nie da się zapełnić regału nowości, regału TOP i do tego dwóch stołów przy wejściu. Wobec tego brało się stosik książek na jeden stół - fotka, na drugi stół - fotka, na półkę - fotka. Musiało być jak w IM, chociaż w praktyce nic nie miało prawa się zgadzać.

Ma być jak w IM, bo jak nie, to czekają was "poważne konsekwencje". "Poważne konsekwencje" dość często pojawiały się w mailach z centrali. Pracownicy, chcąc nie chcąc, musieli jakoś tym wszystkim absurdom sprostać. Co jednak zrobić, kiedy pracowników jest za mało, czasu jeszcze mniej, a do rana IM musi być gotowa?

Wymusić nadgodziny

Rekordziści z niektórych salonów w ten sposób nabili grubo ponad 200 godzin - czyli o wiele więcej niż ustawowy miesiąc pracy. Jak łatwo się domyślić - pieniędzy za dodatkowo przepracowany czas na oczy nie zobaczyli. Centrala nadgodzin nie przewiduje, więc albo franczyzobiorca zapłaci (lub odda nadgodziny), albo nie. Technicznie rzecz biorąc, nikt na nadgodziny przychodzić nie kazał. W praktyce jednak gdyby nie nadgodziny, w środowe ranki rozpętywałoby się piekło.

Przydział dostaw

Empik obsługiwany jest przez magazyn centralny w Sochaczewie. Co za tym idzie, nadział produktów jest ustalany odgórnie. Przypomnijcie sobie ostatnią wizytę w Empiku - kojarzycie stosy kartonów i niebieskich kontenerów? Tak rozsądnie przydzielany jest towar w Empikach. To nic, że dany sklep nie jest w stanie pomieścić takiej ilości towaru. To nic, że książki trzeba upychać nad regałami, bo w półkach i na paletach nie ma już miejsca. To nic, że na zapleczu nie da się już obrócić, a ilość towaru przekracza wszelkie możliwe normy BHP - rzeka towaru nigdy nie zwalniała.

Doprowadzało to do sytuacji, w których na środku salonu stał mur z 200 kontenerów, zasłaniający półki i blokujący przejście. Kiedy jednak przyjeżdżała jakaś kontrola z centrali, oficjele ostentacyjnie udawali, że problemu nie widzą. Wyobraźcie sobie teraz, jak wygląda przygotowywanie zwrotów do magazynu, kiedy większość towaru pochowana jest w nieoznaczonych kontenerach, a potrzeba akurat jednego egzemplarza książki.

Obsługa klienta? Jakiego klienta?

W pierwszej części tego artykułu pisałem już, że w sieci Empik pracownicy są tak zajęci spełnianiem wszystkich wydumanych zachciewajek centrali, że na obsługę klienta (rzekomo priorytetową) zwyczajnie brakuje czasu. Centrala wymaga, ale centrala robi jednocześnie wszystko, aby sprzedawca klienta obsłużyć nie mógł. I znów, mam dla was dwa znamienne przykłady tego, jak Empik dysponuje pracownikami.

Project Lean to najświeższy wynalazek, mający na celu usprawnienie pracy sprzedawców. Wytycza on dokładnie godziny, w których pracownik ma stać na kasie, kiedy rozkładać towar, ile czasu spędzić na przyjmowaniu dostawy, a ile w toalecie. Na mocy tego projektu pozwalniano wielu pracowników, ponieważ mądre, warszawskie głowy doszły do wniosku, że salonowi o powierzchni 700 m kw. wystarczą dwie osoby na zmianę. Nie doszli tylko do wniosku, że klienta nie będzie miał kto obsłużyć.

Klient jest w tej chwili pozostawiony sam sobie. Pracownik, nawet jeśli bardzo by chciał poświęcić mu więcej niż 30 sekund na machnięcie ręką w kierunku konkretnej półki - zwyczajnie nie może tego zrobić.

Absurd sięgnął szczytu w ubiegłe Boże Narodzenie

Absurd sięgnął szczytu w ubiegłe święta Bożego Narodzenia, kiedy to wprowadzona została tabelka obłożenia kas. Za każdym razem, kiedy kasjer w ciągu pół godziny obsłużył więcej niż 20 klientów, w tabelce dyrektora regionalnego zapalało się czerwone okienko. Wtedy dyrektor sięgał po telefon i dzwonił do szefa sekcji, opieprzając go za złe rozdysponowanie pracowników. Absurd pojawiał się nawet wtedy, kiedy na 5 możliwych kas 5 świeciło się na czerwono - nikt nie wpadł na pomysł, że może po prostu ludzi jest za dużo, a pracowników za mało. No po co. Lepiej powiedzieć, że to wina złego zarządzania kierownika sklepu.

To są tylko wybrane przykłady. Każdy pracownik mógłby książkę napisać na podstawie własnych przeżyć i starć z absurdami tej firmy. Żeby nie być gołosłownym - otwórzcie sobie w nowej karcie wątek na forum kafeterii. W wolnej chwili możecie poczytać doniesienia o kuriozach z innych źródeł niż tylko moje.

Ciekawostka: w centrali najwyraźniej czytają ten wątek, ponieważ kiedy zdarzyło się, że ktoś nieopatrznie napisał, w jakim salonie pracuje, nagle - ni z tego, ni z owego - do salonu wpadał niezapowiedziany audyt. Przedziwny zbieg okoliczności, nieprawdaż?

Oczami pracownika: dlaczego Empik nie zarabia?

Gwoździem do trumny jest w pierwszej kolejności dział lifestyle, czyli wszystkie suszarki do sałaty i inne bambusowe klapki. Te wszystkie śmieci, które sprawiają, że klient wchodząc do Empiku, najpierw sprawdza, czy nie pomylił sklepów. Obecnie w Empiku znajdziemy niemal wszystko. Wiecie dlaczego kategoria lifestyle stała się kategorią dominującą?

Powód jest prosty, jak się zapewne domyślacie: pieniądze. Kosmiczne marże (sięgające 800 (sic!) procent) na taniej chińszczyźnie są w stanie naprodukować nieporównywalnie więcej przychodu niż wszystkie inne działy razem wzięte.

Stąd właśnie decyzje o zmniejszeniu działu książki, muzyki i filmów oraz niemal całkowitej likwidacji działu z grami w niektórych salonach - wszystko po to, aby wyłuskać kolejne metry na najlepiej zarabiającą kategorię. Wiecie co? Gdyby logo Empiku nad salonami podmienić z logo Pepco, to coś czuję, że ludzie po prostu uznaliby, że Pepco wprowadziło książki do swojej oferty.

Kanibalizm własnych podmiotów, zawyżone plany obrotu

Chodzi mi konkretnie o darmowy odbiór paczek z Empik.com i (do niedawna) Smyka w salonach stacjonarnych Empik. Strona internetowa w 9 przypadkach na 10 ma o wiele bardziej korzystną cenę. Nic więc dziwnego, że klient woli zamówić towar przez internet i odebrać go za darmo w salonie, gdzie może dodatkowo ponarzekać sprzedawcy, a potem powiedzieć, że jednak się rozmyślił.

Powyższa sytuacja bezpośrednio przekłada się na to, że większość salonów nie jest w stanie wyrobić sztucznie zawyżanych targetów sprzedażowych. Nie znam się na tym, więc nie jestem w stanie powiedzieć, na jakiej podstawie ustalane są te targety, pozostaje jednak faktem, że większość salonów nie jest w stanie się nawet zbliżyć do założeń centrali na dany miesiąc. Bardzo często okazuje się jednak, że gdyby towar - który przyszedł w paczkach - klient kupił z półki, target udałoby się osiągnąć.

Skąd się biorą chore ceny w Empiku?

Mówił o tym Zygmunt Miłoszewski, mówił o tym Litza z Luxtorpedy i wielu innych. Dlaczego w Empiku wszystko jest tak koszmarnie drogie? No właśnie, przecież Empik posiada magazyn centralny. Co za tym idzie, koszty dystrybucji powinny być niższe, prawda? Cena powinna spaść?

Otóż nie. Empik z góry ustala sobie na tyle duży bufor marży, żeby przy wszystkich akcjach "3 za 2", "-25%" etc. nadal wychodzić na plus. Powiem więcej - często bywało tak, że ceny produktów były w systemie sztucznie podnoszone, aby potem spadek ceny nie wpłynął destruktywnie na marżę. Zdarzyło się raz, że z powodu szeroko zakrojonej wyprzedaży konieczne było oklejenie książek cenami powyżej ceny okładkowej. Oczywiście klienci zrywali dodatkową cenę, żądali zwrotu pieniędzy i sprzedaży po cenie z okładki. I jak pracownik miał się z tego wytłumaczyć?

Długo można by opowiadać o tym wszystkim. Praca w Empiku była tak wykańczającym psychicznie doświadczeniem, że do teraz na samo wspomnienie boli mnie głowa.

Empik zbiera pokłosie swoich złych decyzji

Dziś Empik zbiera pokłosie swoich złych decyzji. Masowe odejścia z pracy (zarówno pracowników, jak i store managerów) to rykoszet po kilku latach ostrego mobbingu i zerowego wsparcia centrali. Wprowadzenie nowego działu kosztem zmniejszenia pozostałych sprawiło, że ludzie nie kojarzą już Empiku z księgarnią, a raczej z chińskim marketem. Dlaczego więc nadal ludzie tam kupują? Bo jest to mimo wszystko wygodne.

Nadal jest spora grupa ludzi, która nie korzysta z zakupów internetowych. Woli pójść do sklepu, obejrzeć towar, pochodzić wśród półek. Niestety, docelowym miejscem zakupu książek dla wielu jest Empik, ponieważ taka renoma zakorzeniła się w umysłach konsumentów.

Nie zapłaczę nad truchłem Empiku, kiedy osiągnie bankructwo

Empik jednak już dawno przestał być ostoją kultury. Jest za to idealnym przykładem fatalnego zarządzania na wszystkich szczeblach, łańcucha złych decyzji i kompletnego zaprzepaszczenia swojej pozycji. Przykro się robi, patrząc z zewnątrz na upadek firmy, która niegdyś kojarzyła się z jakością obsługi, kulturą i bogactwem wartościowego asortymentu.

Nie jest mi jednak żal. Nie zapłaczę nad truchłem Empiku, kiedy osiągnie bankructwo. Nie będę go rzewnie wspominał i nie poczuję różnicy podczas robienia zakupów. Sądzę, że innym klientom również nie będzie żal. Może gdyby Empik przestał istnieć, spadłyby im klapki z oczu i odkryliby sklepy poza tą siecią. Przy okazji odkrywając, jak bardzo przepłacali przez te wszystkie lata.

Niestety, pomimo złowróżbnych prognoz nie sądzę, żeby Empik tak szybko się poddał. Jest niezaprzeczalnym hegemonem na rynku i choć jest to kolos na cieniutkich, glinianych nóżkach, jeszcze długo nie wyda z siebie ostatniego tchnienia.

Empik: Sytuacje opisane przez blogera nie dotyczą całej sieci

O komentarz do wpisu Kotkowskiego poprosiliśmy rzecznik prasową firmy, Monikę Marianowicz. "Jest nam przykro, jeśli w salonie, w którym pracował autor artykułu doszło do opisanych sytuacji. Ze względu na fakt, że działamy w modelu franczyzowym i w salonach tzw. partnerskich nie jesteśmy pracodawcą dla doradców klienta/sprzedawców (to nie my określamy formę oraz warunki wynagrodzenia oraz zatrudnienia), możliwość bieżącego monitorowania sytuacji jest ograniczona. Jednocześnie zwracamy uwagę, że sytuacje opisane przez blogera nie dotyczą całej sieci i w żaden sposób nie wynikają z zarządzeń centrali spółki" - czytamy w oświadczeniu Empiku.

"Dokładamy wszelkich starań, żeby standardy pracy w naszych placówkach były jak najlepsze, ale nie jesteśmy w stanie reagować na sytuacje, które nie są zgłaszane. Żałujemy, że nie byliśmy informowani o jakichkolwiek naruszeniach w tym sklepie na bieżąco, tylko dowiadujemy się o nich z mediów, po roku od zakończenia pracy w salonie przez autora bloga. Zaalarmowani wcześniej mogliśmy od razu podjąć próby zbadania ewentualnych nadużyć dot. warunków pracy. Zgłoszenia od pracowników są zawsze szczegółowo badane, toczą się postępowania wyjaśniające i podejmowane są odpowiednie kroki, jeśli oskarżenia się potwierdzą. Reagujemy na każdą alarmową sytuację i dokładamy wszelkich starań, aby pracownicy salonów mogli funkcjonować w przyjaznym otoczeniu" - napisali przedstawiciele firmy.

Łukasz Kotkowski* - jak sam o sobie pisze - jest "aspirującym pisarzem". Pod koniec sierpnia nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się jego debiutancka książka "Fanaberia". Kotkowski prowadzi też bloga aspirujacypisarz.pl.

*niektóre śródtytuły pochodzą od redakcji.

Pracowałeś/łaś w Empiku? Miałeś/łaś podobne doświadczenia? Napisz o nich na adres aneta.bankowska@agora.pl

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Książka Łukasza Kotkowskiego dostępna w Publio.pl >>

Więcej o: