"Populiści pokazali środkowy palec Merkel. Europa się nie przejęła. Ale nie może pozwolić na greckie harakiri"

W Europie nie za bardzo przejęto się buńczucznymi pogróżkami antyunijnego rządu w Atenach, który grozi wyrzuceniem na śmietnik polityki zaciskania pasa oraz zapowiada renegocjacje z wierzycielami w sprawie długu. Berlin i Bruksela muszą jednak okazać trochę empatii społeczeństwu, które znalazło się na krawędzi - pisze prof. Arkadiusz Stempin.

Tykającą od niedzieli grecką bombę rozbrojono wczoraj w Brukseli z wielką łatwością. Przynajmniej na razie. Podczas poniedziałkowego spotkania ministrów finansów krajów eurogrupy - obecny był także nowy zarządca greckich finansów Gikas Hardouvelis - wykazano wiele olimpijskiego spokoju na niedzielne zwycięstwo lewicowych populistów, którzy pokazują środkowy palec polityce oszczędzania kanclerz Merkel. Szef eurogrupy, holenderski minister finansów Jeroen Dijsselbloem, pogratulował razem ze swoimi unijnymi kolegami nowemu rządowi w Atenach. I zapowiedział współpracę z nim, kąśliwie dodając: "Miło nam usłyszeć, że Grecja chce pozostać w eurogrupie".

Cała Grecja stoi i czeka na Ciprasa

Jak widać, nie za bardzo przejęto się buńczucznymi pogróżkami antyunijnego rządu w Atenach, który grozi wyrzuceniem na śmietnik polityki zaciskania pasa oraz zapowiada renegocjacje z wierzycielami w sprawie długu. Ale po pierwsze, między retoryką wyborczą a praktyką rządzenia rozciąga się ocean przepaści. Po drugie kryzys grecki ciągnie się już od 2010 roku. I UE nabrała rutyny w reagowaniu na greckie żądania. Wreszcie, dysponuje ona lepszym orężem niż przed kilku laty w postaci zapory, jaką są fundusze ratunkowe i unia bankowa, co znacznie zmniejsza możliwości wywierania presji przez nowego greckiego premiera.

Cipras, który nie chce wyprowadzić Grecji z eurolandu, wie, że obietnicami wyborczymi usytuował się przy samej bandzie. Cała Grecja stoi, nikt nie płaci podatków, bo wszyscy liczą, że Cipras wkrótce je obniży. Mało tego, zwiększy płacę minimalną, rentę i zatrudni na nowo zwolnioną w ramach uprzednich cięć armię urzędasów. A wszystko przy pustej kasie.

Bo Cipras liczy na nowe kredyty. I na redukcję długu. Na to się jednak Merkel & Co. nie godzą. Przynajmniej nie za darmo, tzn. bez reformowania kraju. W ten sposób nowy premier stanie pod ścianą. Egzekucję na nim wykonają sami greccy wyborcy. Z pianą na ustach. Krajowi zostanie jedynie "Grexit". Przy słabej drachmie kraj zbankrutuje. W tym wiele firm i banków, których kredyty w euro staną się nie do spłacenia. Jednocześnie wiele banków europejskich straci swoje miliardy. Niemieckie bez mała 65.

Trochę empatii dla społeczeństwa na krawędzi

Stąd taki scenariusz dla Unii i Merkel nie wchodzi w rachubę. Berlin i Bruksela muszą ponadto okazać trochę empatii społeczeństwu, które znalazło się na krawędzi. Jego duże części padają ofiarą cięć, od klasy średniej w dół. Ludzie tną po kosztach, jak tylko się da, oszczędzają na jedzeniu, wodzie, prądzie, ogrzewaniu. Takiego harakiri nie wytrzyma żadne społeczeństwo.

UE musi złagodzić swoją politykę. Ale nie za cenę redukcji długów na sumę 240 miliardów euro wobec siebie, Europejskiego Banku Centralnego i Funduszu Walutowego. Przy 320 miliardach całego zadłużenia, stanowiącego 169 procent PKB Grecji (dozwolona przez KE granica wynosi maksymalnie 60 procent). Przed 3 laty kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy przeforsowali strzyżenie wierzycieli długu greckiego, państwowych i prywatnych, o 50 procent. Unia, której teraz samotnie przewodzi kanclerz Merkel, może być co najwyżej gotowa do prolongowania spłaty długu i zmniejszenia oprocentowania kredytów. "Na moim radarze nie widzę redukcji długu", oświadczył na wczorajszym spotkaniu szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. A austriacki minister finansów Hans Jörg Schelling wyjaśnił, że redukcja długu nie jest ani potrzebna, ani sensowna. Grecja nie spłaca przecież do 2020 roku oprocentowania kredytów zaciągniętych z funduszów ratunkowych.

"My nikogo do niczego nie przymuszamy"

Za miesiąc wygasa drugi pakiet pomocowy. Na jesień tego roku przewidziany jest zgodnie z długofalowym planem kolejny pakiet w wysokości 11 miliardów euro. Do realizacji pod dwoma warunkami: Grecja kontynuuje reformy, przed wszystkim zaczyna ściągać podatki, w tym od swoich milionerów, którzy uciekli za granicę; wprowadza deregulację zawodów (na wzór reformy Gowina) i składa wniosek o pomoc w Brukseli. Ale Cipras uprawia hazard. Zwleka z rokowaniami. I sądzi, że przystawi Unii nóż do szyi. Myli się grubo. Z powodu presji, pod jaką za lada moment znajdzie się u siebie w kraju, negocjacji przeciągać nie może. "v", powiedział wczoraj stoicko człowiek Merkel, jej minister finansów Wolfgang Schäuble.

Negocjacje i tak zaczną się dla greckiego premiera pod złą gwiazdą. Pierwotnie plan Merkel zakładał, że Grecja, kontynuując reformy, w drugiej połowie tego roku uniezależni się od innych krajów unijnych. I będzie zdolna samodzielnie na rynkach finansowych spieniężyć własne obligacje państwowe. Zwycięstwo Syrizy plan zamieniło w makulaturę. Oprocentowanie, za jakie rząd grecki miałby sprzedawać swoje obligacje, dramatycznie wzrosło. Dzień po wyborczym zwycięstwie w konfrontacji z UE, to nie Cipras rozdaje karty. Tylko Merkel i Bruksela.

Więcej o: