Połowa pieniędzy z "Góry Grosza" trafiła do domów dziecka. Powód? "To specyficzna akcja..."

Dzięki "Górze Grosza" zebrano 2,4 mln zł. Do domów dziecka trafiło jednak tylko 1,2 mln zł, bo m.in. 900 tys. zł poszło na organizację - informuje "Dziennik". - To bardzo specyficzna i trudna do zorganizowania akcja - broni się Tomasz Polkowski z Towarzystwa Nasz Dom w TOK FM.

Zgodnie z założeniem akcji pieniądze - monety jednogroszowe - są zbierane w szkołach i przedszkolach. Wolontariuszami są dzieci i nauczyciele. W tym roku udało się zebrać 350 ton takich groszówek. Łącznie 2,4 mln zł. Fundacja, która akcję koordynuje, przekazała jednak na cel, czyli domy dziecka, tylko połowę z uzbieranej kwoty. 900 tys. zł pochłonęła bowiem sama organizacja akcji - podaje "Dziennik Gazeta Prawna" .

Wysokie koszty

Koszty związane z akcją budzą spore emocje. Jak wyliczył "Dziennik", w pierwszej edycji darczyńcy ofiarowali 1,3 mln zł. Wydatki zamknęły się kwotą zaledwie 70 tys. zł. W zeszłym roku zebrano blisko 80 proc. więcej, a koszty urosły aż o 1200 proc.!

Z czego wynika tak drastyczny wzrost kosztów? Zdaniem organizatora akcji z jej specyfiki, ale przyznaje, że to dużo. - To bardzo specyficzna akcja. Jednak koszty - 900 tys. , czyli 34,5 proc. dochodu - są wysokie, zgadzam się - mówi Tomasz Polkowski z Towarzystwa Nasz Dom. I dodaje, że fundacja też chciałaby, żeby te koszty były mniejsze.

Trudna akcja logistycznie

W tym roku udało się zebrać 2,608 mln zł. Ta góra grosza waży ponad 350 ton. - Trzeba zwieźć 15 tys. paczek po 20 kg każda z 10 tys. szkół z całej Polski. To wychodzi 16 zł za paczkę bez względu na lokalizację - liczy w TOK FM Polkowski.

Transport tych pieniędzy kosztował w roku ubiegłym 250 tys. zł. - Z 65-proc. rabatem - zaznacza organizator. - Firma, jedna z niewielu w kraju, robi to dla nas poniżej kosztów. Bardzo trudno wyobrazić sobie, żeby to zrobić inaczej. W dzienniku sugerowano, że mogliby o zrobić rodzice, ale co by było, gdyby ktoś te pieniądze rodzicowi ukradł albo go uderzył? To nie takie proste - twierdzi.

Nikt się nie spodziewał

Na pytanie, dlaczego w pierwszej edycji, gdzie zebrano 1,3 mln zł, koszty zamknęły się w 70 tys. zł, organizator odpowiada, że wtedy nikt nie przypuszczał, jak to będzie wyglądało - ani bank, ani firma transportowa. - Wszyscy myśleli, że to będzie kilka woreczków - mówi.

W drugim i trzecim panie z banku siedziały po godzinach pracy i liczyły groszówki ręcznie. - Nie było wtedy odpowiednich maszyn. Co roku urządzamy pielgrzymki po bankach i nikt się nie chce podjąć. Jest jednak korzyść płynąca z tego rozgłosu "Gazety Prawnej", NBP zainteresował się naszą akcją, chce nam pomóc, bo im zależy na ściąganiu groszy z rynku. Możliwe więc, że te koszty będą niższe - zapowiada Polkowski.

"To bulwersujące"

Nauczyciele, którzy razem z uczniami biorą udział w akcji, są zdenerwowani. - To bulwersujące - uważa Anna Kozińska z Przedszkola nr 269 w Warszawie. Na łamach "Dziennika" zastanawia się też, dlaczego fundacja zapłaciła za przeliczenie monet 240 tys. zł, skoro szkoły, przystępując do akcji, są zobowiązane ustalić ich wartość, podzielić je na nominały i sporządzić protokół.

- Te protokoły, owszem, są bardzo ładne, ale mogą nam służyć jedynie do porównania wyników między szkołami. Pieniądze muszą być profesjonalnie przeliczone. Poza tym szkoła nie dzieli ich na nominały, tylko trafiają do nas w workach - odpowiada Polkowski.

Wydatki administracyjne

Nie tylko wysokie koszty organizacji, ale i "wydatki administracyjne" wzbudziły zainteresowanie mediów. "Dziennik" podał, że wyniosły one aż 215 tys. zł.

- Zatrudniamy 9 osób. Pracują u nas specjaliści, którzy jeżdżą po kraju, spotykają się z wnioskodawcami. W tym roku wpłynęło do nas 300 wniosków z prośbą o pomoc. 150 dostało pomoc - tłumaczy Polkowski.

Ministerstwo Edukacji Narodowej, które sprawuje patronat nad akcją, poprosiło organizatorów o dokładne wyjaśnienia.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: