Żakowski: Między lekarzem a chorym powinno być jak przy spowiedzi: nikomu ani słowa [U LISA]

- Naruszenie żelaznej zasady intymności i bezwzględnej relacji między lekarzem a chorym stwarza bariery utrudniające kontakt - mówił w programie ?Tomasz Lis na żywo? w TVP 2 Jacek Żakowski. Publicysta nawiązał w ten sposób do dyskusji, jaką rozpętały publiczne wypowiedzi dr. hab. Dariusza Zadrożnego o chorobie Anny Przybylskiej.

- Mam głębokie przekonanie, że lekarz powinien milczeć jak kamień, kiedy pada nazwisko pacjenta - tak Żakowski komentował w TOK FM publiczne wypowiedzi lekarza. Dr hab. Dariusz Zadrożny z Centrum Onkologii w Gdańsku opowiadał o chorobie Anny Przybylskiej w TVP; potem rozmowę przedrukował "Super Express". - Widziałem aktorkę w stadiach, kiedy dopadał ją ból i niemalże wyła - to jedna z wypowiedzi Zadrożnego, która nie spodobała się publicyście.

- Ja to komentowałem łagodnie, bo jestem przekonany, że naruszenie żelaznej zasady intymności i bezwzględnej relacji między lekarzem a chorym stwarza bariery, które utrudniają potem kontakt. Moim zdaniem to było naruszenie tego stanu; tak byłoby nawet wtedy, gdyby lekarz nie użył słowa "wyła", ale krzyczała. Tu powinna obowiązywać zasada jak przy spowiedzi: nigdy ani słowa - ocenił Żakowski w programie Tomasza Lisa. Jak jednak dodał, wyjątkiem jest sytuacja, w której pacjent i lekarz umawiają się, że będą publicznie mówić o chorobie.

"W Polsce nie ma zwyczaju, żeby dawać chorym morfinę"

- Gdyby pan był martwy, toby pan nic nie czuł; wtedy czułaby to rodzina - zgodziła się Krystyna Kofta. - Ja dokładnie nie śledziłam tej sprawy, ale uważam, że lekarz przekroczył tę granicę. Natomiast zrobił to z jakiegoś powodu, a ja jestem wyczulona na tym punkcie: on mówił o bólu. A w Polsce leczenie bólu jest jeszcze w powijakach - podkreśliła.

Pisarka dodała też, że w Polsce są problemy z leczeniem bólu, bo nie ma zwyczaju, żeby dawać potrzebującym morfinę. - Wszyscy boją się słowa "narkotyk". Jakby w hospicjum ktoś, kto umiera, bał się, że się uzależni - zaznaczyła Kofta.

"Niedomówienia w gabinecie są złe. Rolą lekarza jest zmniejszyć strach"

Zachowanie lekarza Przybylskiej skomentował także onkolog prof. Cezary Szczylik. - Myślę, że on po prostu przeniósł do studia te emocje, które towarzyszyły temu bardzo trudnemu przypadkowi - mówił.

- A jak powinna wyglądać rozmowa z chorym, gdy przekazuje mu się diagnozę? - chciał wiedzieć Lis. - Nie ma jednego wzorca, jak postępować z pacjentami chorymi na raka. Wraz z postępem cywilizacyjnym coraz częściej rozmawiamy jednak o tym, w jaki sposób możemy wygrać z nowotworem. Ale informację o chorobie najlepiej przekazać od razu; niedomówienia w gabinecie są złe - podkreślił zapytany.

Szczylik dodał też, że studenci nie są uczeni umiejętności kontaktowania się z pacjentem, a dehumanizacja medycyny wynika z faktu, że lekarze coraz więcej czasu muszą poświęcać papierom. - Musimy wiedzieć, że pacjent przychodzi do gabinetu i się boi, że pierwszym uczuciem jest lęk. Rolą lekarza jest zmniejszyć ten strach - tłumaczył profesor.

"Lekarz nie jest w stanie cierpieć za wszystkich swoich pacjentów"

Podobnego zdania był neurochirurg prof. Mirosław Ząbek. - Pan doktor być może zbyt niefrasobliwie użył jakiegoś słowa, podobno powiedział to bardzo emocjonalnie - mówił. - Śmierć jest nam bliska wtedy, kiedy dotyczy kogoś nam znanego; w innym przypadku traktujemy ją bezosobowo, może stąd te emocje. Ale to nie jest raczej przypadek, który mogłyby rozpatrywać sądy lekarskie - zaznaczył.

Ząbek tłumaczył też, że przy chorobach przewlekłych i nowotworowych bardzo często nie zauważa się cierpienia psychicznego pacjenta. - Z jednej strony chory powinien się czuć tak, jakby był jedynym pacjentem swojego lekarza. Z drugiej strony z tym cierpieniem nie można się nadmiernie identyfikować, bo wtedy samemu też zaczyna się cierpieć. A lekarz nie jest w stanie cierpieć za wszystkich swoich pacjentów - powiedział.

Neurochirurg dodał również, że pacjent ma prawo wiedzieć o rokowaniach, ale nie powinien wyjść z gabinetu bez nadziei. - Jeśli pacjent traci wiarę w możliwość wyleczenia, to sam proces terapeutyczny jest trudniejszy - podkreślił.

"Mam rozkaz od Krauzego: powtórzyć kilka razy, żeby się badać"

O swoich zmaganiach z rakiem opowiadali też Żakowski i Kofta. Publicysta wspominał, że w jego przypadku był to długi proces: najpierw podczas badań nieprawidłowości zobaczył internista, potem radiolog, następnie przyszedł czas na kolejne etapy leczenia... Jak dodał, trafił na fantastycznych lekarzy, którzy wprowadzili jego i żonę w sytuację oraz dali im poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

- Mam rozkaz od Krzysztofa Krauzego, który od kilku lat walczy z nowotworem: mam powtórzyć pięć razy, żeby się badać. Ja się badałem i dlatego tutaj teraz jestem - zaapelował Żakowski.

"Jestem wdzięczna pani doktor za rzeczowe, ale obcesowe potraktowanie"

- Ja w ogóle myślałam, że nie mam raka, że to zgrubienie zrobiło się od ćwiczeń. Miałam biopsję, ale myślałam, że to jakiś nieszkodliwy guzek - wspominała Kofta. - Ja w ogóle się nie badałam i dlatego jestem w tych programach, bo wiem, że takich jak ja jest więcej. Byłam sekretarzem akcji Różowa Wstążka, organizowałyśmy pochody, akcje... Ale do lekarza nie chodziłam - mówiła. Do pójścia na badania zmusiła ją dopiero przyjaciółka, która umówiła ją na wizytę.

- Jestem wdzięczna pani doktor za rzeczowe, ale obcesowe potraktowanie. Miałam mammografię, potem zapaliło mi się czerwone światełko, bo dostałam skierowanie na biopsję. Podczas badania lekarka popatrzyła na mnie i zapytała: "Mówić?". Potwierdziłam - opowiadała.

"Ma pani raka" - usłyszałam w gabinecie. Wtedy zapytałam: "Ten rak jest złośliwy?". "Każdy rak jest złośliwy" - powiedziała mi. Kofta podkreśliła, że ta reakcja lekarki nią wstrząsnęła; dopiero wtedy zaczęła robić badania, a później spokojnie przeszła operację wycięcia guza.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Lubisz aplikację Gazeta.pl LIVE? Zagłosuj na nas!

Więcej o: