Kampania poza kampanią? W Radomiu na biuletyn wydano 144 tys. zł z publicznych pieniędzy

Opozycja oskarża prezydenta Radomia Andrzeja Kosztowniaka z PiS o prowadzenie kampanii za publiczne pieniądze. Wydany przez miasto biuletyn kosztował 144 tys. zł. - To jakby za nasze pieniądze 4,5 mln wyborczych ulotek trafiło do naszych skrzynek - powiedział radomskiej telewizji Dami Mateusz Tyczyński z PO. Podobnych przypadków jest więcej.

Biuletyn podsumowuje inwestycje w latach 2007-2014, w tym wiele dofinansowanych przez Unię Europejską. Każdy z 81 tys. egzemplarzy miał ponad 50 stron. Ich wydanie i dostarczenie do mieszkańców kosztowało 144 tys. zł - podaje Portal Samorządowy .

Zdaniem Radosława Witkowskiego, posła PO i kandydata na prezydenta Radomia, to "rażąca niegospodarność". - Jest konieczność zdania relacji z tego, co zostało zrobione - broni się z kolei w radomskiej telewizji ubiegający się o reelekcję prezydent Andrzej Kosztowniak.

"Nie w porządku wobec innych komitetów"

- Jeśli miasto prowadzi inwestycje z udziałem środków unijnych, to jest zobowiązane poinformować o nich społeczeństwo w ramach pieniędzy przeznaczonych na ten projekt - odpowiada mu poseł Witkowski. Służą do tego np. tablice informacyjne. Urząd wydaje więc pieniądze drugi raz na ten sam cel. W odpowiedzi kancelaria prezydenta Radomia stwierdziła, że to oskarżenie jest chybione, ponieważ biuletyn informuje zarówno o inwestycjach z udziałem środków europejskich, jak i tych finansowanych w całości z budżetu miasta.

- Takie działania są nie w porządku wobec innych komitetów wyborczych - ocenia posłanka Marzena Wróbel (kiedyś w PiS, dziś w konkurencyjnej Solidarnej Polsce), kandydująca na stanowisko prezydenta miasta. Według niej broszura to element kampanii wyborczej "w oparciu o pieniądze z budżetu miasta". I to element za drogi - Wróbel przytacza przykłady innych miast, w tym Poznania, gdzie na podobne biuletyny wydano mniej: "Informator o budżecie miasta Poznania" kosztował 80 tys. zł, a wydano go w niemal 250 tys. egzemplarzach.

Popularna, szkodliwa praktyka

Tzw. "sprawozdania z kadencji", finansowane ze środków publicznych, są szkodliwą, ale popularną praktyką w wyborach samorządowych. - Ulotki przedstawiające sukcesy kandydata ubiegającego się o reelekcje nie zawierają merytorycznych treści i są formą promowania się przed wyborami - podaje raport Fundacji Stańczyka z 2011 r.

Przykłady? Tuż przed wyborami w 2010 roku, w których prezydent Krakowa Jacek Majchrowski starał się o wybór na kolejną kadencję, urząd miasta opublikował broszurę "Kraków XXI wieku". 50 tys. egzemplarzy kosztowało ponad 60 tys. złotych.

Publikacja z Radomia nie jest też pierwszym takim przypadkiem w tegorocznej kampanii. W inowrocławskim biuletynie "Nasze Miasto" ukazał się wywiad z prezydentem Ryszardem Brejzą. - Druk i kolportaż są pokrywane z pieniędzy podatników, a sam "informator" służy niemal wyłącznie do kryptoreklamy i opiewania urzędującego od 12 lat prezydenta - powiedział Portalowi Kujawskiemu Marcin Wroński z Ruchu Nowy Inowrocław.

Z kolei urząd miasta Brzegu wydał we wrześniu broszurę o segregacji odpadów. Poza praktycznymi poradami nt. recyklingu 20-stronicowe wydawnictwo zawiera krytykę radnych, którzy są przeciwnikami burmistrza Brzegu - podała TVP Opole . Wymienionych z imienia i nazwiska radnych oskarża się o nieznajomość prawa.

- Pan burmistrz obszernie informuje mieszkańców, jaką to złą wolą wykazali się radni opozycyjni - powiedziała TVP Opole radna Barbara Mrowiec. - Wielu polityków uważa, że kampania zaczyna się w dzień po zakończeniu wyborów. Jeśli tak to prawda, wszystko robię na rzecz miasta - odpowiedział burmistrz Wojciech Huczyński.

Wyborczy falstart

Kolejny problemem z promocją kandydatów poza ramami kampanii to wyprzedzanie kalendarza wyborczego. Wyznacza on wyraźne ramy czasowe prowadzania kampanii. Nie można tego robić przed zarejestrowaniem komitetów wyborczych. Ale wielu kandydatów pełniących funkcje publiczne promuje swój wizerunek i osiągnięcia wiele miesięcy wcześniej.

W czerwcu pisaliśmy o tym , jak klub radnych i stowarzyszenie Razem dla Opola opublikowało 30 tys. ulotek, chwalących osiągnięcia klubu w mijającej kadencji. Lokalna Platforma Obywatelska podobną akcję przeprowadzała już w styczniu .

- Mamy tu w pewnym sensie prowadzenie kampanii wyborczej przed kampanią wyborczą. I rzeczywiście, między takimi działaniami a kampanią wyborczą, granica jest bardzo cienka. Moim zdaniem można to co najwyżej potraktować jako promocję konkretnej osoby. Choć wszyscy mamy świadomość, że w kampanii wyborczej będą działać w podobny sposób - mówiła w wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej" Joanna Maksymowicz, prawnik z delegatur PKW. (Cały tekst)

Nieprawidłowości trudne do wykrycia

- Prowadzenie kampanii wyborczej za pieniądze podatników jest chyba najczęściej pojawiającym się w doniesieniach prasowych naruszeniem zasad finansowania kampanii. Problem rozdzielenia pełnionej funkcji publicznej od funkcji kandydata jest bardzo często poruszany - stwierdzają autorzy raportu Fundacji Stańczyka z 2011 r. Tego typu działania są bardzo szkodliwe, ponieważ z jednej strony pozwalają kandydatom ominąć ograniczenia finansowania kampanii, a z drugiej oznaczają marnowanie publicznych pieniędzy.

- Wyłączność na prowadzenie kampanii mają komitety wyborcze i omijanie tego jest wykroczeniem - podkreśla w rozmowie z nami Krzysztof Lorentz z Państwowej Komisji Wyborczej. - Kandydaci, którzy pełnią funkcje publiczne nie przestają wykonywać swoich obowiązków podczas kampanii wyborczej, ale te dwie sfery muszą być wyraźnie oddzielone. Ale to, co jest agitacją wyborczą, a co nie, jest trudne do oceny - stwierdził.

- O naruszeniu prawa wyborczego decydują właściwe organy wymiaru sprawiedliwości. Inną kwestią jest opina o kulturze politycznej kandydatów i jej wydanie pozostawiamy wyborcom. A ich ocena ukrytej agitacji jest często surowa - dodaje Krzysztof Lorentz.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE!

Więcej o: