ABW w redakcji "Wprost". Ekspert: Naiwnością jest sądzenie, że świadomy dziennikarz wyda służbom materiały

- Naiwnością jest sądzenie, że w dzisiejszych czasach świadomy dziennikarz gazety, która - jak wszystkie - narażona jest na wiele różnych sytuacji konfliktowych z punktu widzenia prawa, wyda służbom materiały - mówi dla Gazeta.pl dr Maria Łoszewska-Ołowska z Uniwersytetu Warszawskiego. - W ogóle dzisiejsze działania ABW są kuriozalne - dodaje.

Nie milkną echa skandalu wywołanego przez sobotnią publikację tzw. taśm "Wprost". Tygodnik ujawnił kontrowersyjne nagrania rozmów czołowych polskich polityków oraz prezesa NBP, zarejestrowane w jednej z warszawskich restauracji .

ABW w siedzibie "Wprost"

Dziś do siedziby "Wprost" weszli funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która oczekiwała "dobrowolnego wydania" nośników, na których zapisano nagrania. O tym zdarzeniu poinformował na swoim Twitterze dziennikarz "Wprost" Michał Majewski , który jednocześnie opublikował treść pisma prokuratury, z którym przyszli agenci:

Według dokumentu prokurator wysunął swoje żądania "po zapoznaniu się z materiałem dowodowym w sprawie o czyny z art. 267 par. 3 i 4 k.k., na podstawie art. 217 par. 1, 2 i 5 k.p.k.". Gazeta odmówiła jednak wydania nośników z nagraniami, twierdząc, że umożliwiłyby one ustalenie tożsamości informatora tygodnika. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny "Wprost", mówił później, że wejście do jego gazety ABW to "presja na redakcję".

Czy decyzja "Wprost" o niewydaniu nagrań była uzasadniona? Czy prokurator miał prawo tego żądać od redakcji? Zapytaliśmy o to dr Marię Łoszewską-Ołowską z Zakładu Prawa Prasowego na Wydziale Dziennikarstwa UW.

Gazeta.pl: Na jakiej postawie ABW weszło do siedziby tygodnika "Wprost"?

Dr Maria Łoszewska-Ołowska: Sądząc z pisma, które ABW przedstawiło dziennikarzom "Wprost" w sprawie taśm, postępowanie prowadzone jest w odniesieniu do przepisów, które mówią: "kto w celu uzyskania informacji, do której nie jest uprawniony, zakłada lub posługuje się urządzeniem podsłuchowym, wizualnym albo innym urządzeniem lub oprogramowaniem oraz kto informację uzyskaną w ten sposób ujawnia innej osobie, podlega karze".

A więc to dotyka bezpośrednio tygodnika "Wprost", bo w myśl obowiązujących przepisów po części jest on sprawcą przestępstwa - w końcu udostępnił materiały.

Czy służby mają prawo żądać wydania jakichkolwiek materiałów od prasy, jeśli miałoby to prowadzić do ujawnienia danych źródła informacji?

- W orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu pojawiały się wyraźne odniesienia co do tego, że w sytuacji, w której chcemy przejąć twardy dysk komputera i tym samym wejść w posiadanie zasobów, które mogą doprowadzić do ujawnienia źródeł informacji, takiemu źródłu przysługuje wyjątkowa ochrona.

W Polsce tajemnica dziennikarska też jest chroniona bardzo silnie. Są jasne przepisy, które mówią, że ochrona źródła informacji dotyczy nie tylko imienia i nazwiska, ale też wszystkich elementów, które mogłyby prowadzić do ujawnienia tożsamości źródła. Dziennikarz ma więc prawo do ukrycia pewnych informacji, jeśli są na tyle charakterystyczne, że prowadzą do ujawnienia informatora.

Czy tak jest pani zdaniem w przypadku taśm ujawnionych przez tygodnik "Wprost"?

- W tej sytuacji należy uznać, w oparciu o przepisy prawa prasowego i inne, że tygodnik obowiązuje tajemnica dziennikarska. Mógłby z niej go zwolnić sąd na etapie przygotowawczym postępowania. Zwolnienie takie może jednak nastąpić tylko pod pewnymi warunkami, ale to i tak nie oznacza podania źródła informacji. W tym zakresie tajemnica dziennikarska ma wymiar absolutny.

A więc jeśli nośniki, których wydania zażądała ABW, zawierają dane, dzięki którym możliwe jest zidentyfikowanie informatora, to zwrócenie się o nie może być próbą obejścia zakazów stanowiących tajemnicę dziennikarską. To trochę tak jak z billingami rozmów telefonicznych. Wprawdzie nie zawierają one imienia i nazwiska rozmówcy, ale znacząco ułatwiają jego ustalenie.

Biorąc pod uwagę fakt, że wydanie nośników przez "Wprost" miało nastąpić dobrowolnie, nie jest trochę tak, że prokuratura myśli: "Poprosimy, a nuż nam dadzą to, czego chcemy"?

- To oczywiście gdybanie, ale tak może być. Istnieje prawdopodobieństwo, że służby są świadome granic tajemnicy dziennikarskiej, a przymusowe wyegzekwowanie materiałów od "Wprost" mogłoby prowadzić do identyfikacji informatora.

W tej sprawie w ogóle jest mnóstwo gdybań, przypuszczeń i emocji. Nawet nie znamy dokładnej treści nagrań, ale dla służb pokusa dotarcia do danych źródła za pośrednictwem materiałów "Wprost" może być duża. Byłoby to spektakularnym sukcesem służb i niosłoby ze sobą przekaz: w strukturach państwa nie ma żadnego kryzysu, skoro w ciągu kilku dni udało nam się rozwiązać sprawę i ustalić źródło nagrań.

A jak w tej całej sytuacji powinni zachować się dziennikarze "Wprost"?

- Myślę, że naiwnością jest sądzenie, że w dzisiejszych czasach świadomy dziennikarz gazety, która - jak wszystkie - narażona jest na wiele różnych sytuacji konfliktowych z punktu widzenia prawa, wyda służbom materiały.

W ogóle to kuriozalna sytuacja, że w redakcji trwa przeszukanie, dziennikarze tej redakcji o tym informują, a działanie służb ciągle trwa. Czasy, w których żyjemy, są niewiarygodne. W tej sytuacji może zadziałać taki mechanizm, że skoro sprawa stała się głośna, wie o niej opinia publiczna, a wszystko może być odbierane jako kneblowanie ust mediom, to służby wycofają się z próby zdobycia materiałów "Wprost".

 

***

 

Już po rozmowie z dr Łoszewską-Ołowską Michał Majewski poinformował o kolejnej wizycie ABW w redakcji "Wprost":

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: