Pracownicy WSiP alarmują: Darmowy podręcznik powoduje zwolnienia grupowe! Minister: Działamy dobrze

Wydanie 4 miliardów zł z podatków, anonimowi recenzenci, łamanie praw autorskich - to tylko niektóre z zarzutów, jakie Związki Zawodowe w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych stawiają minister edukacji. W liście otwartym alarmują: "Ginie wolny rynek książki szkolnej!" "Działanie rządu było właściwe i odnosi skutek" - odpowiada im minister Kluzik-Rostkowska.

We wrześniu rodzice pierwszoklasistów po raz pierwszy nie będą musieli wydawać pieniędzy na podręczniki. Do szkół trafi pierwsza część bezpłatnego, przygotowanego przez MEN elementarza. Docelowo od 2017 r. wszyscy uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów będą mieli zapewnione darmowe podręczniki, które będą własnością szkół. Rządowy pomysł od początku spotkał się z krytyką ze strony rynku wydawniczego.

Ginie rynek wolnej książki!

"Pani Minister, jedną decyzją wyrzuca Pani do kosza dorobek dziesięcioleci. Nasza sytuacja dziś przedstawia się następująco: rząd potrafi przygotować podręcznik w 2 miesiące, my tak nie umiemy. Rząd rozda swoje podręczniki za darmo, a naszych profesjonalnych rozdawać nie chce" - piszą w liście otwartym do Joanny Kluzik-Rostkowskiej przedstawiciele Związków Zawodowych w Wydawnictwach Szkolnych i Pedagogicznych. "Ginie wolny rynek książki szkolnej" - kończą dramatycznie.

W liście otwartym pracownicy wydawnictwa zarzucają MEN, że odpowiada za planowane zwolnienia grupowe w firmie. "Zwolnienia obejmą niemal 40 proc. pracowników. Rząd w ogóle nie zainteresował się losem pracowników takiego wydawnictwa jak WSiP. Czy tak powinno działać Państwo?" - pytają.

Co to znaczy "darmowy"?

Autorzy listu formułują szereg zarzutów, które - ich zdaniem - wynikają z bezpłatności poradnika. Uważają, że rządowy podręcznik nie przeszedł wszystkich procedur, które do tej pory obowiązywały. "Czy MEN ma patent na nieomylność? Dlaczego MEN nie wymienia nazwisk recenzentów? Dlaczego nie publikuje treści recenzji swojego elementarza?" - pytają. Zarzucają też, że kolejne roczniki będą otrzymywały coraz bardziej zniszczone egzemplarze - podręcznik ma być własnością szkoły, używaną przez kilka lat.

Pracownicy wydawnictwa kontrują też główne argumenty ministerstwa, że ciągłe zmiany podręczników oznaczały ogromne koszty dla rodziców, bo dzieci nie mogły korzystać z używanych książek. "MEN skutecznie dostarczał wydawnictwom pracy. Nieustannie zmieniał podstawy programowe i wydawał kolejne rozporządzenia, w związku z czym wydawcy musieli modyfikować podręczniki. Czasami było to usunięcie kilku tematów, czasami dodanie tylko jednego. Zmieniała się numeracja stron w podręcznikach, a rodzice denerwowali się, że powinni kupować nowsze wersje. Wydawcy działali zgodnie z rozporządzeniami MEN - rodzice mieli pretensje do... wydawców." - piszą.

Co na to ministerstwo?

"Adresatem listu związkowców powinien być właściciel WSiP, Advent International z budżetem przekraczającym 100 mld zł, sięgającym jednej trzeciej budżetu Polski. To do niego związkowcy powinni kierować swoje obawy o pracę i przyszłość przedsiębiorstwa" - czytamy w komentarzu minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

"Nad Naszym Elementarzem pracuje w MEN najwyżej kilkanaście osób, trudno więc przyjąć argument, że niszczy to tak potężne wydawnictwo jak WSiP i jego właściciela Advent International. Związkowcy powinni raczej zatroszczyć się o poziom zarządzania ich przedsiębiorstwem" - podkreśla w oświadczeniu.

Minister zgadza się też z argumentem wydawnictwa, że zatrudniało ono najlepszych autorów, którzy gwarantowali wysoką jakość podręczników. "MEN absolutnie nie zamierza tego podważać, skoro jedną z tych osób - Marię Lorek - wybrał na autorkę darmowego podręcznika" - zaznacza Kluzik-Rostkowska.

Wydawnictwa tracą zyski, więc chcą negocjować

"Wprowadzenie darmowego "Naszego Elementarza" do szkół pozwoli rodzicom zaoszczędzić rocznie od 100 mln zł w 2014 r. do 700 mln zł w 2020 r. na koszcie zakupu podręczników i ćwiczeń. Według CBOS, tylko w tym roku szkolnym rodzice wydali na podręczniki przeciętnie, w przeliczeniu na jedno dziecko, ok. 382 zł. Z roku na rok te koszty rosły. Dlatego, co powtarzałam wielokrotnie, w obronie kieszeni rodziców i dzieci, które musiały dźwigać niepotrzebne zestawy, trzeba było położyć kres praktyce podnoszenia cen przez wydawnictwa, pakowania podręczników w boksy, obudowywania ich niepotrzebnymi pomocami, robienia z nich książek jednorazowych itp." - pisze minister.

"Wydawnictwa, dopiero w obliczu odebrania im gigantycznych zysków, stwierdziły, że są gotowe do negocjacji i mogą obniżyć ceny. To pokazuje, że działanie rządu było właściwe i odnosi skutek" - podsumowuje.

Chcesz wiedzieć więcej i szybciej? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: