Lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro poinformował wczoraj, że posłowie SP Ludwik Dorn oraz Tomasz Górski zasygnalizowali wolę odejścia z ugrupowania. Zgodnie z sondażowymi wynikami SP otrzymała 3,1 proc. poparcia i znalazła się poniżej progu wyborczego. Ludwik Dorn był liderem listy SP na Mazowszu. Obecnie Klub Solidarnej Polski liczy 15 posłów; po odejściu Dorna i Górskiego - SP będzie tylko kołem poselskim.
Co teraz z "ziobrystami"? - Najłatwiej byłoby odpowiedzieć używając punkrockowego hasła - "no future" - ocenia politolog dr Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego. Dodaje, że po porażce w wyborach, po których sobie "ziobryści" najwięcej obiecywali, pozbawiana ogólnokrajowej trwałej struktury organizacyjnej partia nie może przetrwać. - Tak wygląda koniec nieudanej inicjatywy politycznej podjętej w stylu lat 90., czyli z założeniem, że wystarczy rozpoznawalny lider - ocenił politolog.
- Poza tym pomysł na tę partię był właściwie próbą skopiowania Prawa i Sprawiedliwości, tyle że z innymi twarzami. Dodajmy, że Solidarna Polska wykonywała sporo nieprzewidzialnych, niekonsekwentnych zwrotów - raz chciała pokazywać się jako bardziej radykalna, raz łagodniejsza. Nie sposób tak budować elektoratu - ocenił.
Podobnego zdania jest prof. Kazimierz Kik, który również nie widzi przyszłości dla partii Zbigniewa Ziobry. - To koniec Solidarnej Polski, ale i też wszelkich odprysków od głównych partii i to zarówno na lewicy jak i prawicy. Na polskiej scenie politycznej rozłamowcy nie są premiowani wyborczo. To już u nas tradycja. Ziobryści żyli złudzeniem, że w oderwaniu od mainstreamowych partii można stworzyć sobie jakąś ścieżkę. Polska scena polityczna ma swoje żelazne elektoraty i bardzo trudno jest stworzyć oddzielny elektorat - uważa prof. Kazimierz Kik, politolog.
Co z pozostałymi posłami SP? - Już widać, że część z tych polityków chciałaby wrócić do PiS-u. Może być tak, że PiS okaże wielkoduszność i przyjmie wszystkich tych żołnierzy poza Ziobrą, żeby dzięki zjednoczonym siłom dobić PO. Ale Ziobro podobnie jak Gowin powiedział za dużo w swoim czasie, dlatego obaj nie mają szans powrotu do swoich partii.
- Zwróćmy uwagę na to, że te odpryski z PO i PiS poszły do tych wyborów oddzielnie, każda pod swoim sztandarem, każda liczyła na sukces. Ale żadna z nich nie ma szans oddzielnie, nie łącząc się nie mają żadnego potencjału, tylko idąc pod ręce będą mieli szansę na przekroczenie progu - mówi Kazimierz Kik.