"Nauczyciele wiedzieli, że nastąpi atak, ale nie odesłali nas do domów" - wyznaje Nigeryjka, która uciekła porywaczom

Ponad 200 licealistek porwanych przez nigeryjską sektę Boko Haram ciągle jest w rękach terrorystów. Reporterzy Deutsche Welle rozmawiali z jedną z dziewczyn, którym udało się uciec z rąk oprawców. Uważa ona, że nauczyciele wiedzieli, że atak nastąpi, ale zdecydowali, że nie odeślą uczniów do domów.

14 kwietnia organizacja Boko Haram uprowadziła ponad 300 uczennic z liceum w mieście Chibok w stanie Borno na północnym wschodzie kraju. 53 dziewczętom udało się uciec, w rękach porywaczy pozostało 276 licealistek. Porwanie wywołało oburzenie na całym świecie. W ubiegłym tygodniu ten lider nigeryjskich islamistów mówił, że sprzeda dziewczynki na targu. Według niego zamiast chodzić do szkoły, powinny wyjść za mąż.

Deutsche Welle: Przypominasz sobie moment, kiedy Boko Haram zaatakowało szkołę?

Esther Musa*: Byłyśmy w naszej sypialni, to było około godziny 22. Weszli mężczyźni z Boko Haram i powiedzieli: "wszystkie idą z nami". Zrobiłyśmy, co nam kazali. Potem podzielili nas na samochody i odjechaliśmy.

O czym wtedy myślałaś?

Myślałam, że moje życie się dzisiaj kończy. Zabiją nas wszystkie. To jedyne, co pamiętam. Myślałam tylko, że Bóg będzie ze mną.

Co się potem stało?

Kiedyś tam razem z innymi uczennicami udałyśmy, że musimy iść do toalety. A potem już tylko biegłyśmy jak szalone. W końcu zobaczyłyśmy dom Fulanich [Fulani to pasterskie plemię w Nigerii - red.]. Spytałyśmy, czy ktoś może nam pokazać drogę do Chibok. Jeden mężczyzna powiedział nam, że to jest bardzo daleko, ale pokazał nam drogę do następnej wsi. Tam pytałyśmy, czy jest jakaś możliwość transportu do Chibok. Ale ludzie powiedzieli nam, że jest za późno i powinnyśmy lepiej przenocować we wsi. Dali nam czyste ubrania, a następnego dnia próbowałyśmy wrócić do miasta.

Udało się?

Nie, dotarłyśmy do wojskowego punktu kontrolnego. Kiedy rozeznali, że jesteśmy z grupy uprowadzonych dziewcząt z Chibok, powiedzieli, że nie możemy wrócić do naszych rodzin. Kazali nam jechać z nimi do koszar w Maiduguri [stolica regionu - red.]. Tam miałyśmy opowiedzieć ich przełożonym, że udało nam się uwolnić z rąk Boko Haram. Kilka dni trzymali nas w koszarach, a później zostałyśmy przewiezione do gubernatora.

Ale szkoły pilnowało przecież wielu policjantów, byli też nauczyciele. Jak zareagowali, kiedy szkoła została zaatakowana?

Już ich wtedy nie było. Wszyscy uciekli.

Wszyscy uciekli i zostawili uczniów samych?

Tak.

Czyli nauczyciele wiedzieli wcześniej, że coś takiego się stanie?

Tak. Ktoś ostrzegł nauczycieli, że Boko Haram ma napaść na szkołę. Radzili, żeby posłać dzieci do domów, ale nauczyciele stwierdzili, że jeżeli pójdziemy do domów, to nie dostaniemy świadectw.

A Ty wiedziałaś, że Boko Haram może zaatakować?

Nie.

Wytłumacz nam jeszcze raz: nauczyciele nie pozwolili ani Tobie, ani innym uczniom pójść do domu?

Wicedyrektor powiedział, że jeżeli uciekniemy, to nasz egzamin końcowy będzie nieważny.

Co chodzi Ci po głowie, kiedy myślisz o wszystkich tych koleżankach, które są jeszcze w rękach terrorystów?

Myślę, że jeszcze żyją. Bardzo mi ich żal.

A jak Ty się czujesz? Możesz na przykład spać?

Nie, nie mogę. Ciągle muszę o nich myśleć.

Czy ktoś udzielił Ci jakiejkolwiek pomocy? W jakiś sposób zareagował rząd albo ktoś może zaoferował pomoc psychologiczną?

Nie, nie ma żadnej pomocy.

A jakiej byś potrzebowała?

Chcę znowu iść do szkoły.

Nie boisz się wrócić do szkoły?

Boję się, ale nie wrócę do Chibok. Chętnie bym poszła do innej szkoły, gdzieś indziej.

*Nazwisko licealistki zostało zmienione przez redakcję.

Artykuł pochodzi z serwisu ''Deutsche Welle''