Znachor mówi: nie idźcie do lekarza. I do lekarza nie idą. Dlaczego ludzie wierzą w magię i moc szarlatanów?

Wiara w cudowną moc znachora doprowadziła do śmierci półrocznej dziewczynki. Rodzice dziecka nie szczepili, nie chodzili z nim do lekarza. W efekcie zagłodzili małą Magdę. Zawierzyli znachorowi, szarlatanowi, który dla pieniędzy od kilku lat miał "pomagać" ludziom. Co się jednak dzieje z człowiekiem, że w pewnym momencie usypia zdrowy rozsądek i skłania się ku cudom, magii, wróżkom i znachorom?

Półroczna Magda spod Nowego Sącza zmarła z wygłodzenia. I sytuacja na dzisiaj jest taka: Marek H., znachor, który "pomagał" rodzicom dziecka, będzie odpowiadał za leczenie ludzi bez uprawnień. Odmawia składania zeznań. Według prokuratury odgrywał on kierowniczą rolę w "narażeniu półrocznej dziewczynki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i nieumyślnym spowodowaniu śmierci dziewczynki". Teraz rodzice. Tu sprawa jest prostsza - już są w areszcie z zarzutem znęcania się nad dzieckiem.

Prokuratura ustaliła, że rodzice Magdy nie byli jedynymi klientami H. Znachor porad miał udzielać od 2005 roku i - co podkreślają śledczy - robił to w celu osiągnięcia korzyści majątkowej (ponoć 100 złotych za wizytę). A to jest przestępstwem.

Zapłać raz, drugi, trzeci... To pułapka utopionych kosztów

Według zaleceń H. rodzice małej Magdy podawali dziewczynce np. kozie mleko z wodą, nie szczepili dziecka, a nawet nie byli z nim ani razu u lekarza. Dziecko nie zmarło jednak z powodu choroby. Zostało zagłodzone. - Taki stan musiał trwać przynajmniej od kilku tygodni. Dziecko na dwa tygodnie przed śmiercią nie było już w stanie dawać jakichkolwiek oznak życia. Zmarło ono po prostu z wycieńczenia - tłumaczył w rozmowie z Polskim Radiem Piotr Kosmaty, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie.

Jak udało się przez tyle lat Markowi H. znajdować klientów, którzy dawali się nabrać na jego pseudonaukowe teorie? Czy ludzie potrzebują alternatywnych "instrukcji obsługi" dziecka, a nie tych, o których dowiadują się od lekarza? O tym w audycji Marty Kielczyk w TOK FM opowiadali psycholog Tomasz Kozłowski i Klara Baryłka z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie.

- Ludzie, nawet mając nawet dobre intencje, mają czasami skłonność, aby szukać alternatywnych sposobów radzenia sobie z wymogami życia. Jeżeli jesteśmy niezadowoleni z lekarza, jeżeli jesteśmy niezadowoleni z kolejek, w których musimy czekać, to szukamy czegoś innego i im więcej takiemu znachorowi czy wróżce zapłacimy, tym bardziej doceniamy to, co on dla nas robi, i tym większe jest prawdopodobieństwo, że będziemy wtłaczać to w życie - komentował w TOK FM psycholog Tomasz Kozłowski.

Jego zdaniem płacąc znachorowi, wpada się w pułapkę "utopionych kosztów". - To działa tak: jeżeli już coś zrobiłem, to potem trudno się z tego wycofać, bo w takiej sytuacji postrzegam siebie jako osobę niekonsekwentną, nieumiejącą podejmować decyzji. I dalej płacąc kolejny raz znachorowi, umacniam wizję siebie jako kogoś, kto potrafi podejmować decyzje, jest konsekwentny, dobrze działa i idzie w dobrym kierunku.

Tylko dlaczego w ogóle ludzie trafiają do wróżek i znachorów? - Jeżeli mamy poczucie, że wyczerpaliśmy wszystkie możliwości, np. w przypadku chorób terminalnych, to sięgamy po inne rozwiązania. Nie mając zdolności do myślenia badawczo-odkrywczego i posługiwania się zimną analizą statystyczną, ludzie sięgają po czary, gusła itd. - podkreśla Kozłowski.

Teatr tylko dla siebie

Kozłowski zaznacza, że taki znachor działa jak pseudopsycholog. - Sprytny, manipulujący, rozumiejący mechanizmy i słabości leżące u podstaw funkcjonowania zwykłego człowieka. Nawet jeżeli jest to ktoś, kto ma rzeczywiście zmysł do tej pracy, to i tak musimy pamiętać, że w pracy psychologa trzeba postępować jak psycholog - zgodnie z kodeksem etyki - i trzeba rozumieć, jakie działania mogą zaszkodzić. Te osoby - wróżki i znachorzy - którzy działają z ludźmi mającymi poważny problem, nie rozumieją, że konsekwencje ich działań mogą mieć daleko idące negatywne skutki - podkreślał gość TOK FM.

Elementem przyciągającym do "czarów" jest cała otoczka odprawianych przez znachorów działań, ten istny teatr.

- Bardzo dużą rolę w korzystaniu ze znachorów robi to, że ten ktoś zajmuje się mną indywidualnie, a nie jak wielki szpital. Ten ktoś mówi do mnie, ma dla mnie czas, wysłucha wszystkiego, a dodatkowo stwarza coś w rodzaju spersonalizowanego teatru - tłumaczy Klara Baryłka z Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. - Jak się na to popatrzy z perspektywy ludzi przeżywających realne problemy, to dostają dla siebie cały teatr - z gestami, akcesoriami, rzeczami z kategorii sacrum. Mamy nagle koło siebie wszystko to, co zazwyczaj ma np. ksiądz, który jest gdzieś tam, daleko, na ambonie.

A cena? - Z dawnych czasów, z ludowości, mamy zapisy, że znachorowi trzeba było dużo zapłacić, bo inaczej choroba powróci - opowiada Baryłka. - Dużo osób to mówiło, stąd zapłata była traktowana jako magiczny akt, jako specjalny dar w kategorii darów magicznych.

"Msza. Tylko dla mnie"

Może te wszystkie zabobony to kwestia przekonania, że coś da nam wreszcie utracone zdrowie? - To jest kwestia wiary - uważa Kozłowski. - Ale zawsze bardziej wierzymy w to, co widzimy. Jak się sprzedaje produkt, to sprzedaje się przede wszystkim opakowanie tego produktu. I u znachora jest właśnie piękne opakowanie: "ksiądz", "msza" - i to wszystko indywidualnie, "dla mnie".

- U znachora dostajesz talizman, przedmiot, który możesz nosić przy sobie. A gdy idziemy do lekarza, to dostajemy tabletkę, którą ledwo widać i nie wiemy, jak ona działa na nasz organizm - podkreślał gość TOK FM. - Jeżeli w małej miejscowości ktoś korzysta ze znachora, to potem rozmawia o tym z innymi. Broni siebie, broni tych znachorów. A trudno przeciwstawić się grupie - stwierdził psycholog.

Na dzisiaj Marek H. konsekwentnie nie przyznaje się do niczego i odmawia udzielenia zeznań.

Więcej o: