Czy Angela Merkel poprze unię energetyczną Tuska? Niemcy mają trochę inne plany

Premier Tusk proponuje kanclerz Merkel unię energetyczną. Skoro dla dobra Wspólnoty Europejskiej Angela Merkel forsuje unię bankową, to czyż mogłaby się oprzeć analogicznemu rozwiązaniu, tym razem na polu energetyki? Diabeł tkwi w szczegółach. Plan Tuska nie idzie bowiem w parze z ekologicznymi ambicjami Niemiec - analizuje prof. Arkadiusz Stempin.

Co oznaczałaby w praktyce taka unia energetyczna? Wspólne negocjacje, zakup przez UE gazu z Rosji oraz jego rozsyłanie do krajów członkowskich. A także przepływ gazu w odwrotnym kierunku, z zachodnich krajów członkowskich do wschodnich, w przypadku zakręcenia kurka z gazem. Wszystko po to, by zmniejszyć uzależnienie gazowe UE od nieprzewidywalnego partnera na Wschodzie, gotowego w każdej chwili na polityczny i gospodarczy szantaż.

Merkel po spotkaniu z Tuskiem: Potrzebujemy wspólnego rynku

Okrągłe słowa Angeli Merkel wypowiedziane po spotkaniu z premierem Tuskiem: "Jak najbardziej potrzebujemy wspólnego rynku energetycznego" nie oznaczają automatycznego poparcia dla idei unii energetycznej w zamyśle jej unijnego sojusznika i osobistego przyjaciela. Bo na tym samym oddechu pani kanclerz dodała, że "trzeba wypracować szczegóły takiego rozwiązania". A jak mówi niemieckie przysłowie: diabeł tkwi w szczegółach. Inaczej mówiąc, "szczegóły", jakie w "Financial Times", a dziś w Berlinie przedstawił polski premier, są zgoła inne od tych, jakie trzeba "wypracować" czy też jakie leżą już w berlińskich szufladach.

Nad problemem uniezależnienia się od gazu rosyjskiego Niemcy głowią się od kilku dobrych lat. Nawet jeśli obecnie płacą Gazpromowi bardzo uprzywilejowaną cenę - 370 dol. za 1000 m sześc. gazu (Polska - 490 dol.). Tyle że odejście od gazu rosyjskiego musi być rozciągnięte na dekady - ocenił Ronald Pofalla, jeden z najbliższych pretorianów kanclerz Merkel. Największa podróż zaczyna się jednak od zrobienia pierwszego kroku - powiada chińskie przysłowie. A nim - alternatywą dla importu kopalin z Rosji, skąd Niemcy pokrywają 37 proc. swojego zaopatrzenia w gaz i 31 proc. w ropę - mają być energooszczędne technologie i pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Tak brzmi drugi wypracowany przez Niemców "szczegół". Pod takim programem podpisują się inne państwa unijne, jak Holandia, Luksemburg, Dania, Szwecja czy Austria.

Nie będzie łatwo

Niezależnie od stanowiska Niemiec przeciwko unii energetycznej premiera Tuska jak lwy będą oponować Cypr i Słowacja, w 90 proc. skazane na import rosyjskiego gazu, oraz Bułgaria, żywo zainteresowana sfinalizowaniem gazociągu South Stream, skoro ten z Rosji ma przebiegać przez jej obszar. Hiszpania stawia zaś na import gazu z Algierii, a Wielka Brytania - na energię jądrową. Podobnie jak Francja.

W tym unijnym melanżu Niemcy postawiły na rozwój sektora energii odnawialnych, co fundamentalnie kłóci się z dwoma kolejnymi filarami unii energetycznej premiera Tuska - eksploatacją gazu łupkowego i rehabilitacją węgla. W optyce niemieckiej są to hamulce w osiągnięciu celów klimatycznych UE: redukcji gazów cieplarnianych o 40 proc. i uzyskaniu 27 proc. energii ze źródeł odnawialnych w 2030 r.

Przy czym na gaz łupkowy Niemcy mogliby nawet przymknąć oko. Człowiek Merkel w Brukseli, komisarz ds. energii Günther Oettinger, wijąc się w bólach, dał w imieniu Komisji Europejskiej zielone światło dla wydobycia gazu łupkowego. Metoda frackingu budzi jednak opory w Niemczech. Głównie w ultraekologicznej części społeczeństwa. A jak wiadomo, to przecież pod presją opinii publicznej porażonej katastrofą w Fukushimie kanclerz Merkel z dnia na dzień zadecydowała o złożeniu niemieckiego programu nuklearnego do grobu poprzez wygaszanie do 2022 r. wszystkich tamtejszych elektrowni jądrowych.

Niemcy wolą "zielone" rozwiązania

Nic dziwnego więc, że Niemcy preferują "zielone", przyjazne dla klimatu źródła energii. Wiatr, woda, promieniowanie słoneczne, biomasa i energia geotermiczna są dostępne bez ograniczeń i nie skończą się tak jak ropa czy gaz. Już teraz "zielona" energia stanowi w Niemczech 10 proc. ogólnego zużycia energii, a jej udział ma stale rosnąć - docelowo do 60 proc. w 2050 r. Przy okazji rozwój ekologicznych energii ma stworzyć przyszłościowy rynek pracy dla miliona ludzi. Już teraz Niemcy w dziedzinie wykorzystania technologii fotowoltaicznej przetwarzającej promieniowanie słoneczne w prąd elektryczny są światowym liderem.

Sponsorowana głównie przez niemieckie koncerny wielka europejska inwestycja ekologiczna "Desertec" ma pokryć z elektrowni słonecznych w Afryce Północnej w 2050 r. 15 proc. zapotrzebowania na energię w Europie. Z kolei jako inicjator programu "North Sea Countries Offshore Grid Initiative", forsującego rozwój energii wiatrowej, Niemcy pozyskały dla niej osiem innych państw UE. De facto unia energetyczna w wersji niemieckiej istnieje już w tej chwili. Nie trzeba jej powoływać do życia.

Drugim filarem mającym uniezależnić Niemcy od rosyjskiego gazu jest energooszczędność. W przemyśle zamierza się ją uzyskać poprzez wprowadzenie urządzeń zwracających energię cieplną. Jeszcze większe rezerwy kryje w sobie masowe ocieplenie budynków mieszkalnych i przemysłowych, co zmniejszy zużycie gazu do ich ogrzewania i zaopatrzenia w ciepłą wodę. A to ma zostać skredytowane z dotacji państwowych. Docelowo zmniejszy to zapotrzebowanie na rosyjski gaz o 60 proc. - przewiduje w swoim raporcie sporządzonym przed kilkoma dniami na zamówienie rządu niemieckiego doradcza firma konsultingowa ECOFY z Kolonii. Co ma się nijak do projektu Donalda Tuska.

Merkel chce więcej

Zresztą jego propozycja to zdaniem Niemców nie pomysł na unię energetyczną, tylko na zagraniczną politykę Unii w zakresie importu gazu. Zdaniem Merkel "warta rozważenia", ale "szczegółowa" polityka energetyczna w wersji niemieckiej powinna iść znacznie dalej i obejmować wzorem swobodnego przepływu towarów i usług w UE także otwarcie się silnie do tej pory wyizolowanych narodowych rynków energetycznych na europejską konkurencję. A w ślad za tym rozbudowę transeuropejskich sieci przesyłowych. Oraz, rzecz najbardziej zrozumiała, odejście Wspólnoty Europejskiej od węgla i energii jądrowej wraz z przyjęciem programu rozbudowy sektora energii "zielonych".

Niewykluczone, że tak sformułowany program przyjmie zaledwie kilka krajów unijnych, które nie oglądając się na malkontentów, stworzą nowy plan rozwoju. W ten sposób zostanie powołana do życia koalicja chętnych na unię energetyczną made in Germany, co w UE ma już swoją tradycję. Istnieje bowiem już strefa Schengen i eurogrupa, których regulacje nie obowiązują we wszystkich krajach unijnych, dzieląc za to Unię na twarde jądro i peryferie.

Możliwe jednak, że większe zagrożenie dla projektu unii energetycznej z niemieckimi "szczegółami" wychodzi nie od propozycji polskiego premiera, tylko brytyjskiego ministra energii i ochrony środowiska. Ed Davy zasugerował niedawno, by nad kwestią dławiącego uścisku energetycznego Rosji pochylił się elitarny klub światowy G7, który w ramach sankcji wyrzucił Putina ze swojego grona. W ramach tej sugestii kluczowa rola przypadłaby energii nuklearnej i jej importowi z Japonii do Europy. Co po Fukushimie w uszach niemieckich brzmi jak bluźnierstwo.

Więcej o: