Idzie tornado, ludzie kryją się w schronach. On podchodzi bliżej. Z kamerą. Reed Timmer, słynny łowca burz, napisał książkę [FRAGMENTY]

Reeda Timmera trudno polubić. Bo jak polubić kogoś, kto nie liczy się ze zdaniem innych, za nic ma bezpieczeństwo kolegów, a na widok tornada krzyczy z radości i podbiega bliżej, byle tylko zdobyć lepsze ujęcie kamery? Ale to właśnie kombinacja uporu, ogromnej wiedzy i graniczącej z szaleństwem pasji sprawiła, że Timmer jest dziś jednym z najsłynniejszych łowców burz. Właśnie wydał książkę. Oczywiście o sobie.

Maj 1999 r., stan Oklahoma, USA. 19-letni Reed Timmer jest studentem wydziału meteorologii miejscowego uniwersytetu. Z pasją wchłania wiedzę, ale niekoniecznie w bibliotece. Woli się uczyć na siedzeniu samochodu pędzącego na spotkanie kolejnego tornada. Ma szczęście - uczy się w pasie terytorium USA zwanym potocznie Aleją Tornad. Zresztą sam tak wybrał.

Bo Timmer nie dba o wygląd swojego pokoju, stan swojego samochodu (później zamieni starego gruchota na zbudowany specjalnie dla siebie pancerny pojazd zdolny opierać się niszczycielskiej sile tornad), nie dba też o swoje kolejne dziewczyny (woli jechać obserwować burze) i bezpieczeństwo swoich kompanów. Tak jak 3 maja, kilkanaście lat temu, gdy zarejestrował na wideo niszczycielskie tornado F-5 w tzw. Rozszerzonej Skali Fujita:

 

Dolna granica prędkości wiatru tornada F-5 to 322 km/godz. Wiatr o takiej sile niszczy dosłownie wszystko, co napotka na drodze. I tylko szczęśliwy traf sprawił, że Reed i jego koledzy przeżyli. Dramatyczne przeżycia tylko ugruntowały pasję Timmera, choć z biegiem lat nabrał sporo dystansu i doświadczenia. Nadal jednak, choć wielokrotnie podkreśla swoje współczucie dla ofiar tornad i dzieli się swoją wiedzą z państwowymi meteorologami, by pomóc lepiej przewidywać niebezpieczną pogodę, w swoim żywiole jest dopiero wtedy, gdy sam stanie twarzą w twarz z takim oto żywiołem:

 

Kilkanaście lat swojego pełnego ryzyka - na własne życzenie - życia Reed Timmer opisał w wydanej przez wydawnictwo Znak książce "Łowca burz". Rozlicza się tam ze swoją pasją, młodością (otwarcie pisze o głupim ryzyku, jakie podejmował) i niechętnym mu środowiskiem łowców burz, których razi jego entuzjazm, lekkomyślność i... żyłka do robienia pieniędzy na takich filmach jak Joplin w stanie Missouri z maja 2011 r.:

 

Fragment książki "Łowca burz" (wyd. ZNAK):

"Na dzień przed moim egzaminem z analizy matematycznej zadzwonił Rick. - Coś się szykuje - powiedział. - Na jutro prognozują wyjątkowo gorącą, słoneczną i wilgotną pogodę. W dodatku wietrzną. - Gdzieś w Alei Tornad? - zapytałem. - Tak - odparł. - Dokładnie tutaj.

Następnego dnia na egzaminie z analizy matematycznej oddałem swoją pracę, zanim skończyłem rozwiązywać zadania. Kogo obchodziły pochodne i całki, kiedy tuż za drzwiami sali egzaminacyjnej zanosiło się na potencjalnie wielkie tornado? (...) Miało to być niezapomniane wydarzenie. Z pewnością było niezapomniane, i to dla całego stanu Oklahoma, a dla mnie w szczególności. Potworne tornado z 3 maja 1999 roku zmusiło mnie, żebym po raz pierwszy w życiu zadał sobie pytanie, dlaczego właściwie zajmuję się łowieniem burz.

- Włącz radio - powiedział Rick, spoglądając w górę na chmury przez boczne okno samochodu. - Na razie nie widzę, żeby działo się coś szczególnego. - Próbuje się zorganizować - powiedział mój przyjaciel Matt, który jednym okiem patrzył na drogę, prowadząc swój niewielki, przypominający dżipa samochód i kierując się na południowy zachód od Norman autostradą międzystanową numer 44. Drugim okiem śledził chmury. Nad pobliskimi wzgórzami zdążyła się już utworzyć duża jasnoszara superkomórka. - Wkrótce do tego dojdzie - dodał.

- Kierujcie się po prostu zdrowym rozsądkiem - radził podekscytowany prezenter wiadomości radiowych przez nasz samochodowy zestaw stereofoniczny, kiedy tak pędziliśmy przed siebie, a część nieba nad naszymi głowami pociemniała o mniej więcej siedem odcieni czerni. - Postarajcie się, żeby jak najwięcej ścian dzieliło was od otwartej przestrzeni.

Na długo zanim wyruszyliśmy z akademika - nasz zespół składał się tamtego dnia z Ricka, naszych dwóch kolegów z meteorologii Matta i Harolda oraz mnie - Storm Prediction Center wspomniało już, że tornado może wkrótce zejść w pobliżu jakiegoś gęsto zaludnionego ośrodka, takiego jak Oklahoma City, Norman czy Moore. O 11.15 przed południem SPC wydało komunikat o umiarkowanym zagrożeniu, ale niecałe cztery godziny później zmieniło go na wysokie zagrożenie. Komunikat o wysokim zagrożeniu jest wydawany tylko kilka razy w roku, bo, jak mówi samo SPC, jest on "zarezerwowany dla najbardziej ekstremalnych zjawisk o najmniejszej niepewności w prognozowaniu".

Do wszczęcia alarmu skłoniło meteorologów nasunięcie się nad Wielkie Równiny rozległej zatoki niżowej. Obszary niskiego ciśnienia przypominają gigantyczne zbiorniki ściągające otaczające powietrze. 3 maja gorące powietrze wpłynęło do obszaru niskiego ciśnienia z pustynnego południowego zachodu, podczas gdy wilgotne powietrze znad Zatoki Meksykańskiej popłynęło gwałtownie na północ. Następnie całe to ciepło i wilgoć zaczęły się szybko unosić do góry, skraplać i tworzyć gigantyczne superkomórki burzowe. Nad całym stanem. Mniej więcej w tym samym czasie kiedy Storm Prediction Center wydało poważne ostrzeżenie, Matt zjechał na bok. Ale ja nie zamierzałem szukać schronienia. Prawdę mówiąc, wysiadłem z samochodu na utwardzone pobocze autostrady i próbowałem ponaglić matkę naturę.

- No, dalej! Spójrz, jak wiruje! - wrzasnąłem do nikogo konkretnego, idąc w roztargnieniu wzdłuż pędzących samochodów. - Zrzuć je! Wiesz, że tego chcesz! - dodałem, co zabrzmiało tak, jakbym był raczej rozochoconym nastolatkiem na meczu zapaśniczym, a nie żadnym studentem meteorologii. - Natychmiast się ukryjcie! - ostrzegł spiker radiowy. Wtedy, niemal jak na komendę, utworzyło się jedno tornado i zaraz potem następne. Wiry były cienkie, białe i znajdowały się kilka kilometrów od nas. Niczym niepewne, gigantyczne odnóża pająka, dźgały zielone pola i wzgórza znajdujące się na obrzeżach Norman i sąsiedniego miasta Moore.

- To jest absolutnie niesamowite - powiedział Rick, który stał obok mnie. - Spójrzcie na te ssawki! - krzyknął Harold. Obok nas pędziły samochody.

Oba tornada wkrótce się rozwiały, ale to był dopiero początek. Dokładnie przed nami błyskawicznie utworzyła się szybko wirująca chmura stropowa. Trwało to zaledwie piętnaście minut. Chmury stropowe to te wybrzuszenia wywołane zwiększoną kondensacją pary wodnej, które tworzą się poniżej innych chmur i w pobliżu najsilniejszych wirujących wiatrów burzy unoszących się do góry. Są one często prekursorami tornad. W krótkim czasie utworzyło się szerokie tornado.

- Spójrzcie na tego potwora! Jest rozjuszony - powiedział Matt. Głos trochę mu zadrżał. - Idzie w naszą stronę? Matt mówił tak, jakby już dość zobaczył. Rick i Harold byli podnieceni. Ja dostawałem świra. - Musimy jechać - oznajmiłem i Matt najwyraźniej poczuł ulgę. A potem dodałem: - Ruszajmy za nim! To tyle na temat przemyślanego podejścia do tropienia tornad. Do głosu doszedł młodzieńczy entuzjazm. Miałem dziewiętnaście lat i pewnie mi się wydawało, że jestem nieśmiertelny. Chciałem gnać naprzód niczym kawaleria.

Podczas gdy my zajmowaliśmy się łowieniem burz w naszej okolicy, tornada schodziły w całej południowej części Alei Tornad. W podręcznikach do historii 3 maja 1999 roku zostanie odnotowany z powodu jednych z najbardziej niespotykanych w dziejach Stanów Zjednoczonych zjawisk meteorologicznych związanych z tornadami. Zanim burze osłabły, na obszarze obejmującym Oklahomę, Kansas i Teksas zeszło ponad siedemdziesiąt tornad. W sumie trąby powietrzne spowodowały szkody, których wartość przekroczyła miliard dolarów, i spustoszyły miasto Moore w Oklahomie. W wyniku tej apokaliptycznej pogody śmierć poniosło prawie pięćdziesiąt osób, a ponad osiemset zostało rannych. Zniszczenia powstałe w wyniku burz były tak poważne, że Federal Emergency Management Agency (Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego) i inne organizacje rządowe musiały się ponownie zastanowić, gdzie ludzie powinni szukać schronienia przed tak drastycznymi zjawiskami.

Ściskając kierownicę jak w imadle, Matt ścigał tornado po kolejnych polnych drogach Oklahomy. Spadł ulewny deszcz, a potem zobaczyliśmy na ziemi kawałki gradu wielkości śnieżek. Ponagliłem Matta, żeby kontynuował pościg. Jego samochodem zarzucało na błotnistych ścieżkach. - Liczne doniesienia o zniszczeniach! - trąbiło radio. Jednak gdy tylko tornado, które mieliśmy przed sobą, się rozwiało, naszym oczom ukazało się kolejne, w odległości zaledwie kilku kilometrów przed nami, i skierowało się w naszą stronę. Było grube, okropnie szare i posuwało się w naszym kierunku tak szybko, że zaczęło zasysać otaczające powietrze z potworną siłą. Opuszczany dach samochodu Matta zaczął drżeć i świstać. Wysokie, grube drzewa zginały się pod naporem wyjącego wiatru. Nie dało się już zapanować nad niewielkim dżipem Matta. Na drodze było coraz więcej wody. Zobaczyliśmy jakąś rodzinę kryjącą się w zakamarkach wiaduktu i uznaliśmy, że jeśli się do niej przyłączymy, będziemy mieli największe szanse uniknąć niebezpieczeństwa. Zaparkowaliśmy samochód i pobiegliśmy. Potem tornado ruszyło wprost na nas. Grube konary drzew trzaskały jak zapałki, tyle że wydawały dźwięki podobne do strzałów karabinowych przebijające się przez barytonowe wycie tornada. Wszędzie fruwało błoto. Zasysane przez tornado powietrze błyskawicznie przeciskało się przez każdą spoinę wiaduktu.

- O Boże! - jęknął Rick, gdy tornado się zbliżyło. Przyjrzałem się przyjacielowi i zobaczyłem na jego twarzy i w jego nieruchomym spojrzeniu prawdziwy strach. Zdałem sobie wtedy sprawę, że pościg przestał być zabawą. Przypływ adrenaliny i przeciążenie sensoryczne należały do przeszłości. W ślad za nimi pojawiło się przerażenie. Wiedziałem, że musimy się stamtąd wydostać. Jednak nie chciałem odchodzić. Strach, ale i dreszczyk emocji związany z tym, że znalazłem się tak blisko, całkowicie mną zawładnęły. Potem znów spojrzałem na Ricka i zobaczyłem w jego oczach łzy. - Uderzy w nas! - krzyknął, patrząc na ogromny klin, który był coraz bliżej. - O Boże!"

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację za granicą? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: