Boni: Mam czyste sumienie, ale są tacy, którzy cały czas nazywają mnie ubekiem

- W lęku o osoby bliskie podpisałem zobowiązanie o przestrzeganiu konstytucji, taką lojalkę i to jest wstydliwe w mojej biografii - mówił o mrocznym epizodzie z okresu działalności w podziemiu Michał Boni. B. minister administracji i cyfryzacji, który był gościem ?Wstępu do biografii? w TOK FM, przyznał, że choć ma czyste sumienie, to ciągle jeszcze ktoś go nazywa agentem, ubekiem.

Wspominając w TOK FM działalność podziemną związaną z pismem "Wola", Michał Boni wrócił do sprawy lojalki, którą podpisał w 1985 roku, a do podpisania której publicznie przyznał się w 2007 roku. Jak sam mówi, to wstydliwa część jego biografii.

- To był 1985 rok. Wracałem z wakacji i w mieszkaniu, w którym się zatrzymałem, pojawiła się milicja (SB). Nie chodziło im o mnie, poszukiwali punktu kolportażowego Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po wielogodzinnych przeszukaniach znaleźli książki, no i to stało się powodem szantażu. Grozili, że wszystkie osoby, które wtedy były tam ze mną, będą zatrzymane, w tym dziecko, które trafi do milicyjnej izby zatrzymań. I to spowodowało, że później w lęku o najbliższych, podpisałem takie zobowiązanie - jak to wtedy nazywano - o przestrzeganiu konstytucji, czyli lojalkę - wspominał Boni.

Trzeba było się przyznać, huknąć... I tak wszyscy wiedzieli

Polityk przyznał, że przez jakiś czas bardzo trudno mu było mu o tym mówić.

- Tak naprawdę po moim oświadczeniu w 2007 roku, moi byli przyjaciel z podziemia przypominali mi: - ale ty o tej lojalce przecież powiedziałeś na jakimś alkoholowym opłatku, który był tego samego roku. Oni wszyscy to wiedzieli. I tak przez dwa lata był spokój, dopiero w 1987 zaczęły się jakieś podchody ubeckie w moją stronę. Za każdym razem odmawiałem. Nie zgadzałem się, nie przyjmowałem oferty spotykania się. A oni mnie nachodzili na UW - wspominał były minister.

- Błędem pewnie było to, że jak była lista Macierewicza [lista domniemanych tajnych współpracowników UB/SB przygotowana na mocy ustawy lustracyjnej - red.], to ponieważ ja nie miałem świadomości, że jestem tajnym współpracownikiem - bo w swoim przekonaniu niczego złego nie zrobiłem poza tym podpisem - nie powiedziałem tego publicznie. By uciąć niejasności na temat mojej rzekomej współpracy w 2007 wydałem oświadczenie i wtedy zdecydowałem się opowiedzieć tę historię, którą i tak wszyscy już znali - opowiadał w TOK FM Michał Boni.

- Ja nikogo nie skrzywdziłem, na nikogo nie donosiłem. Mam czyste sumienie, ale są tacy, którzy w internecie cały czas nazywają mnie agentem, ubekiem. Muszę to z pokorą znosić. Być może trzeba było to mocno powiedzieć, huknąć... W końcu po latach to powiedziałem, a mało kto w Polsce to zrobił - podsumował polityk.

Michał Boni, "dwójka" na Mazowszu do Parlamentu Europejskiego z ramienia PO, gość audycji "Wstęp o biografii" Mikołaja Lizuta, który w czerwcu będzie obchodził 60. urodziny, rozpoczął działalność opozycyjną jeszcze jako student polonistyki. Później był jednym z organizatorów "Solidarności" na Uniwersytecie Warszawskim. W stanie wojennym brał udział w tworzeniu MKK Wola, Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego zrzeszającego około stu podziemnych komisji "Solidarności". MKK Wola zajmowało się głównie drukowaniem i kolportowaniem prasy podziemnej na terenie Warszawy i okolic. Później z przyjaciółmi ze studiów, m.in. Andrzejem Urbańskim i Maciejem Zalewskim, założyli pismo "Wola" skierowane do robotników.

W 1983 roku Boni został jego redaktorem naczelnym i prowadził je aż do września 1989 roku.

Więcej o: