Pamiętacie historię spadochroniarza, który cudem uniknął uderzenia przez meteoryt? To nie był meteoryt...

Anders Helstrup otwiera czaszę spadochronu. Chwilę później o włos mija go spadający z dużą prędkością kamień. No właśnie - kamień. Bo okazało się, że nie był to żaden meteoryt, ale kawałek skały, który zaplątał się w spadochron.

Lecący obok spadochroniarza kamień zarejestrowała kamera na kasku skoczka. Film zrobił furorę w internecie. "Jeszcze nikt nie znalazł się tak blisko spadającego meteoroidu!" - rozpisywały się media.

 

Tymczasem w sieci zaczęły pojawiać się głosy, że na filmie nie widać meteorytu, ale zwyczajny kamień, który wypadł z czaszy rozwijanego spadochronu. Emocje ostatecznie uspokoił serwis Slate.com , podając, że rzeczywiście na zamieszczonym w sieci wideo absolutnie nie ma niczego "pozaziemskiego".

Wykazała to szczegółowa analiza filmu. Na jego spowolnionej wersji wyraźnie widać, że w powietrzu obok Helstrupa znajdował się także drugi, mniejszy kawałek gruzu - pisze Slate. Gdyby to rzeczywiście był fragment meteorytu, nie mógłby znaleźć się tak blisko dużego odłamku, który widać na wideo chwilę później. Opór powietrza oddzieliłby je od siebie na odległość setek, a nawet tysięcy metrów.

Kamień prawdopodobnie znalazł się w powietrzu, bo zabrał go tam sam spadochroniarz. Nieświadomie - podczas zwijania spadochronu.

Chcesz na bieżąco dowiadywać się o najnowszych wydarzeniach? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE na Androida | Windows Phone | iOS

Więcej o: