Pięciuset skazanych na śmierć w Egipcie. "Farsa. Sędzia myślał, że zyska poklask"

W Egipcie na śmierć skazano ponad pięciuset członków zdelegalizowanego Bractwa Muzułmańskiego. - Sędzia w wewnętrznym entuzjazmie skazał tych ludzi na śmierć, myśląc, że zyska poklask. Nie wiedział, że trafi na czołówkę BBC i będzie wiadomością dnia - komentowała w Radiu TOK FM Patrycja Sasnal z PISM.

Wczoraj egipski sąd w zbiorowym procesie skazał na śmierć 529 członków Bractwa Muzułmańskiego. Dziś rusza proces kolejnych 682 osób.

"Ten proces to farsa"

- Ten proces jest farsą - komentowała w Radiu TOK FM Patrycja Sasnal z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Analityczka wyjaśniła, że w procesie nie formułowano indywidualnych oskarżeń. Wszystkie 529 osób sądzono za napad na posterunek policji i zamordowanie jednej osoby. - Pięćset osób zabiło jedną osobę - wskazywała na absurd sytuacji Sasnal.

Czy nie świadczy to o politycznym charakterze procesu członków zdelegalizowanego przecież Bractwa? - To nie jest tak, że marszałek Sisi wysłał rozkaz "skaż ich na śmierć" - tłumaczyła Sasnal, wskazując na "gorliwość" sędziego. - To najprawdopodobniej decyzja sędziego, wyraz jego woli, życzeń i obaw. On jest ofiarą dyktatorskiego systemu, który pozostał w Egipcie - podkreślała.

"Myślał, że zyska poklask"

Kiedy prezydentem Egiptu był jeszcze Muhammad Mursi, wielu tamtejszych sędziów czuło się zagrożonych przez Bractwo Muzułmańskie. Sam prezydent zabrał wiele prerogatyw władzy sądowniczej i przekazał sobie. - To jest pewnego rodzaju odwet. Ten sędzia w wewnętrznym entuzjazmie skazuje tych ludzi na śmierć, myśląc, że zyska poklask. Nie wiedział, że trafi na czołówkę BBC i będzie wiadomością dnia - tłumaczyła Sasnal.

Ogłoszenie tak ostrego wyroku przyszło sędziemu o tyle łatwo, że kara śmierci nie jest w Egipcie niczym wyjątkowym. Sasnal wskazywała, że rocznie skazuje się na nią ok. stu osób, choć w praktyce rzadko jest wykonywana.

Co więcej, w Egipcie roi się od więźniów politycznych. Tylko w ciągu ostatniego pół roku do aresztów trafiło 16 tys. ludzi. To nie tylko członkowie Bractwa Muzułmańskiego, ale też dziennikarze czy aktywiści prodemokratycznego, młodzieżowego Ruchu 6 Kwietnia.

"Państwo nie zostało zmienione. To po co rewolucja?"

Sasnal przekonywała, że nie jest to wynik osobistych decyzji stojącego za nowymi władzami Egiptu marszałka Sisiego. - To nie jest tak, że Abd al-Fattah as-Sisi rządzi twardą ręką, wystawiając monodram. Rządzi struktura autorytarnego państwa, które po prostu nie zostało zmienione - wyjaśniała analityczka.

Czym więc była niedawna egipska rewolucja? - dopytywał prowadzący audycję Jakub Janiszewski. - Dobre pytanie - zasępiła się Sasnal. - Jeśli przed rewolucją rządził mariaż wielkiego biznesu i struktur bezpieczeństwa z dodatkiem Mubaraka jako twarzy systemu, tak teraz odszedł Mubarak, ale reszta pozostała. Dopóki to się nie zmieni, nie będzie rewolty przeciw armii, prawdziwej nie będzie rewolucji - mówiła analityczka.

- Ale ta rewolucja się zbiera - zastrzegła Sasnal. W Egipcie niezbędne jest bowiem przeprowadzenie gruntownych reform gospodarczych. Nie da się ich jednak przeprowadzić bez sięgnięcia do kieszeni szarych obywateli. A to się im raczej nie spodoba i znów mogą wyjść na ulice. - Wówczas może nadejść kolejna rewolucja - skwitowała Sasnal.

Więcej o: