Maryla Rodowicz: Następca? Ja nie mam następcy!

- Przypuszczałam, że ludzie powiedzą, że Rodowicz zwariowała. Że wyszła goła. Że w tym wieku... A właśnie o to chodziło, że w tym wieku! - mówi o słynnym sylwestrowym występie Maryla Rodowicz. Rozmawiamy z nią m.in. o tym, jaki jest dzisiejszy show-biznes, i co to znaczy, że media schamiały.

- Błyskotliwa, bezpośrednia, zabawna. Zobaczysz, będziesz pod wrażeniem - zapowiedziała znajoma, kiedy zapytałam ją przed wywiadem, jaka jest Maryla Rodowicz. Nie przesadziła. Prawie trzy godziny rozmowy minęły niczym kwadrans. Wręcz pozostawiły niedosyt. I tak, muszę to przyznać - jestem pod wrażeniem.

Angelika Swoboda, Gazeta.pl: - Pani ostatni sylwestrowy koncert, ten kostium...

Maryla Rodowicz: Wie pani, operację biodra miałam wyznaczoną na 7 stycznia, a sylwester wiadomo, kiedy jest. Było coraz gorzej, musiałam dotrwać do koncertu, ale żaden lek nie był w stanie uśmierzyć bólu. Zgłosiłam się do Roberta Śmigielskiego, ordynatora kliniki Carolina. Powiedział, że zablokuje mi ból tak samo jak sportowcom, którzy muszą wystąpić, choć później czeka ich operacja. "Ale wie pani, że od operacji nie ucieknie" - ostrzegł. Wiedziałam, ale chodziło mi o to, żeby wyjść na scenę i dać dobry show. Dałam radę, mimo że megaobcasy, szalony kostium...

A po koncercie pojawiły się głosy: jak pani mogła coś takiego założyć...

- Uważam, że krytykowanie kolegów po fachu jest niefajne. Ja staram się tego publicznie nie robić. Mogę w domu przed telewizorem, ale publicznie nie. Każdy orze jak może. To jest po prostu bardzo trudny zawód. I mam szacunek do kolegów z branży. Czytałam komentarz Joanny Horodyńskiej, że to, co miałam na sobie, nie było modowe. Aż się zagotowałam! Jak stylistka, która się zajmuje modą, może oceniać kreacje estradowe? To jest inna działka. Scena to nie wybieg. To raczej rodzaj teatru, kreacja innej rzeczywistości związanej z muzyką.

To był ciężki koncert.

- Ależ skąd, dla mnie to była świetna zabawa! Plastikowy tors, biust goły, brzuch goły i do biustu przyczepione ozdoby: jak mi projektantka Ania Zeman pokazała ten projekt, byłam zachwycona! Chodziło o to, żeby być gołą i nie być gołą.

Nie mogłam się doczekać reakcji ludzi. Przypuszczałam oczywiście, że powiedzą, że Rodowicz zwariowała. Że wyszła goła. Że w tym wieku... A właśnie chodziło o to, że w tym wieku! Jakby w tym kostiumie wyszła jakaś młoda laska, toby nie było żadnego wow. Byłam odchudzona, plastik był świetnie odlany, pióra mnie jeszcze wyszczupliły. Wszyscy osłupieli! Nawet za kulisami któraś z prowadzących pytała Anię, czy Maryla ma też sztuczne nogi (śmiech).

Do tego koncertu zaprosiłam wielu muzyków, zależało mi na brzmieniu. Graliśmy utwory latynoskie, niecodzienne dla mnie. Hasło koncertu brzmiało "Karnawał w Rio". Kosztowne kostiumy, honoraria muzyków, krótko mówiąc, duże koszty, ale sylwester jest raz w roku. Całość była świetnie zaaranżowana, ale nikt tego nie słuchał. Nikt nie wie, co ja w ogóle śpiewałam, bo wszyscy tylko patrzyli, jak wyglądam. Wszyscy mówili tylko o piórach.

Teraz liczy się tylko to, jak się wygląda? Nie ma znaczenia, co się śpiewa?

- Ma znaczenie. Ale ten kostium tak skutecznie odwrócił uwagę od mojego występu, że nikt nie napisał potem, że to było dobrze zaaranżowane. Liczył się tylko kostium. To, że miałam pióra i byłam goła.

Nie żałuje pani tego występu?

- Miałam świadomość, że tak będzie, i właśnie o to mi chodziło, żeby występ był spektakularny. Wiedziałam, że za chwilę idę pod nóż i będę miała dłuższą przerwę. Tylko nie sądziłam, że ludzie wezmą to tak na serio. Dla mnie to był dobry żart.

Ile pani zagrała koncertów?

- W życiu? Ponad 6 tysięcy.

Co się zmienia?

- Z wiekiem staję się coraz bardziej profesjonalna. Im dłużej jestem na rynku, tym mam większe poczucie odpowiedzialności. Jak zaczynałam, to myślałam: wyjdę na scenę i dam radę. Teraz się przygotowuję bardzo starannie, publiczność więcej ode mnie wymaga. Poza tym więcej umiem i więcej wymagam od siebie. Nie wystarczy, że wyjdę i coś tam zamacham. Nie jestem debiutantką, która dostaje duży kredyt zaufania, nawet jak się pomyli. Nie mogę odpuścić.

A dzisiejszy show-biznes?

- Wszystko się zmieniło. Kiedy zaczynałam, był duży problem z aparaturą nagłaśniającą. Dziś możliwości techniczne są nieporównywalne. Jak zaczynałam, artystę angażowała estrada. Katowicka, wrocławska, poznańska itd. Zawsze na dwa tygodnie. Grało się dwa koncerty dziennie - o 17 i o 19, w niedużych salkach. Jak były dwie kolumny Dynacorda, po 100 watów na stronę, to było coś. Teraz jest po kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy watów.

No, może nie ma reżyserów estradowych, tu jest siermiężnie. Wizualizacje, kostiumy, tancerze - to koszty, które często się nie zwracają. Pamiętam, jak pojechałam z synem na koncert AC/DC do Belgradu kilka lat temu. Ile tam było pirotechniki! Wróciłam i mówię do mojego menedżera: "Bogdan, od jutra gramy z pirotechniką". Bogdan znalazł firmę, zagraliśmy letnią trasę, było dużo efektów, buchał ogień, paliła się podłoga. Ale jak mnie podliczył... Mówię: "Bogdan, prawie nic nie zarobiłam". A on na to: "No, ale chciałaś pirotechnikę!". I tak się skończyła moja przygoda z pirotechniką.

Doda robi takie koncerty. Lubi pani Dodę?

- Poznałyśmy się cztery lata temu, przed wspólnym koncertem sylwestrowym w Łodzi. Robiłyśmy próby muzyczne, razem wybierałyśmy repertuar, wymyślałyśmy kostiumy. Potem była u mnie ze dwa razy na kolacji... Lubię Dodę.

I uprzedzę pani pytanie o jej konflikt z Agnieszką Szulim. Nie wiemy i się pewnie nie dowiemy, co się działo w tej łazience. Ale pamiętam program, w którym Szulim rzucała w przechodniów wyciętą, kartonową Dodą. Złapał, nie złapał, "o, nie jesteś fanem". To było okrutne. Doda zrobiła sobie krzywdę. Spadła na plecy ze sceny, wylądowała w szpitalu. Nie można szydzić z nieszczęścia, z choroby. To oburzające i nieeleganckie. No, ale media tak schamiały... I to jest postępująca choroba. W tej chwili można jechać bezceremonialnie po każdym, i to tak wulgarnie, poniżej pasa.

Na panią też wulgarnie najeżdżają?

- Oczywiście, nie jestem nietykalna. Wkurza mnie to, w jaki sposób wybierają zdjęcia. Portale internetowe specjalnie dają takie, na których wyglądam okropnie. Paparazzi? Nie przeszkadzają mi. Rozumiem, że taką mają robotę, muszą swoje wystać na ulicy.

Prowokacje sprawiają pani przyjemność? Jest pani skandalistką?

- Zawsze lubiłam prowokacje, ale raczej na scenie, nie w życiu. Wychodziłam na scenę boso, w wianku, z gitarą, bez gitary, inscenizowałam swoje piosenki, starannie przygotowywałam kostiumy.

Nie uważa pani, że artyści dziś nie mają przebojów?

- Zawsze miałam szczęście do dobrych autorów i mam co zaśpiewać. Ale rynek muzyczny siada, spada sprzedaż płyt, rozgłośnie radiowe niechętnie grają polską muzykę. I jest, jak jest.

Na szczęście jest YouTube.

- Pojawiają się młodzi artyści, którzy się promują w internecie, i to z dobrym skutkiem. Internet to potęga.

Widzi pani swojego następcę?

- Następcę? Ja nie mam następcy. Trzeba sobie wyrąbać taką drogę jak ja przez 40 lat...

A jakiś młody artysta się pani podoba?

- Tak, oczywiście. Wielu. Podoba mi się Dawid Podsiadło. Ma ciekawą barwę wokalu i repertuar. Brodka, Mela Koteluk... Podoba mi się też Lemon. Dobrze kombinują.

Pojawiło się kilka zespołów grających pod nogę. Przykładem jest Enej. Parę razy miałam nieszczęście grać po nich. To jest dopiero wyzwanie. Oni tak rozpędzają publiczność. Tam nie ma zwolnienia. Wyjść po nich przy 40-tysięcznej widowni to strasznie trudne zadanie. No bo co ja zaśpiewam? "Niech żyje bal", "Wielka woda", "Łatwopalni"? Nagle, po takiej petardzie. Mój repertuar jest dość liryczny, refleksyjny, no ale trzeba się bronić.

Jak się pani udaje?

- Muszę wypruć flaki. Mam świetnych muzyków i bez przerwy robimy nowe aranże moich przebojów. Wczoraj oglądałam u syna koncert Stonesów sprzed roku. Oczywiście grali same stare hity. Tego oczekuje publiczność. Oglądam koncerty światowych gwiazd i patrzę, jak układają repertuar. Są pewne żelazne zasady. Można zagrać kilka nowych piosenek, ale potem hity muszą być.

Jak kiedyś wyglądały festiwale? Opole, Sopot?

- Być zaproszonym do Sopotu to kiedyś było coś. To był festiwal międzynarodowy, byli zagraniczni artyści. Wtedy wszystko płynęło wolniej, ludzie mieli więcej czasu. Do Opola na przykład jeździło się na tydzień, już od poniedziałku zaczynały się próby.

Dzisiaj zdarza się, że artyści przyjeżdżają w ostatniej chwili. Wchodzą na scenę i zaraz po koncercie wyjeżdżają, bo grają w innym mieście. Przez to umyka atmosfera przyjaźni, spotykania się.

Godzinę i miejsce naszej rozmowy ustaliłyśmy SMS-owo przed drugą w nocy. Pani w ogóle sypia?

- Sypiam, i to długo. Z powodu koncertów mam przewrócony rytm dnia. Późno się kładę, późno wstaję. Spotkania zawodowe ustawiam sobie zwykle po południu. Nie ma opcji, żebym wstała o siódmej. Zajęcia z rehabilitantem też mam po 12, za to on mnie potem dwie godziny dusi. Do tego siłownia... Muszę mieć formę olimpijską. Czeka mnie sporo plenerowych koncertów, które wymagają ogromnej energii.

Wyobraża sobie pani życie bez sceny?

- Był już zaplanowany mój pożegnalny koncert w Teatrze Wielkim. Na 9 grudnia w ubiegłym roku. Wszystko rozbiło się o finanse. Chciałam zagrać swoje piosenki z orkiestrą Polskiego Radia, koszty transmisji telewizyjnej nas przerosły. Widzi pani, nie mogę się pożegnać (śmiech).

Przekazałam swoje archiwum Bibliotece Narodowej. Teksty, nuty, notesy, płyty, zdjęcia. Dyrektor Biblioteki, pan Makowski, planuje w tym roku wystawę moich kostiumów. W listopadzie w ubiegłym roku ukazała się moja biografia "Wariatka tańczy" i udało się doprowadzić do wydania mojej antologii - w sumie 20 płyt od początku mojej kariery. Wkrótce ukaże się album "Maryla", a w nim wywiady z ludźmi, z którymi pracowałam, z muzykami, autorami, stylistkami, fanami. Do tego masa zdjęć, fragmenty wywiadów...

Taki album pożegnalny? Przecież nie ma pani następcy...

- No dobrze, ale Rolling Stonesi się żegnają już siedem lat. Grają pożegnalne trasy, w tym roku chyba zagrają kolejną. Syn Jędrek mi odpala świetne koncerty na dobrym sprzęcie. Przygotowuję się do sezonu i myślę o płycie.

Więcej o: