"Papież, który ma przeciąć wrzód na szczytach kościelnej władzy" - mija rok od wyboru papieża Franciszka

Przed rokiem w watykańskim totku nie uchodził za pewniaka. Pomimo że na poprzednim konklawe, po śmierci polskiego papieża, uplasował się zaraz za superpewniakiem, kardynałem-instytucją, Josephem Ratzingerem. Dzisiaj mija rok od wyboru kardynała Bergoglio na papieża - pisze prof. Arkadiusz Stempin.

Swój wybór rok temu kardynał Bergoglio zawdzięczał "programowemu" wystąpieniu, w którym szeroko rozwodził się o "ewangelicznym, ubogim Kościele". Ale kardynałowie nie do końca wiedzieli, kogo wybrali. Oprócz złożenia na jego barki podstawowego brzemienia ciążącego na każdym papieżu - głoszenia Prawdy Objawionej - obarczyli go dodatkowym zadaniem: wyplenieniem ze szczytów Kościoła wrzodu, będącego wyjątkowym splotem watykańsko-włoskiej kultury politycznej.

Kwitł on w kościelnej centrali pod różnymi nazwami: a to banku watykańskiego, a to koronek brukselskich na jedwabnych komżach, a to nieformalnych powiązań watykańskich frakcji z polityką włoską czy wreszcie monstrualnym wpływie sekretariatu stanu z jego szefem kardynałem Bertone.

"Buona sera"

Gdy nowy papież tradycyjnie po wyborze wyszedł na loggię bazyliki, by "ukazać się" tłumom, przywitał ich z szacunkiem, ale ku zdumieniu kardynałów bez katolickiego kodu i z pokorą: "Buona sera!". W ten sposób przywitał się ze wszystkimi, którzy pod kolumnadą Berniniego zadzierali głowy do góry: "dobrymi" i "złymi" katolikami, hetero- i homoseksualistami, niewierzącymi lub "wierzącymi inaczej".

W jednej chwili zlikwidował dystans, jaki hieratycznego namiestnika Chrystusa na ziemi dzielił od zwykłych ludzi. Zaledwie 50 lat temu Pius XII (1939-1958) nie ustawał w zabiegach, by wzmocnić swój autorytet i nadać sobie polor boskości, rzadko pokazując się nawet kardynałom. Im większy dystans, tym mocniejszy autorytet - brzmiało watykańskie równanie.

Franciszek postawił je na głowie. Dystans zamienił bliskością. Autorytet papieża oparł na bliskości z ludźmi. To dlatego dzwoni do nich, nagrywa się na sekretarkę, a jak większość ludzi mieszka w małym mieszkanku. To nie tylko zmiana stylu głowy Kościoła. Jego emocjonalność, wrażliwość na bliźnich musi być przecież inna, jeśli sam w ręku nosi swoją teczkę, niż gdyby nosił ją za nim prałat w jedwabnej sutannie, za każdym razem otwierając przed nim drzwi do służbowego mercedesa.

"Franciszek otwiera Kościół. Bynajmniej nie dla neofitów"

Papież jest blisko ludzi, ale nie jest wygodny dla przywykłej do tradycji hierarchii. Szczególnie watykańskiej. Przebudowę administracyjnej centrali Kościoła, która obrosła w piórka, przeprowadza powoli, z rozmysłem, polityczną większość budując w oparciu o biskupich sojuszników spoza Rzymu. Z pełną świadomością, że zamierzenie jest rozłożone w czasie. To, co może, forsuje z marszu. Choćby zmianę kodeksu karnego dla państwa watykańskiego, penalizującego seks z nieletnimi.

Największe wyzwanie Franciszka to nie reforma Rzymskiej Kurii, a głoszenie Prawdy Objawionej każdemu człowiekowi, niezależnie od sytuacji, w jakiej ten się znalazł, także rozwiedzionemu, gejowi, lesbijce. Nikogo z Kościoła nie wyklucza. A na pomoc w tym przedsięwzięciu wzywa samych katolików. Jak podczas światowych Dni Młodzieży w Rio de Janerio; "Róbcie zamieszanie w Kościele! Na ulicach, w diecezjach, przeciwko klerykalizmowi i wygodnictwu w Kościele".

Kto nie dosłyszał wezwania w Rio, mógł go przeczytać w adhortacji "Evangelii Gaudium": Idźcie na ulice, pobrudźcie się, zdrapcie fałszywy lakier z Kościoła. A jeśli nabijecie sobie przy tym guza, też będzie dobrze - brzmi przesłanie papieża. Kościół nie jest przeciwieństwem świata, tylko jego organiczną częścią. Franciszek szeroko otwiera drzwi kościoła. Bynajmniej nie dla rzesz neofitów. Dla samego Kościoła, by ten mógł się przewietrzyć.

Więcej o: