"Mam szczęście. Koleżanka kazała uczniowi zmienić buty, a rodzic poinformował RPD". Wywiadówka oczami nauczycielki

Historia tego tekstu zaczyna się w chwili, gdy jedna z naszych redaktorek poszła na pierwsze zebranie w życiu - do córki do przedszkola. "Trwało dwie godziny, a wszystkie informacje można było przekazać w kwadrans!", "rodzice wdawali się w idiotyczne dyskusje, nauczycielka nie potrafiła ich przerwać", "najbardziej gorący temat? Drobne słodycze rozdane dzieciom. Absurd" - opowiadała potem.

Czy takie zebrania i szkolne wywiadówki w dobie maili i e-dzienników mają jeszcze sens? Czy ktoś uczy nauczycieli, jak je prowadzić? Czy rodzice są w stanie działać konstruktywnie? Te pytania zadaję Anecie* - nauczycielce języka polskiego z renomowanego warszawskiego gimnazjum.

Wystarczy porozmawiać z osobami, które mają dzieci w wieku szkolnym i zawsze usłyszy się kilka historii o rodzicach, którzy potrafią krzyczeć na nauczycieli, obrażać ich. Rzeczywiście jest tak źle?

- Problem pojawia się, kiedy rodzice absolutnie nie zgadzają się z tym, co słyszą o swoim dziecku. Mają kompletnie inny wizerunek syna czy córki. Nie chcą rozmawiać, z góry negują wszystko, co powie nauczyciel. Zdarza się, że grożą prawnikiem i procesem o zniesławienie! Grożą poinformowaniem rzecznika praw dziecka i kuratorium. Np. nauczycielka każe uczniowi zmieniać buty, więc rodzic posądza ją o zamach na godność osobistą i przestrzeń intymną dziecka. I w tej właśnie sprawie ostatecznie było pismo do rzecznika.

Nieraz nauczyciele czują się tak niekomfortowo w konfrontacji z rodzicami, że wręcz proszą o obecność mediatora, np. psychologa na spotkaniach. Cieszę się, że u mnie do tego typu ekstremalnych sytuacji nigdy nie dochodziło, ale dobrze je znam z opowieści koleżanek, nawet z tej samej szkoły.

Jak wygląda typowa wywiadówka w pani klasie?

- Jest pewien schemat: zaczynamy ok. 17.30 od spraw ogólnych - przypomnienia harmonogramu na najbliższy czas, planów, wycieczek, kolejnych zebrań. Jeśli są jakieś konkursy, to mówię o wynikach, chętnie dzielę się informacjami o sukcesach uczniów. To część wstępna, po której niektórym wychowawcom udaje się zakończyć i rodzice mogą już iść na indywidualne konsultacje do innych nauczycieli.

Ja mam tym razem wyjątkowo problemową klasę, więc rzeczywiście teraz wywiadówki wyglądają u mnie inaczej. Zawsze wychodzą jakieś problemy i rodzice wspólnie ze mną próbują znaleźć jakieś rozwiązania. A to może trwać naprawdę długo.

Co budzi najwięcej emocji?

- Powracający problem to oceny i - zdaniem rodziców - zbyt wysokie wymagania nauczycieli. Wystarczy, że ktoś podejmie temat zbyt dużej liczby sprawdzianów albo ich zbyt wysokiego poziomu i wiadomo, że od razu wszyscy rodzice chętnie włączą się do dyskusji. Oczywiście później słyszę te ciche głosy, że to jednak dobrze, a problem podnoszą głównie rodzice dzieci, które się nie uczą.

Czasem problemem jest też relacja klasy z konkretnym nauczycielem. Jeśli rodzice uważają, że jest zbyt wymagający, to zaczynają się dyskusje dotyczące zmiany. Skrzykują się, że będą pisać pismo do dyrekcji, żeby go odwołać. Później oczywiście do tego nie dochodzi, bo nagle się okazuje, że jednak wszyscy są zadowoleni. Ale sporo szumu jest. A teraz w klasie mam dodatkowo wiele innych trudności.

To inne problemy, niż zwykle spotykane w klasach gimnazjalnych?

- Szkoła jest dość specyficzna, publiczna, ale z dobrą opinią. Wydawałoby się, że przychodzą tu dzieci zdolne, bardzo dobrze wychowane, z dobrych domów. Natomiast moja klasa wyjątkowo tych norm nie spełnia. A nie są to dzieci, które trafiły do nas z rejonu, bo to klasa dwujęzyczna, do której obowiązują egzaminy. Zapewne na tle całego kraju nie są to ogromne problemy wychowawcze i są miejsca, gdzie jest dużo gorzej. Ale mamy do czynienia z takimi sytuacjami, jakie wcześniej się u nas nie zdarzały.

To coś poważnego?

- Mam wrażenie, że te dzieciaki przyszły zupełnie nieprzystosowane do warunków szkolnych, nie wiedziały, jak się zachować. Głośno mówiły, śmiały się, krzyczały, jadły, rozlewały napoje na lekcjach, wdawały się w dyskusje z nauczycielami zupełnie nie na miejscu. Nie mówiąc już o takich podstawowych sprawach, jak mówienie dzień dobry, dziękuję, czy do widzenia. To chyba zupełnie wykraczało poza ich wcześniejsze doświadczenia z pobytu w szkole. I od początku wspólnie z rodzicami próbowaliśmy ten problem rozwiązać.

Jak reagowali na te uwagi? Jeśli gimnazjalista nie wie, że należy używać takich zwrotów jak dzień dobry czy do widzenia, to kompletna porażka rodziców. A taka świadomość na pewno nie jest dla nich miła...

- Mam taką naturę, że nigdy nie wdaję się w konflikty z rodzicami, wiec ich reakcje nigdy nie były bardzo ostre czy agresywne. Na razie rodzice starali się przyjąć uwagi, choć myślę, że nie do końca rozumieli, o co mi chodzi. Nawet są chętni do pomocy, choć uważają, że powinni nam pomagać w wychowywaniu dzieci. A to błąd.

Dlaczego?

- Bo to rodzice wychowują dzieci, a rolą szkoły jest uczyć i wspomagać ich w wychowaniu. A rodzice mają taką wizję, że ponieważ są w pracy całymi dniami, to od wychowywania jest szkoła. To jest niemożliwe, bo w dzisiejszych czasach jako nauczyciele nie mamy właściwe żadnego autorytetu. Jeśli nauczyciel nie ma charyzmy, to dzieci mogą bez żadnych konsekwencji po prostu go nie słuchać.

A jak do nauczycieli odnoszą się rodzice? Też kwestionują ich autorytet?

- Teraz mam do czynienia z rodzicami, jak ich nazywam, korporacyjnymi. Mechanizmy kontaktów z ludźmi wyniesione z pracy, najczęściej z dużych korporacji, przenoszą na inne relacje społeczne. Dlatego dzieci są wychowywane w taki sposób, że mają być najlepsze i dążyć do swoich celów, niekoniecznie licząc się z innymi.

Mają dbać przede wszystkim o zewnętrzny wizerunek, ale jakimi metodami, to już zupełnie nieistotne. I ci rodzice zupełnie nie rozumieją problemu ściągania czy nagrywania lekcji telefonami. Ale też np. niepodawania sobie lekcji przez dzieci, bo już w mojej klasie się ten problem pojawił. Oni uważają, że to norma, bo każdy dba o siebie.

I jak udało się ten problem rozwiązać?

- W ogóle się nie udało! Mam w klasie kilku rodziców, takich społeczników, którzy myślą inaczej, ale to nie oznacza, że uda się przełamać podejście innych. Ci rodzice próbowali robić różne rzeczy, żeby zintegrować nawet nie dzieci, ale właśnie rodziców. Bo relacje między rodzicami przekładają się na relacje między dziećmi. Widać, że jeśli rodzice są skonfliktowani, to dzieci też się nie spotykają. Zresztą rodzice wchodzą w te konflikty bardzo otwarcie. I liczą na to, że ja jako wychowawca ten konflikt rozwiążę. A to przecież są dorośli ludzie!

Wychodzi na to, że ci dorośli ludzie potrafią się zachowywać zupełnie jak dzieci.

- Czasem mam wrażenie, że przyjmują te same role, jakie przyjmowali w szkole. Nieraz nawet żartuję z tego, jak przychodzę na zebranie i widzę, że wszyscy tłoczą się z tyłu. Mówię im, że to taki syndrom ostatniej ławki. To im zostaje ze szkoły. Poza tym dorośli ludzie, kiedy usiądą w ławkach, zaczynają między sobą szeptać - też zupełnie jak uczniowie. Czasem trzeba ich uciszać i przywoływać do porządku. Na szczęście sami potrafią się z tego śmiać, kiedy im zwracam na to uwagę.

Myślę, że rodzice zachowują się podobnie jak kiedyś, gdy byli uczniami. Ci aktywni pewnie byli typami klasowych przywódców, rozgadanymi dzieciakami. A dawne szare myszki to dziś ci, którzy siedzą, robią notatki, a więcej mówią dopiero przy rozmowie w cztery oczy. Widać też podobieństwa w postawach dzieci i rodziców. Rodzice sympatyczni, spokojni i pomocni zwykle mają dzieci, które zachowują się podobnie.

U nas wszystkie zmiany, jakie udało się wprowadzić w klasie, musiały być najpierw wdrożone wśród rodziców. Najpierw musiałam przekonać ich, a później mogłam pracować z dziećmi. I m.in. dlatego wywiadówki są potrzebne.

Kiedyś na wywiadówki rodzice chodzili przede wszystkim po to, żeby być na bieżąco z ocenami dziecka. Teraz są e-dzienniki, większość nauczycieli ma z rodzicami kontakt mailowy, podają swój numer telefonu. Może comiesięczne zebrania w takiej sytuacji jednak nie są niezbędne?

- Komunikacja wirtualna nigdy nie zastąpi rozmowy. Inaczej przebiega spotkanie twarzą w twarz, a inaczej rozmowa telefoniczna, czy maile. Jako wychowawca nie wyobrażam sobie czegoś takiego. Wystarczy, że dzieciaki mają głównie wirtualne kontakty, że w ogóle coraz częściej ludzie żyją w wirtualnym świecie.

* imię zostało zmienione

Uważacie, że wywiadówki są potrzebne? A może to strata czasu i dla nauczycieli, i dla rodziców? Jakie są Wasze doświadczenia? Napiszcie do autorki: anna.pawlowska@agora.pl

Więcej o: