Alkoholik 14 lat później. Staszek, ksiądz: "Chciałem pokazać parafianom, że piję jak każdy"

Staszek: "Wychowywano mnie w duchu bezwzględnego posłuszeństwa. Tymczasem po alkoholu czułem się wolny, on oswobadzał mnie z pęt zakazów, którymi byłem skrępowany. Pijąc w domach parafian, tłumaczyłem sobie: "Ksiądz nie powinien krępować i onieśmielać ludzi, więc dobrze będzie pokazać, że piję tak jak każdy normalny człowiek".

W ramach cyklu "Alkopolacy" prezentujemy fragmenty książki Wojciecha Maziarskiego "Jak feniks z butelki". To rozmowy z alkoholikami prowadzone 14 lat temu i współcześnie. Jak w ciągu tych kilkunastu lat potoczyły się losy bohaterów książki dziennikarza? Co się w ich życiu zmieniło? Czy udało im się nie powrócić do picia?

Dziś publikujemy historię Staszka, księdza. Jest to trzecia odsłona fragmentów książki. W pierwszej przedstawiliśmy historię Elżbiety [ PRZECZYTAJ >>> ], w drugiej fragmenty opowieści aktora Sławka [ PRZECZYTAJ >>> ].

Wojciech Maziarski: Czy pamiętasz moment, gdy alkohol po raz pierwszy pojawił się w twoim życiu?

Staszek: Znam nawet dokładną datę. To było w dniu moich osiemnastych urodzin, które przypadły w 1964 roku. Miałem odłożone sto złotych, które dałem kolegom z liceum, prosząc, by kupili za to jedno dobre wino.

Wydawało mi się, że wypicie alkoholu będzie dobrym sposobem uczczenia faktu, że wkraczam w wiek dorosły. Było nas czterech, zebraliśmy się w domu babci jednego z nas. Tu spotkała mnie niespodzianka: zamiast jednego dobrego wina były cztery patykiem pisane i wafelki. Trochę mnie to rozczarowało, ale jednocześnie byłem ciekawy, jak też to będzie, kiedy się napiję wina.

We czwórkę wypiliśmy dwie butelki i dwóch kolegów zrezygnowało z dalszego picia. Już we dwójkę wypiliśmy trzecie. Bardzo to później odchorowałem. Czułem się tak fatalnie, że na długie lata nabrałem wstrętu do wina i nie brałem go do ust.

Pamiętam jednak, że zanim poczułem się źle, najpierw zrobiłem się niesłychanie odważny. Śmiało wracałem w tym stanie do liceum...

To było w czasie lekcji?

- Nie, byliśmy już po lekcjach, ale nasze torby zostały w klasie. Wróciliśmy po nie, a później ja poszedłem na przystanek autobusowy, żeby pojechać do domu. Mieszkałem z rodzicami we wsi oddalonej o siedem kilometrów.

Byłem ministrantem i akurat tego dnia miałem iść na drogę krzyżową. Z powodu picia spóźniłem się i nie poszedłem do kościoła. Rodzicom powiedziałem, że nie mogłem wrócić wcześniej, bo przeciągnął się kurs na prawo jazdy. To był chyba pierwszy przypadek, gdy ich świadomie okłamałem.

Rozumiem, że szczerość i prawdomówność jest dla ciebie ważną wartością. Wyniosłeś to z domu?

- Tak, w naszej rodzinie to było bardzo ważne. Byliśmy tradycyjną polską, wiejską i katolicką rodziną. To, że mógłbym okłamywać rodziców, nie mieściło się w głowie nikomu z nas. W tym modelu rodziny autorytet rodziców jest niepodważalny, a normy uczciwości są bardzo rygorystycznie przestrzegane. Gdybym bez pytania o pozwolenie podniósł z ziemi jabłko, które spadło z drzewa sąsiadów, byłoby to uważane za grzech.

Nietypowe w naszej rodzinie było tylko to, że mój ojciec nie wychowywał się w domu swoich naturalnych rodziców, bo jego mama, a moja babcia, zmarła tuż po urodzeniu go. Dorastał więc pod opieką wujka i jego żony.

Traktował ich jak naturalnych rodziców, a moja mama - jak teściów. W naszym domu to oni właśnie decydowali o wszystkim, dysponowali majątkiem, pieniędzmi itd. Pominąwszy więc odmienność, o której wspomniałem, była to typowa trójpokoleniowa rodzina żyjąca w jednym domu. Początkowo żyliśmy tylko z uprawy roli, potem - gdy pojawiła się taka możliwość - ojciec zaczął też pracować "na państwowym", przy odwiertach geodezyjnych.

Czy ktoś w domu nadużywał alkoholu? Czy pamiętasz z dzieciństwa widok pijanych ludzi?

- Alkohol pojawiał się u nas zawsze w czasie świąt, uroczystości, wizyt gości. Raz pamiętam, jak ojciec upił się w czasie jakiejś majówki. Poza tym zdarzało się mu wypić w dniach wypłat pensji i zaliczek.

W połowie i ostatniego dnia każdego miesiąca mama zawsze obawiała się, czy tata wróci z pracy na czas. W sumie jednak nie mieliśmy z tego powodu jakichś większych problemów.

Jak ci szło w szkole?

- Znakomicie. Zawsze byłem wyróżniającym się uczniem i dostawałem nagrody. Nieco gorzej radziłem sobie tylko na lekcjach wuefu i zajęciach plastycznych.

Jakie miałeś kontakty z kolegami?

- Też dobre, byłem dzieckiem towarzyskim i otwartym. Najbliższym moim przyjacielem w klasie był syn naszych sąsiadów. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci i trudno mi się było z nim rozstać, gdy skończyliśmy podstawówkę. On poszedł do szkoły zawodowej, a ja do liceum ogólnokształcącego.

To wyczerpujący okres w moim życiu. Do szkoły musiałem dojeżdżać autobusem PKS-u o szóstej, więc wstawałem bardzo wcześnie - około piątej. Wracałem późnym popołudniem...

Jak się odnalazłeś w nowym środowisku?

- Nigdy nie miałem problemów z aklimatyzowaniem się w zmienionych warunkach. Wtedy też nie. Gładko wszedłem w nowe środowisko i dostosowałem się do norm w nim obowiązujących. Pamiętam, że popalałem papierosy, bo chciałem uchodzić za "równego kumpla", który pali tak jak inni.

Paliłeś po to, żeby być akceptowanym?

- Tak... Wiesz co? Przypomniało mi się, że jednak tamto kłamstwo powiedziane rodzicom nie było pierwsze. Wcześniej już kłamałem, gdy mnie pytali o palenie: powiedziałem im, że nie palę, choć od dziesiątej klasy paliłem dość intensywnie.

Ale nie piłeś, prawda? O ile dobrze zrozumiałem, po pierwszej próbie nie poszły następne, czy tak?

- Tak, potem przez długi czas nie brałem alkoholu do ust - a zwłaszcza wina, które znienawidziłem i po które sięgnąłem ponownie dopiero trzy lata później, już w czasie służby wojskowej.

Czy chodząc do liceum, miałeś już jakieś wyobrażenia o tym, co będziesz robił w życiu?

- O tym, że będę księdzem, wiedziałem już, zanim poszedłem do podstawówki. Wszystkim o tym mówiłem, w szkole miałem nawet z tego powodu kłopoty z niektórymi nauczycielami.

Skąd taki wybór?

- Mama od najwcześniejszych lat przygotowywała mnie do tego, a poza tym sam czułem takie powołanie. Miałem to chyba w genach. Zawsze bardzo lubiłem wszelkie obrzędy w Kościele rzymskokatolickim. Proboszcz z naszej wsi pięknie mówił i śpiewał. Tak mi się to podobało, że jako kilkuletni brzdąc zakładałem w domu spódnicę babci jako sutannę i fartuch zamiast ornatu, wchodziłem na taboret i "wygłaszałem kazania".

Czyli w liceum miałeś już pełną jasność, że będziesz księdzem. To były lata sześćdziesiąte, a więc okres niesprzyjający takiemu wyborowi drogi życiowej.

- W ostatniej klasie liceum na pytanie, co będę robił po maturze, odpowiedziałem, że znajdę jakąś pracę. Zataiłem fakt, że chcę iść do seminarium, żeby nie mieć kłopotu ze zdaniem matury. Konkretnie, bałem się pani od polskiego, która wiedziała o tym, że chcę być kapłanem, i zapowiedziała, że zrobi wszystko, żebym nie zdał.

Gdy tylko dostałem do ręki świadectwo, od razu pojechałem do seminarium i po egzaminach zostałem przyjęty.

Jak ci tam było?

- Super! Spełniały się marzenia mojego życia. Ani z nauką, ani z aklimatyzacją w nowym środowisku nie miałem żadnych problemów.

Mówiłeś jednak, że byłeś w wojsku. Wtedy kleryków powoływano do służby?

- Do 1964 roku nie powoływano, ale właśnie wtedy zaostrzyły się stosunki między państwem a Kościołem. Władze państwowe chciały przeprowadzać wizytacje seminariów, a władze kościelne nie chciały się zgodzić na ich inwigilowanie.

W 1965 roku po raz pierwszy powołano więc do wojska studentów z seminariów w tych diecezjach, których biskupi wyrażali najgłośniejszy sprzeciw wobec żądań państwa. Potem do wojska szli już wszyscy klerycy. Ja znalazłem się w tej pierwszej grupie wziętych "wybiórczo".

Zanim wręczono mi kartę powołania, odwiedził mnie w domu rodziców funkcjonariusz SB. Oferował mi taki układ: ja załatwię, że nie pójdzie pan do wojska, a w zamian za to pan będzie nam opowiadać, co się dzieje w seminarium. Odmówiłem i na początku drugiego roku studiów na dwa lata trafiłem do jednostki wojskowej.

Na szczęście kleryków skoszarowano razem, więc byliśmy w swoim środowisku. To pomogło nam przetrwać. Dyscyplina wojskowa była dla nas szokiem - mówiliśmy nawet, że "wojsko to kupa wariatów jednakowo ubranych", ale w sumie koledzy z innych pododdziałów lubili nas. Nie było wśród nas przypadków kradzieży czy samowolnych oddaleń.

Gdy ktoś potrzebował żołnierzy do jakichś prac poza jednostką, np. w klubie garnizonowym, zawsze prosił, żeby mu przysłać kleryków.

Z tego, co opowiadasz, wyłania się obraz osoby realizującej swoje powołanie i człowieka o harmonijnej duchowości. Nie bardzo widzę miejsca dla alkoholu w twoim życiu.

- Istotnie, w tamtym okresie nie piłem alkoholu regularnie. Pojawiał się od okazji do okazji, zwłaszcza bezpośrednio przed i bezpośrednio po maturze. Jednak gdy dziś, z perspektywy wielu lat, patrzę na siebie takiego, jaki wówczas byłem, dostrzegam miejsce dla alkoholu i uświadamiam sobie, co mi dawał: czułem się po nim wolny, oswobadzał mnie z pęt zakazów, którymi byłem skrępowany.

To były takie czasy, że młodym ludziom nie wolno było robić wielu rzeczy. Między innymi pić czy palić. A ja, pijąc i paląc, buntowałem się i byłem wolny.

Ten duch epoki był chyba szczególnie silnie wyczuwalny w twojej rodzinie, gdzie rygorystycznie obowiązywał szacunek dla autorytetu rodziców.

- Tak, obowiązywało mnie bezwzględne posłuszeństwo. Nie do pomyślenia było, bym np. nie wrócił do domu o ustalonej godzinie (...). Nigdy nie zadawałem rodzicom pytania: "A dlaczego?".

Teraz już się przyzwyczaiłem do faktu, że młodzi ludzie stawiają rodzicom takie pytania, ale kiedyś wydawało mi się to niepojęte - jak dziecko może pytać: "A dlaczego?", gdy matka wydaje mu jakieś polecenie. U mnie w domu było oczywiste, że jeśli mama czy tata coś nakazują, to ja to mam bez dyskusji wykonać.

A potem trafiłeś do seminarium, gdzie także byłeś poddany dyscyplinie większej niż np. koledzy ze studiów świeckich.

- Tak, ale to ograniczenie swobody zaowocowało m.in. tym, że w latach studiów nie piłem alkoholu. Mój alkoholizm ujawnił się dopiero w czasie, gdy już byłem kapłanem.

Czy wtedy miałeś świadomość, co alkohol ci daje, czy też po prostu "dobrze się po nim czułeś", nie uświadamiając sobie do końca, co to oznacza?

- Myślę, że nie miałem świadomości, dlaczego i po co go piję. Alkohol pojawiał się na stołach w czasie różnych uroczystości w domach, które odwiedzałem, i nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jakie funkcje spełnia i co komu daje. Wydawało mi się, że tak po prostu jest świat urządzony, że ludzie piją.

Gdy mnie zapraszano na jakieś ceremonie czy święta, piłem z domownikami, bo chciałem być przez nich akceptowany. Wiadomo: "kto nie wypije, tego we dwa kije".

Kiedy odkryłeś, że alkohol w czymś ci pomaga, że po wypiciu łatwiej ci funkcjonować?

- Nie wiem, czy w ogóle dokonałem takiego odkrycia. Raczej zauważyłem, że piję inaczej. Gdy byłem wikarym w parafii w latach 1971-1972, odwiedzałem z proboszczem rodziny w ich domach, np. w czasie kolędy czy innych okazji, i zawsze częstowano nas alkoholem. Ksiądz proboszcz wypijał tylko jeden czy dwa kieliszki, a ja znacznie więcej.

Tłumaczyłem to sobie tak: "Ksiądz nie powinien krępować i onieśmielać ludzi, więc dobrze będzie pokazać, że piję tak jak każdy normalny człowiek".

Rozumiem, że przez lata nie utrudniało ci to życia i nie przeszkadzało w pracy duszpasterskiej. Jak długo to trwało?

- Wiesz co? Teraz sobie uświadomiłem, że pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już w 1972 roku. To było w czasie rekolekcji wielkopostnych. Pojechałem do znajomych, od których wróciłem do domu na motorze dopiero około drugiej w nocy. Wypiłem tam tylko troszeczkę. Rekolekcjonista powiedział jednak o tym księdzu biskupowi, który wezwał mnie na rozmowę. W jej trakcie powiedziałem, że nie widzę żadnego problemu, w końcu jestem dorosłym człowiekiem i tylko wypiłem kieliszek.

Potem rzeczywiście przez lata nie działo się nic takiego, co by mnie zmusiło do zastanowienia się nad rolą, jaką alkohol pełni w moim życiu. Byłem zapraszany do różnych domów, gdzie częstowano mnie alkoholem, piłem go - i wydawało mi się, że normalnie funkcjonuję. Nawet nie uświadamiałem sobie faktu, że pod koniec wybierałem już tylko zaproszenia do takich domów, gdzie spodziewałem się być poczęstowany alkoholem. Tak to trwało do 1979 roku.

Znajomi zaprosili mnie wtedy na rocznicę swojego ślubu. Piliśmy do późnej nocy, w mieszkaniu było głośno, sąsiedzi wezwali policję. Gdy przyszli funkcjonariusze, zacząłem się im stawiać, a oni chcieli mnie zabrać do izby wytrzeźwień. Zamknąłem się w łazience, ale oni spisali moje dane i skierowali sprawę o zakłócanie porządku publicznego do kolegium.

Ten incydent sprawił, że zwierzchnicy zwrócili uwagę na moje picie i zaczęli mi się przyglądać. Zacząłem mieć opinię tego, który lubi sobie wypić, ale długo jeszcze udawało mi się zachować pozory, że wszystko jest w porządku. Dopiero w 1981 roku ksiądz biskup napisał mi pismo, w którym zalecił mi udanie się do poradni odwykowej i "zażywanie lekarstw". Chyba miał na myśli antikol.

Odpisałem księdzu biskupowi, że nie ma takiej potrzeby, i nakłoniłem proboszcza i kilku kolegów, żeby mnie poparli. Zebrałem ich podpisy i sprawa przyschła.

Skłamałeś czy rzeczywiście wierzyłeś w to, że nie masz problemu z alkoholem?

- Naprawdę byłem przekonany, że nie mam problemu. "Przecież każdemu zdarza się czasem więcej wypić, księdzu też może się zdarzyć" - myślałem (...).

Co piłeś?

- Alkohole wysokoprocentowe, głównie wódkę.

Piłeś sam czy w towarzystwie?

- W tamtych czasach jeszcze w towarzystwie. Samotne picie zaczęło się dopiero w 1987 r., gdy zacząłem samodzielną pracę w parafii. Poznałem tam rodzinę, do której niemal codziennie wieczorem przyjeżdżałem i piłem. Zaczęły się ciągi. W drugiej połowie 1991 r. właściwie bez przerwy byłem na rauszu, a dwukrotnie po prostu do niczego się nie nadawałem.

A jak to godziłeś z pracą duszpasterską?

- Przeżywałem wielki konflikt wewnętrzny, bo gdzieś tak od 1989 roku w pełni już zdawałem sobie sprawę z faktu, że nie potrafię kontrolować picia (...). Przeciętnie wypijałem pół litra dziennie.

Wspominanie faktów z tego okresu jest dla mnie bardzo bolesne. Po pijanemu szedłem do ołtarza, film mi się urywał, budziłem się w sytuacji jednoznacznie wskazującej, że nie dotrzymałem celibatu...

Wyrzuty sumienia po prostu zapijałem i wmawiałem sobie, że nie muszę się specjalnie przejmować, bo nie jestem w tym odosobniony. Nawet nie wiem, skąd wytrzasnąłem przekonanie, że inni też tak robią. Nie znałem żadnych faktów, które by to potwierdzały - ale ja chciałem w to wierzyć.

Nawet gdy zdarzało mi się myśleć o tym, że zmienię swoje życie i poprawię się - odsuwałem to w bliżej nieokreśloną przyszłość. Wydawało mi się, że kiedyś prawdopodobnie przestanę pić, ale jak i kiedy - tego nie wiedziałem. Zdarzało się, że wracałem skądś do domu i myślałem: "Dzięki Bogu nie kupiłem alkoholu, od dziś nie piję". Ale po drodze dochodziłem do wniosku, że dzisiaj to wódka jeszcze by mi się przydała, bo bez niej ręce będą mi się trząść, będę się pocił, nie zasnę. Wchodziłem więc do sklepu po jedną butelkę. Zamiast jednej kupowałem jednak kilka, żeby na jutro nie zabrakło. I tak w kółko.

Domyślam się, co było dalej: w pewnym momencie zapewne okazało się, że dalej nie możesz tak żyć.

- Sprawa zadecydowała się poza mną. Pomogli mi moi parafianie, którzy widzieli, co się ze mną dzieje. Nie można było na mnie polegać, bez przerwy byłem nieuchwytny, nie dało się mnie zastać w kancelarii. Widzieli mnie tylko w czasie odprawiania mszy (...).

Wieści o tym trafiły do kurii i w październiku 1991 roku ksiądz biskup wezwał mnie na dywanik. Rozmawiał ze mną przez kilka godzin, powiedział o wszystkich zastrzeżeniach, jakie są wobec mnie zgłaszane (...). Ja się wykręcałem, jak mogłem, ale gdy w końcu po raz kolejny zapytał, skąd się biorą wszystkie te moje kłopoty, odparłem: "Z powodu alkoholu".

Ucieszył się i zapytał, co w tej sytuacji zrobię - pójdę na odwyk czy do grupy AA? A ja oświadczyłem, że ani jedno, ani drugie, sam sobie poradzę. Wówczas ksiądz biskup zapytał, czy podpiszę zobowiązanie, że już do końca życia nie wezmę alkoholu do ust. I ja je podpisałem. Było tam zawarte przyrzeczenie, że jeśli się nie wywiążę z obietnicy, to sam dobrowolnie zgłoszę się na leczenie.

Wierząc, że dotrzymasz tego?

- Ale skąd! Chciałem tylko mieć spokój. W ogóle nie zamierzałem przestać pić. Wracając do domu, kupiłem kilka butelek, żeby odpowiednio uczcić fakt, że ksiądz biskup mi uwierzył i w ten sposób skończyły się moje kłopoty. Nie wiedziałem jeszcze, że moje kłopoty się nasilą.

Czas od października do grudnia 1991 roku był najtrudniejszym okresem w moim życiu. Rodzice, którzy mieszkali ze mną i widzieli, co się ze mną dzieje, modlili się za mnie i używali wszelkich argumentów, jakich tylko mogli, żeby przekonać mnie do leczenia. W końcu zostawili mnie i wyprowadzili się do mojej siostry.

Po Bożym Narodzeniu po raz drugi zostałem wezwany na dywanik do księdza biskupa, któremu parafianie donieśli, że nie wywiązałem się ze złożonego zobowiązania. Trafiłem na kilkutygodniowe leczenie, po którym jednak wróciłem do picia.

Wprawdzie wiele dowiedziałem się o tym, czym jest uzależnienie od alkoholu, i na zajęciach mówiłem, że wiem, iż jestem alkoholikiem, ale tego samego dnia, w którym zakończyłem terapię, postanowiłem sprawdzić, czy naprawdę nie potrafię kontrolować picia. Wypiliśmy w czwórkę pół litra wódki - i udało się. Jednak kilka dni później już się nie udało. Piłem jeszcze do grudnia 1992 roku.

Zwierzchnicy kościelni skierowali mnie do jednej parafii w charakterze rezydenta...

Co to znaczy?

- To była taka przechowalnia. Nie miałem żadnych obowiązków duszpasterskich, nie byłem ani proboszczem, ani wikarym, ani emerytem. Po prostu oddano mnie do dyspozycji proboszcza, miałem tam po prostu siedzieć.

8 grudnia zaczynały się rekolekcje i zacząłem się bać, że przyjadą inni księża na spowiedź, będą ze mną rozmawiać i pytać mnie, co ja tu robię. Co im odpowiem, skoro mój status jest nijaki i tak naprawdę nic nie robię? Na odwagę postanowiłem więc wypić kielicha. I piłem jednym ciągiem od 8 do 12 grudnia. Dopiero wtedy zdecydowałem się zejść do proboszcza, któremu powiedziałem, że chcę przestać pić, ale sam nie mogę sobie poradzić, i dlatego proszę, by mnie skierował na oddział odwykowy.

To był w twoim życiu moment przełomu? Dotknąłeś dna?

- Tak.

Opowiedz, jak do niego dochodziłeś. Pytam dlatego, że w moim przypadku był to stopniowo postępujący proces (...).

- Gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, wiem, że już w 1990 roku zdawałem sobie sprawę z faktu, że piję inaczej niż większość ludzi. Nie nazywałem siebie alkoholikiem tylko dlatego, że to określenie wydawało mi się pejoratywne. Mówiłem o sobie tak: "Za dużo piję" - ale w istocie znaczyło to "Jestem alkoholikiem".

Dostrzegałem, że czuję się coraz gorzej, że cierpię na bezsenność, dręczy mnie lęk, drżą mi ręce. I widziałem, że bez przerwy nawalam, nie wywiązuję się z różnych rzeczy, nie spełniam obietnic, które złożyłem.

Stosunkowo mało natomiast przejmowałem się opiniami wypowiadanymi na mój temat przez parafian, bo sądziłem, że ich oceny nigdy nie są adekwatne.

Co masz na myśli? Że ludzie w każdej wsi mają skłonność do wygadywania o swoim księdzu niestworzonych historii?

- Tak - i to nie tylko o księdzu. Bardzo często ludzie wypowiadają negatywne opinie o innych, nawet jeśli nie mają do tego podstaw (...).

Co się działo po tym, gdy poprosiłeś swojego proboszcza o pomoc?

- Trafiłem na detoks, po którym poszedłem na mityng AA. Tam chyba po raz pierwszy w życiu pomyślałem, że może jednak życie bez alkoholu jest możliwe. To był grudzień 1992 roku. Od tamtej pory się nie napiłem.

I nie ciągnęło cię?

- Miałem to szczęście, że przymus picia został mi odebrany. Ilekroć od tamtej pory słyszałem o alkoholu, za każdym razem przypominały mi się najgorsze dni mojego życia. Nie, ani razu nie miałem ochoty, żeby się napić.

Czy próbowałeś zastanawiać się, co sprawiło, że ten przymus został ci odebrany?

- Jestem człowiekiem głęboko wierzącym i kapłanem, więc nie uważam za przypadek faktu, że stało się to w parafii pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej w okolicach święta Matki Bożej wypadającego 8 grudnia.

Chyba jednak musiałeś też dokonać jakiegoś wysiłku, żeby dopomóc temu cudowi przemiany swojego życia?

- Tak, napotykałem trudności, z którymi musiałem sobie poradzić. Na przykład w początkowym okresie trzeźwości miałem trochę za dużo wolnego czasu. Nie potrafiłem go sensownie zagospodarować. Oglądałem więc telewizję i spałem. Ale z drugiej strony dzięki temu często chodziłem też na mityngi AA.

Olbrzymie znaczenie miało dla mnie uczestnictwo w ogólnopolskim spotkaniu AA w Częstochowie w marcu 1993 roku. To wtedy uświadomiłem sobie, że nie tylko mogę nie pić, ale w dodatku mogę być użyteczny (...). Odnalazłem swoją drogę życia i powołania.

Co konkretnie robisz?

- Pracuję w dwóch punktach konsultacyjno-informacyjnych, mam dyżury w poradni rodzinnej, zasiadam w gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych, jestem diecezjalnym duszpasterzem trzeźwości.

Staram się jak najwięcej mówić o chorobie alkoholowej i samym sobą dawać świadectwo. Staram się dotrzeć do ludzi, nie strasząc ich, nie przeklinając, nie grożąc piekłem i czyśćcem, lecz ukazując, że jest taka ciężka choroba, z którą można sobie poradzić (...).

Twoi parafianie znają historię twojego życia?

- W tej parafii jestem od pięciu lat i długo nie mówiłem wprost o swojej drodze, mimo że w kazaniach często nawiązywałem do sprawy alkoholizmu. O tym, że jestem alkoholikiem, otwarcie powiedziałem dopiero po tym, jak w "Przyjaciółce" ukazał się artykuł o mnie.

I co?

- I nic - jeśli pytasz, czy nie podważyło to autorytetu, jakim cieszy się proboszcz w parafii. Być może jest wręcz przeciwnie: to, że parafianie znają moją historię, sprawia chyba, że mniejszy jest dystans między nami. Wiernym łatwiej jest przyjść do mnie i bez skrępowania pogadać o swoich sprawach.

Czy kapłanowi jest łatwiej czy trudniej trzeźwieć niż zwykłemu człowiekowi? Przecież z jednej strony świadomość obecności Boga w twoim życiu może być źródłem siły i otuchy, ale z drugiej - może też zwiększać ciężar wyrzutów sumienia i poczucia winy.

- To bardzo indywidualna sprawa. Nie ma reguły. Choroba alkoholowa dotyka w równym stopniu wszystkie stany. Żeby sobie z nią poradzić, trzeba pokonać fałszywy wstyd i przyznać się do bezsilności wobec alkoholu. A księdzu - choć nie tylko jemu - czasem bywa trudno pokonać ten fałszywy wstyd.

Często też ludzie ukrywają przed nim fakt, że dostrzegają jego chorobę. Nie chcą go urazić, myślą, że człowiekowi "stojącemu na piedestale" nie wypada mówić wprost takich rzeczy, nie należy go krytykować. Dlatego opinie dochodzące do uzależnionego kapłana z zewnątrz bywają zafałszowane, a to nie sprzyja otrzeźwieniu.

Uzdrawiającą moc ma naga prawda o sobie. Bardzo ważne jest, by w życiu preferować prawdę. Sam Pan Jezus powiedział: "Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli".

***

Po 14 latach

Co się wydarzyło w ciągu 14 lat, jakie minęły od naszej poprzedniej rozmowy?

- Przede wszystkim obaj się postarzeliśmy, co odbija się na zdrowiu. Przynajmniej na moim. Miałem nowotwór prostaty, który na szczęście wykryto we wczesnym etapie rozwoju. Natychmiast zapadła decyzja o usunięciu i w marcu 2012 roku przeszedłem operację. Jak na razie wyniki badań są bardzo pocieszające.

Przy okazji spowiedzi nabawiłem się też kontuzji piłkarskiej - zerwałem więzadła w obu kolanach. I w tym wypadku konieczna była operacja, po której ponownie załatwiłem sobie lewe kolano. Jestem już po powtórnej operacji, coraz pewniej chodzę, choć schody są dla mnie poważnym wyzwaniem. Do góry jeszcze jako tako idę, ale w dół jest znacznie trudniej...

Poprzednio spotkaliśmy się w innej miejscowości.

- Istotnie, w 2001 roku zmieniłem parafię.

Parafianie z tej wsi znali historię księdza?

- Jasne, że znali. W dzisiejszych czasach nic się nie ukryje. Na początku była to tajemnica poliszynela, jednak przy pierwszych rekolekcjach oficjalnie dałem świadectwo i opowiedziałem o swoich doświadczeniach.

I jak to przyjęli?

- W zdecydowanej większości bardzo dobrze, choć oczywiście zdarzali się też tacy, którzy komentowali z przekąsem: "Sam chlał, a teraz mnie będzie uczyć, że mam nie pić".

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, nie próbują częstować alkoholem?

- Czasem próbują. W pamięci utkwiła mi starsza pani, która w ciągu jednej wizyty nawet trzykrotnie próbowała mi nalać, a gdy po raz kolejny powiedziałem, że ja już swoje wypiłem, pokiwała głową i powiedziała, że owszem, rozumie, że gdzie indziej nie chcę pić, ale przecież u niej to chyba mogę. Nie mogła pojąć, że to nie o nią, lecz o mnie chodzi. Jednak ta sytuacja to wyjątek, na ogół wystarczy, że raz zakomunikuję, że nie piję.

Wiem, że jest ksiądz zaangażowany w ruch trzeźwości.

- Tak, organizuję coroczne spotkania w Licheniu. Zainicjowałem je z grupą przyjaciół z Koła i Konina w 1993 roku, gdy minęło pół roku mojej abstynencji. W pierwszym spotkaniu uczestniczyło jakieś 300-500 osób, jednak stopniowo ta liczba rosła. W 2012 roku było już ponad 30 tys. osób z różnymi uzależnieniami. Bo dziś do Lichenia przyjeżdżają nie tylko alkoholicy, lecz także palacze, seksoholicy, pracoholicy, uzależnieni od internetu itd.

Gdy rozmawialiśmy 14 lat temu, był ksiądz - w dosłownym rozumieniu - anonimowym alkoholikiem. Od tamtej pory wyrósł ksiądz na "trzeźwościową" gwiazdę medialną.

- Istotnie, jakoś tak się stało, choć nie było to moją intencją ani celem. Dziennikarze mnie rozpoznają, bo przez kilka lat byłem diecezjalnym duszpasterzem trzeźwości, no i przede wszystkim dlatego, że organizuję Licheń.

Gdy więc pojawia się jakaś sprawa związana z uzależnieniami w środowisku kapłanów, przychodzą do mnie z prośbą o komentarz czy wywiad. Wielokrotnie wypowiadałem się w prasie, byłem w TV w "Pytaniu na śniadanie", w programie "Wódko, pozwól żyć", wystąpiłem u Tomasza Lisa.

W przypadku tego ostatniego programu miałem wątpliwości, bo niezbyt mi odpowiada styl tego redaktora. Wahałem się, czy zgodzić się na udział, ostatecznie jednak uznałem, że to też jest element dawania świadectwa, które uważam za swoją powinność. Ostatnio jednak staram się ograniczać tego typu występy.

Odrzuca ksiądz zaproszenia do telewizji?

- Jeżeli jest jakaś sprawa i istotny powód, żeby się wypowiedzieć, to nie odrzucam. Jednak gdy nie ma takiego powodu, coraz częściej rezygnuję, bo dojazdy do Warszawy zajmują czas i pochłaniają energię.

Alkohol próbował do księdza wrócić w ciągu tych 14 lat?

- Nigdy. W 1993 roku, po pół roku abstynencji, otrzymałem dar, który trwa do dzisiaj. W czasie ogólnopolskiego spotkania AA w Częstochowie, o którym opowiadałem w czasie naszej poprzedniej rozmowy, poszedłem do kaplicy Cudownego Obrazu. Idąc, przypomniałem sobie, że jako dziesięcioletni chłopiec byłem tam z mamą i składałem sumienne przyrzeczenia, że zostanę księdzem, nie będę pił, nie będę palił.

Wszedłem z poczuciem olbrzymiej winy i wstydu, że nie dotrzymałem tej obietnicy. Było mi bardzo ciężko na duszy, jednak Matka Boża patrzyła na mnie z obrazu bez wyrzutu, a raczej z otuchą, jakby dawała mi matczyną nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Że wszystko się poukłada. To wtedy dostałem ten dar. W tamtej chwili odeszła ode mnie chęć picia.

Chodzi ksiądz na mityngi AA?

- Ostatnio rzadziej, bo prowadzenie parafii zajmuje dużo czasu, a jeszcze dochodzą dolegliwości zdrowotne. Staram się bywać w piątki na spotkaniach grupy w pobliskim miasteczku. Jednak to, że rzadziej chodzę na mityngi, nie oznacza, że nie utrzymuję kontaktów z przyjaciółmi z tego środowiska. Regularnie do siebie dzwonimy i rozmawiamy.

Wrócę do pytania z początku: co się zmieniło w ciągu ostatnich 14 lat? Gdy poprzednio rozmawialiśmy, było dla nas oczywiste, że jesteśmy członkami tej samej wspólnoty i mówiliśmy sobie na ty. Dziś ja nie mam śmiałości tak się do księdza zwracać, a i ksiądz mówi mi "pan". W nas zaszła jakaś zmiana czy w świecie?

- Hm... Nie wiem. Może po prostu jesteśmy starsi i więcej w nas dystansu do siebie i świata?

nie ruszacnie ruszac Fot. nie ruszac

Powyższa rozmowa jest skróconą wersją rozdziału książki Wojciecha Maziarskiego "Jak feniks z butelki", wyd. Waza, 2013.