Majdan się radykalizuje. "My potrzebujemy lidera, a jego nie ma. Nie wiedzą już, co nam mówić"

Opozycja twierdzi, że trwające kilkanaście godzin zamieszki w Kijowie to prowokacja środowisk prorządowych. Tymczasem na Majdanie nie brak tych, którzy szczerze nienawidzą Janukowycza, ale mają dość bezczynnego stania na ulicy. Majdan się radykalizuje i mówienie o unikaniu prowokacji już nie wystarcza. Tylko czy liderzy opozycji wiedzą, co zaproponować demonstrantom?

Tradycyjny niedzielny wiec był tym razem protestem przeciwko nowym przepisom, które zaostrzają kary m.in. za rozbijanie namiotów podczas protestów, za "rozpowszechnianie ekstremistycznych presji" czy "poruszanie się po drogach w kolumnach liczących więcej niż 5 pojazdów". To, że przerodził się w kilkunastogodzinną bitwę z policją, to efekt zauważalnej już od pewnego czasu radykalizacji nastrojów na Majdanie. - Mamy dość - takie słowa można tam usłyszeć coraz częściej.

"Nie ma lidera. A my chcemy działać"

Na początku stycznia, gdy na Majdanie szykowano się do świętowania Bożego Narodzenia, ze sceny padały zapewnienia o pokojowym charakterze protestu i "staniu tak długo, jak będzie trzeba". Ale wystarczyło usiąść przy którymś z namiotów, żeby usłyszeć sporo gorzkich słów pod adresem liderów opozycji. - Tu nie ma lidera, nikt nie chce wziąć odpowiedzialności za to, co się dzieje - mówił jeden z mężczyzn z opaską korpusu oficerów na ramieniu.

- Odwołują jutrzejszy wiec, bo niby święto jest. A to takie święto, że po prostu nie wiedzą, co ludziom powiedzieć. My potrzebujemy lidera, a jego nie ma - wtórował mu Hryhorij, który na Majdanie spędzał już kolejny tydzień. - Chcemy działać, samo stanie nic nie da - dodał inny z protestujących grzejących się przy prowizorycznym piecu zrobionym z beczki.

Radykalizacja nastrojów na Majdanie

Mężczyźni są zdeterminowani i deklarują, że nie opuszczą Majdanu. Słychać w ich słowach zniechęcenie, ale to już dojrzali ludzie. Konfrontacja z milicją to dla nich ostateczność, choć wiadomo, że staną do walki, gdy Berkut zaatakuje. Ale rzucanie się na milicję z koktajlami Mołotowa to dla nich głupota. Twierdzą, że Janukowycz tylko czeka na taki pretekst, żeby siłowo zlikwidować cały Majdan. - Przecież to bandyta - przekonują mnie.

Co innego młodzi. Barykad pilnują młodzi, często siedemnasto- czy osiemnastoletni chłopcy. Widać było, że przywódcy tzw. samoobrony Majdanu pilnują, żeby wszystko odbywało się pokojowo i zgodnie z ustalonymi zasadami. Ale nietrudno się domyślić, że wielu z nich marzy się prawdziwa rewolucja, a nie siedzenie przy namiotach do przyszłorocznych wyborów, co zapowiedziała opozycja. Jeśli znajdzie się lider, który zechce wykorzystać ich zapał, takie zamieszki jak dzisiejszej nocy mogą stać się w Kijowie codziennością. Chyba że opozycja zaproponuje radykalizującej się młodzieży alternatywę.

Prowokacja? Wygodne tłumaczenie

O tym, że młodym demonstrantom oferta opozycji przestała wystarczać, boleśnie przekonał się wczoraj Witalij Kliczko. Kiedy rozpoczęły się starcia z milicją, próbował zapanować nad tłumem, nawoływał do powrotu na Majdan i kontynuacji pokojowego protestu. Apelował, żeby nie poddawać się prowokacjom. Przy poprzednich zamieszkach jego interwencje przynosiły skutek. Tym razem lider partii UDAR sam został zaatakowany - proszkiem gaśniczym. To dla niego sygnał, że dotychczasowa strategia przestaje się sprawdzać, a jego autorytet jest zdecydowanie słabszy niż jeszcze miesiąc temu.

Tłumaczenie wszystkich ataków na milicję "prowokacjami", choć wygodne dla opozycji, przestaje już wystarczać. Nie można zaprzeczyć, że środowiska prorządowe kilka prowokacji zorganizowały. Taki charakter miał np. "proeuropejski" marsz, w którym pod tęczowymi flagami szli opłaceni bezdomni, którzy mieli wzmocnić skojarzenia między protestami na Majdanie a "zboczeniami i rozwiązłością" UE. W Kijowie pojawiły się też duże grupy tzw. "tituszek", czyli młodych ludzi wywodzących się często ze środowisk kibicowskich i lokalnych klubów bokserskich, którzy za odpowiednim wynagrodzeniem wszczynali bójki.

Jednak już podczas wcześniejszych zamieszek pojawiły się sugestie, że za niektórymi z nich stoją sami zwolennicy Majdanu, choć takie informacje były zdecydowanie nie na rękę liderom opozycji. - Rozmawiałem z nimi. Wyszli na ulice 1 grudnia, żeby zemścić się za pobicie ludzi w nocy (wtedy Berkut zaatakował pokojową demonstrację na Majdanie - red.). To są młodzi ludzie, którzy wprost nienawidzą Janukowycza, ale są przeciwni też innym partiom - tłumaczył w rozmowie z Gazeta.pl ukraiński dziennikarz Rostysław Szaposznikow, który uciekł do Polski przed represjami.

Co dalej z Majdanem?

Podczas wczorajszego wiecu zgromadzeni na Majdanie domagali się wyłonienia jednego lidera, który weźmie na siebie odpowiedzialność za kształt protestów. A przed tym trójka przywódców partyjnych: Kliczko, Jaceniuk i Tiahnybok wzbraniają się od początku, chcąc uniknąć oskarżeń, że protesty są przedsięwzięciem partyjnym. Arsenij Jaceniuk na okrzyki "chcemy lidera" odpowiedział: "Lider jest tu jeden. Jest nim ukraiński naród". Tyle że tego typu deklaracje najwyraźniej przestały wystarczać.

Zagospodarowanie potencjału Majdanu może więc być najpoważniejszym wyzwaniem, przed jakim stoi dziś opozycja. Poważniejszym nawet niż negocjacje z władzą, o których ponownie zaczął wspominać Wiktor Janukowycz. Jeśli trzej liderzy nie wypracują i nie zaprezentują konkretnego programu, który będzie stanowił realną alternatywę dla fizycznej konfrontacji z milicją, to z ofertą dla radykalizujących się mas wystąpi ktoś inny. Można przypuszczać, że będą to skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne ugrupowania coraz wyraźniej zaznaczające swoją obecność na Majdanie. A wówczas powrót do "pokojowej rewolucji" może być już niemożliwy.

Chcesz na bieżąco śledzić sytuację na Ukrainie? Ściągnij naszą aplikację Gazeta.pl LIVE! Tutaj znajdziesz wersję na telefony z Androidem >>> A tutaj wersję na Windows Phone >>>

Więcej o: