Brak dowodów, czyli brak opinii? Biegły: "Nie wydałem jej, bo miałem związane ręce - policjanci nawet zdjęć nie zrobili..."

Policjanci nie zabezpieczają dowodów na miejscu wypadku, a biegli nie mają jak przygotować opinii. W jednej z takich spraw, do której dotarliśmy, chodziło o potrącenie pieszej pod Poznaniem. Biegły odmówił przygotowania opinii, bo nie miał śladów, protokołu oględzin czy szkicu z wypadku. Ale to niejedyny taki przypadek - problemy z dowodami zdarzają się w całej Polsce.

19 czerwca 2012 roku w Obornikach w Wielkopolsce doszło do potrącenia na przejściu 17-letniej dziewczyny. Trafiła do szpitala, ale na szczęście bez bardzo poważnych, zagrażających życiu obrażeń. Od razu uznano, że winna była piesza. Rodzina dziewczyny jednak nie odpuszczała, wychodząc z założenia, że do wypadku mógł się przyczynić kierowca.

Policjanci wystąpili o opinię do jednego z biegłych. Ten odmówił i odesłał akta bez wykonania opinii z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych.

Pismo od biegłego - miażdżące dla policji

Czytamy: "Po zapoznaniu się z ww. aktami postępowania stwierdzam, że zebrany w sprawie materiał dowodowy jest niewystarczający do przeprowadzenia rekonstrukcji wypadku. Przede wszystkim stwierdza się brak rzeczowego materiału dowodowego (m.in. dokumentacji miejsca zdarzenia i pojazdu, szkicu, protokołu oględzin miejsca zdarzenia z usytuowaniem uczestników, śladów). Z materiału dowodowego nie jest możliwe ustalenie m.in. toru jazdy pojazdu, toru przechodzenia jezdni przez pieszą, miejsca zdarzenia, miejsca upadku pieszej, zatrzymania się pojazdu. Nie jest również możliwe przeprowadzenie analizy czasowo-przestrzennej w celu wskazania chwili powstania stanu zagrożenia, ustalenia prędkości uczestników, czasu reakcji kierującego oraz możliwości uniknięcia wypadku przez kierującego czy pieszą".

Udało nam się porozmawiać z biegłym, który w ten sposób odpowiedział na prośbę o przygotowanie opinii. Przyznał, że sytuacje, gdy biegły odmawia, bo nie ma z czego przygotować opinii, zdarzają się średnio raz w roku. - W tym przypadku postępowanie było źle przeprowadzone przez policję. Od początku było zakwalifikowane jako wypadek, a policjanci uznali, że wina jest pieszego. I nic nie zrobili, nawet zdjęć nie zrobili, oględzin samochodu - powiedział nam biegły. Nie krył, że miał związane ręce.

Jak jest w innych sprawach?

Nie jest oczywiście tak, że wszyscy policjanci z drogówki działają tak jak ci spod Poznania. W bardzo wielu przypadkach ślady są zabezpieczane prawidłowo i bezbłędnie, a biegli bez problemu przygotowują rekonstrukcję. Ale nie zawsze tak się dzieje.

Rozmawialiśmy z kilkoma biegłymi z różnych miast w Polsce i opinie są podobne: problemy z dowodami z miejsca zdarzenia drogowego nie należą do rzadkości. Biegli zwracają uwagę na problem zasadniczy: dużej rotacji w policji, w tym w drogówce. Ktoś, kto przechodzi szkolenia, pracuje jakiś czas, dość szybko odchodzi na emeryturę. Przychodzą nowi, młodzi, nie do końca "czujący" jeszcze temat. I bywa, że zapominają o śladach, potrafią przeoczyć pewne dowody, zapominają o zdjęciach.

Bywa też odwrotnie: w drogówce pracują "stare wygi", które niekoniecznie chcą się szkolić. Jak usłyszałam, w niektórych komendach są nowoczesne laserowe mierniki, bardzo precyzyjne i przydatne na miejscu wypadku. Tyle że niektórzy policjanci wolą stare, tradycyjne "wózki" do wykonywania pomiarów na miejscu zdarzenia. - A trudno tu porównywać dokładność tych urządzeń - mówi nam jeden z biegłych.

Zderzenie? W notatkach zapisane jako kolizja i jest problem

Adwokat Paweł Jarzyna, który dość często prowadzi sprawy "wypadkowe", podkreśla, że problemem bywa zakwalifikowanie zdarzenia jako kolizji. Bo nierzadko jest tak, że uczestniczący w stłuczce kierowca dopiero po kilku dniach zaczyna odczuwać dolegliwości np. ze strony kręgosłupa, idzie do lekarza i okazuje się, że sprawa jest poważna. A kolizja od wypadku różni się długością leczenia: kolizja to zdarzenie, w którym poszkodowany może odnieść obrażenia ciała leczone poniżej 7 dni. Przy wypadku leczenie trwa dłużej.

- Jeśli jest drobne zdarzenie drogowe, można się spodziewać, że dowody zabezpieczone przez policję mogą być niewystarczające - mówi Jarzyna. Jak dodaje, jeśli dojdzie do sprawy w sądzie, np. o odszkodowanie, to bez dowodów może być problem. Bo przy kolizji policjanci z reguły wykonują tylko podstawowe czynności, najczęściej nie ma mowy o wzywaniu specjalistów techników. - Przybyły na miejsce patrol odbiera dane osobowe, sprawdza trzeźwość, ewentualnie zapisuje nazwiska świadków, jakieś telefony kontaktowe - mówi Jarzyna. Samochody najczęściej są bardzo szybko usuwane na pobocze.

Róbmy zdjęcia, jak mamy stłuczkę. Na wszelki wypadek

Biegli radzą, by przy każdej stłuczce, choćby wyglądała na niewielką, zrobić kilka zdjęć. Najczęściej mamy przy sobie telefon komórkowy, więc nie powinno to stanowić problemu. - Takie zdjęcia mogą się potem bardzo przydać, podobnie jak nagrany na miejscu zdarzenia film, na którym widać, w jakich pozycjach pojazdy znajdowały się tuż po kolizji. Przydają się też nagrania z kamer, które coraz częściej mamy zamontowane w autach - mówi nam jeden z biegłych (prosi o niepodawanie nazwiska). Bywa też tak, że na miejscu kolizji sprawca się przyznaje, ale potem zmienia zdanie - a że nie była wzywana policja - też lepiej mieć swoje dowody.

Łukasz Samuła, biegły, podkreśla, że przygotowując opinię, potrzebuje naprawdę szczegółowych informacji. I też namawia do robienia zdjęć. Bywa, że przydają się również zapisy z monitoringu. Biegły miał ostatnio taką sprawę - odnosił się do kolizji, która miała miejsce pod jedną ze szkół. Sprawca się wypierał, a prawdę udało się ustalić właśnie na podstawie zapisu z pobliskiej kamery. - Jeśli w pobliżu jest kamera, mamy prawo wystąpić do policji z wnioskiem o zabezpieczenie zapisów z monitoringu. To ważne, bo takie zapisy są często dość szybko kasowane, a wtedy nie będzie już szans, by to odtworzyć - mówią fachowcy.

"Opinia jest na tyle dobra, na ile dobry jest materiał dowodowy"

Podinspektor Mirosław Kędzierski, biegły sądowy, ale też ekspert lubelskiej policji, nigdy jeszcze nie odmówił wykonania opinii, nie miał takiego przypadku, choć i jemu zdarzały się problemy z dowodami. - Zawsze powtarzam, że opinia jest na tyle dobra, na ile dobry jest materiał dowodowy, czyli najważniejszą czynnością są dobrze zrobione oględziny na miejscu zdarzenia. Bo to jest baza, na której wszyscy potem pracujemy - mówi Kędzierski.

Oględziny muszą być wykonane fachowo tuż po zdarzeniu, bo trudno zabezpieczać ślady po miesiącu czy po roku (choć i takie próby są czasami podejmowane). Czasami biegły dostaje od policji tylko część dowodów, rozmazane zdjęcia oraz nieprecyzyjne szkice i musi się posiłkować relacjami uczestników zdarzenia, a te często bywają rozbieżne. Wtedy przygotowuje się niejednokrotnie dwie opinie albo jedną, ale wariantową (dwa różne warianty, np. do oceny sądu).

Podinspektor Kędzierski zwraca uwagę na coś jeszcze. Problemem bywają też nowoczesne auta. - Konstrukcja współczesnych samochodów powoduje to, że na miejscu zdarzenia pozostaje dużo mniej śladów. Tak jak kiedyś typowym śladem wypadkowym były ślady blokowania kół samochodu i gwałtownego hamowania, to dziś, gdy większość samochodów wyposażona jest w ABS-y i inne systemy, te ślady kół się nie pojawiają - mówi Kędzierski. Kolejny przykład - reflektory: kiedyś na miejscu wypadku można było zabezpieczyć szkło, dziś w dużej mierze są to klosze z poliwęglanu i nic się nie obsypuje (tylko pęka). - Można powiedzieć, że zasób dowodów może być też zdecydowanie mniejszy właśnie ze względu na postęp technologiczny - wyjaśnia podinspektor Mirosław Kędzierski.

Więcej o: