Przepisują maści na siniaki, zamiast zapytać "Jak pani pomóc?"

Do lekarza przychodzi pobita kobieta. A lekarz? Przepisuje maść na siniaki. Lekarze wciąż zbyt często nie reagują na przemoc tak jak powinni, nie wypisują zaświadczeń. Lub niesłusznie domagają się za nie opłat. Dalej nie chcą być "donosicielami". To wynika m.in. z doświadczeń ofiar.

Zgodnie z obowiązującym prawem, każdy lekarz, w tym również rodzinny, gdy zgłasza się do niego ofiara przemocy, powinien wystawić specjalne zaświadczenie lekarskie. To prosty druk, wpisuje się w nim informacje o tym, co lekarz widzi. Jak mówi Renata Durda, kierownik Ogólnopolskiego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie "Niebieska Linia", tu nie chodzi o "donoszenie" na kogokolwiek, ale o rzeczową informację o siniakach, złamaniach i podobnych objawach, które mogą świadczyć o przemocy. Dalej to stróże prawa będą wyjaśniać, czy w danej rodzinie dzieje się coś złego czy też nie.

Nie wiadomo, co powiedzieć

Część lekarzy na szkoleniach, które organizuje czy współorganizuje "Niebieska Linia", otwarcie przyznaje, że przemoc to temat trudny i nie wiadomo, jak o nim rozmawiać. Bo jak tu zacząć? - A zasada jest prosta: trzeba pytać wprost. Tak jak pytamy wprost "Gdzie panią boli", tak samo normalnym zwykłym językiem możemy zapytać wprost "czy ktoś panią krzywdzi?" - mówi Durda.

Lekarze mają "społeczny obowiązek" wypisywania zaświadczeń o przemocy i przekazywania ich policji czy prokuraturze. Ponad rok temu jedna z lekarek mówiła nam, że nie chce być "donosicielem", bo mieszka i żyje w tym środowisku na co dzień, pacjenci do niej wracają i nie chce mieć problemów. Zdaniem Renaty Durdy, to nietrafiony argument. - Czy jeśli naszym pacjentem jest przestępca i wiemy, że kogoś np. zgwałcił, też uznamy, że nas to nie dotyczy i będziemy milczeć? - pytają fachowcy.

Maść zamiast rozmowy

Pani Dorota uciekła od męża oprawcy, z którym mieszkała w domu pod Lublinem. Niemal codziennie była bita i psychicznie maltretowana. Kilka razy miała złamany nos, poobijane żebra. W czasie gdy doświadczała przemocy, niejednokrotnie była u swojej lekarki rodzinnej. - Nigdy nie zapytała, czy może mi jakoś pomóc. Wprost przeciwnie, wiedziała, że jestem ofiarą przemocy i na te moje obrażenia przepisywała mi tylko różne maści - mówi nasza rozmówczyni.

Gdy pani Dorota raz poprosiła o zaświadczenie o swoich obrażeniach, usłyszała od lekarki, że to kosztuje 20 złotych. - Znała moją sytuację, wiedziała, że nie mam tych pieniędzy, ale to nie pomogło. Ostatecznie i tak musiałam zapłacić - opowiada. U lekarki była także niedawno. Pojechała, by zrobić ksero swojej karty zdrowia. - I okazało się, że w karcie w ogóle nie ma odnotowanych niektórych moich wizyt, gdy byłam u niej po pobiciu. Nie wpisywała tego - dodaje pani Dorota.

Złamany nos? Zabieg? Lekarka: "A jak to się powtórzy?"

Pani Iwona, też ofiara przemocy z kilkakrotnie złamanym nosem, pamięta wizytę u lekarki, która miała się podjąć operacji nosa. - Oczywiście, na początku pani doktor była miła, wszystko tłumaczyła. Zmieniła ton, gdy powiedziałam jej, jak doszło do złamania, że zrobił mi to mąż. Wtedy zadała pytanie "a co będzie, jak to się powtórzy?" - mówi pani Iwona. Nie kryje, że bardzo ją to zabolało - zabrzmiało tak, jakby lekarka nie wierzyła, że z przemocą można skończyć; uznała, że nie warto robić zabiegu, bo pani Iwona znów może stać się ofiarą męża-kata.

Prawo mówi "społeczny obowiązek", tyle że nie ma sankcji

Lekarz, gdy podejrzewa przemoc, powinien wypełnić zaświadczenie. Taki "społeczny obowiązek" wprowadziła Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jest nawet wzór specjalnego druku. Jest też jednak jedno "ale". - Ten "społeczny obowiązek", który wynika z ustawy oznacza, że za jego niedopełnienie nie ma sankcji, karnych ani żadnych innych - mówi prokurator Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Przyznaje, że takie zaświadczenia to rzadkość.

Część lekarzy nie chce ich wypełniać, by nie musieć chodzić po sądach i prokuraturach. - Z reguły jest to jedno przesłuchanie. I na tym koniec - mówią prokuratorzy. Choć oczywiście w części przypadków (rzadko) na przesłuchanie ponowne może też już w trakcie procesu wezwać lekarza sąd. W szpitalach i na pogotowiu najczęściej jest inaczej. Na przemoc zdecydowanie częściej niż lekarze rodzinni reagują specjaliści, lekarze z pogotowia czy ze szpitala. Taki przypadek miała pani Iwona. Jak mówi, po kolejnej awanturze znalazła się na Izbie Przyjęć jednego ze szpitali. Miała złamany nos. Lekarz po obrażeniach od razu wiedział, co się święci. - Powiedział wprost, że wie, że jestem ofiarą przemocy i że musi zawiadomić policję. Ja nawet nie protestowałam. Wiem, że gdyby nie on, sama bym żadnej policji nie zawiadomiła - mówi nasza rozmówczyni. Z perspektywy czasu wie, że tamten lekarz - pośrednio - dał jej siłę do walki. Dziś nie mieszka już z mężem, jest niezależna, choć dalej "włóczy się" po sądach: ma sprawę rozwodową i karną przeciwko mężowi (prywatny akt oskarżenia). - Ale warto było - dodaje.

Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy "Niebieska Linia" udziela porad telefonicznych i mailowych. Rocznie fachowcy z pogotowia odpowiadają na ponad 4 tysiące telefonów i około 5 tysięcy maili. Adres mailowy poradni: poradnia@niebieskalinia.pl. W prawie połowie przypadków o pomoc proszą nie same ofiary przemocy, ale ich sąsiedzi, znajomi, czasami także lekarze.