Raczkowski od dziś będzie rysował dla Gazeta.pl: "W internecie można dostać największy wpie***l"

- Kiedyś wszedłem na forum o oponach zimowych, bo akurat coś z oponami kombinowałem, i już w piątym komentarzu było: "Trochę kultury, ty chamie!". W kolejnym: "Kultury?! Ty żydzie!", a w następnym: "Żydzie?! O ty pedale!". A ja tylko opony zimowe chciałem kupić... - mówi dla Gazeta.pl Marek Raczkowski. Od dziś najsłynniejszy rysownik w kraju będzie publikował swoje prace trzy razy w tygodniu na naszym portalu.

Marek Raczkowski przyjmuje mnie u siebie wieczorem, tego samego dnia, w którym wyszedł ostatni numer "Przekroju". Na pożegnalnej okładce kultowego tygodnika pozuje właśnie rysownik z podpisem: "Wynosimy się". W ciągu ostatnich siedmiu lat w "Przekroju" aż dziewięć razy zmieniał się redaktor naczelny - a wraz z nim większość ekipy tworzącej tytuł. Jedyną stałą był tam Marek Raczkowski.

Zanim na dobre usiądziemy do rozmowy, rysownik na zmianę przeprasza za bałagan ("Opuściły mnie wszystkie sprzątaczki") i powtarza, że przeżywa ciężkie chwile ("Naprawdę wcale nie jest mi wesoło. Czuję, jakbym trochę umarł w środku..."). Wkrótce zaczną zjawiać się u niego bliscy znajomi, z którymi wspólnie będzie żegnał "Przekrój". No i witał Gazeta.pl. Od jutra jego prace będą pojawiać się na naszych łamach trzy razy w tygodniu - w środy, piątki i poniedziałki (Marek chciał, by kolejne odcinki nazywały się: "Raczkowski na Środę", "Raczkowski na Piątka" i "Raczkowski na Poniedziałka", ale uznał, że żarty z nazwisk są słabe).

Rysunki Marka Raczkowskiego będziemy publikować na Gazeta.pl w poniedziałki, środy i piątki Rysunki Marka Raczkowskiego będziemy publikować na Gazeta.pl w poniedziałki, środy i piątki  Rys. Marek Raczkowski

 

Marek Raczkowski dla Gazeta.pl

Joanna Berendt: Marku, witamy w internecie!

Marek Raczkowski: - Dziękuję bardzo. Na szczęście rozmawiamy jeszcze w realu.

A wiesz, że właśnie przeczytałam, że uważasz internet za niepoważny?

- Jak to?

Tak powiedziałeś w pożegnalnym wywiadzie dla "Przekroju": "Papier to, wiadomo, konkret. A internet jest mniej poważny".

- Kurczę, to jest niesamowite, że człowiek coś sobie mówi, a później każą mu się z tego tłumaczyć. Czy to jest w porządku, żebym odpowiadał za to, co powiedziałem tydzień temu?

"Odpowiedzialność za słowo"...

- Ale ja w ogóle nie pamiętam, bym powiedział, że internet jest mniej poważny... Dopiero co rozmawiałem na ten temat w Radiu Roxy z Tymonem Tymańskim, który mówił o "fetyszu papieru", że ludzie hołdują przekonaniu, że papierowe media są najważniejsze. A ja mu powiedziałem, że dla mnie nie ma znaczenia, czy treść zostanie przelana na papier, opublikowana w sieci czy wyskrobana na tablicy kamiennej. Dla treści nie ma to znaczenia.

Marek Raczkowski dla Gazeta.pl - 01.10.2013
Marek Raczkowski dla Gazeta.pl - 01.10.2013  Rys. Marek Raczkowski

 

Marek Raczkowski dla Gazeta.pl

A dla ciebie? Ma dla ciebie znaczenie, że od teraz twoje rysunki będą ukazywały się w sieci?

- Przeszło mi przez myśl, czy teraz nie powinienem zacząć rysować palcem na tablecie... Ale ty przecież piszesz do internetu i nadal używasz klawiatury. Uznałem więc, że pozostanę przy starej technice. Jedyna zmiana, jaka potencjalnie może nastąpić, to delikatna animacja moich rysunków, co - w przeciwieństwie do papieru - umożliwia internet. I to na pewno zmieniłoby sposób, w jaki myślę o swoich pracach.

Z resztą jest dokładnie tak, jak w tym pierwszym moim rysunku dla Gazeta.pl . Dziennikarka pyta: "I gdzie pan teraz będzie rysował?". A ja odpowiadam: "Tam gdzie zawsze... W domu". Nie ma żadnego znaczenia, gdzie pójdzie mój rysunek, o ile będę mógł sobie pracować jak do tej pory.

Może teraz, w internecie, twoja grupa docelowa się zmieni?

- "Grupa docelowa"? Myślisz, że ja kiedykolwiek pomyślałem o swojej "grupie docelowej"?

Tak. I teraz nie wiem, co z tym twoim wyznaniem zrobić.

Agata (przyjaciółka Marka, która jednym uchem przysłuchuje się naszej rozmowie): - Marek chce chyba powiedzieć, że nie myśli o grupie docelowej, bo dąży do uniwersalności...

Tyle że internet to przestrzeń bardzo specyficzna. Dziś szturmem zdobywają ją przede wszystkim memy z "grumpy cat" w roli głównej, GIF-y z Miley Cyrus z gali VMA i filmiki na YouTube o buldogu jeżdżącym na deskorolce...

M.R.: - Dla mnie internet różni się od papieru przede wszystkim tym, że jest miejscem, w którym można dostać największy wpierdol. I to za nic. Momentalnie pojawiają się obelgi, wyzwiska...

Teraz będzie jeszcze gorzej. Gazeta.pl to 4 mln użytkowników dziennie.

- Ja wolę tego nie wiedzieć... Kilka razy zdarzyło mi się przeczytać coś obelżywego na swój temat i to jednak boli. Do tej pory starałem się więc nie czytać komentarzy pod swoimi rysunkami i teraz tym bardziej nie będę tego robił.

Kiedyś wszedłem na forum o oponach zimowych, bo akurat coś z oponami kombinowałem, i już w piątym komentarzu było: "Trochę kultury, ty chamie!". W kolejnym: "Kultury?! Ty żydzie!", a w następnym: "Żydzie?! O ty pedale!". A ja tylko opony zimowe chciałem kupić...

Ciemna strona internetu... A pojawi się u nas Stanisław z Łodzi? Miałeś go uśmiercić.

- No ostatni odcinek ze Stanisławem był taki, że Stanisław słyszy, że został mu miesiąc życia. I na pytanie dziennikarki, czy będzie się ukazywał też po śmierci, odpowiedział: "Może w internecie". I to było - jak się okazuje - prorocze.

Nie wiedziałeś jeszcze wtedy, że przejdziesz do internetu, do Gazeta.pl?

- Naprawdę jeszcze tego nie wiedziałem. Myślałem w kategoriach bardziej abstrakcyjnych, że Internet w przeciwieństwie do papieru nie jest fizyczny. Więc wydawało mi się naturalne, że Stanisław po śmierci mógłby funkcjonować jako duch właśnie w rzeczywistości wirtualnej.

Ciężko ci się rysowało ten ostatni rysunek?

- Ten ostatni - na którym pytam Agi (Agnieszka Brzeżańska, przyjaciółka M.R. - red.), jaki ma być ten mój ostatni rysunek, a ona odpowiada, że "słaby" - to miałem już wcześniej wymyślony. Najbardziej jestem jednak dumny z tego rysunku z trzeciej strony, gdzie wszystkie moje najważniejsze postacie zasiadły razem w stylu "Ostatniej wieczerzy". Aż sam jestem pod wrażeniem, że udało mi się je tak pięknie pożegnać.

A najbardziej podoba mi się ten mój Kaczyński, który tak ślicznie macha tą swoją rączką na pożegnanie... Zobacz, jaki jest fajny... I taki malutki! Choć nieco większy od Piotrusia i Psa.

A ty jesteś na samym końcu i jeszcze mniejszy niż Kaczyński czy nawet Pies. Czemu tak?

- To chyba tradycja jeszcze średniowiecznych artystów, którzy w dolnym rogu swoich obrazów umieszczali swoje malutkie podobizny... Poza tym ja w ogóle czuję się dość mały w stosunku do swojego dorobku. Jest naprawdę wielki, jak o tym pomyśleć. Przypomina mi się postać z "Faraona", taki stary człowiek, który codziennie kopie kanał...

Ty też taki kanał kopiesz?

- No tak. Codziennie siadam do kolejnego rysunku. Całość ciężko jest ogarnąć. A większość z tego jest naprawdę bardzo przyzwoita.

A co z nieprzyzwoitą mniejszością?

- Nieprzyzwoitą w tym sensie, że była strasznym obciachem. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że narysowałem kiedyś Wałęsę wypuszczającego ptaszka z klatki - to było przy okazji jego ułaskawienia "Słowika". Totalna wpadka. Straszny wstyd...

Ale z czasem, mam wrażenie, nauczyłem się posługiwać taką konwencją, w której dla efektu komicznego używam słabych lotów żartów. Pamiętam, że chyba w 1992 r. przychodziłem do Radia Kolor jako pan Marek, kolekcjoner dowcipów z Mokotowa, i opowiadałem bardzo słabe kawały.

Ale takie po prostu słabe czy tak słabe, że aż śmieszne?

- Lubię wierzyć, że to drugie. Kiedyś na przyjęciu "Res Publiki" przedstawiono mnie Kazi Szczuce - nie dosłyszałem jej imienia i przez cały wieczór nazywałem ją "Kasią". A Kazia nie była już wtedy nieznaną osobą, więc w towarzystwie "na dzień dobry" uznano mnie za debila. Tę opinię przypieczętowałem niedługo później przy stole, gdy Królak (Jacek Królak - red.) przedstawił mnie jako młodego i bardzo dowcipnego satyryka. Tymczasem ja wstałem i specjalnie opowiedziałem serię najgorszych dowcipów, jakie mi przyszły do głowy.

Po co?

- Chciałem wprawić obecnych w zakłopotanie.

Pamiętasz któryś z tych dowcipów?

- Np. taki: "Jest sąd. Prokurator do adwokata: ty ośle! Adwokat do prokuratora: ty małpo! A sędzia na to: panowie, tu jest sąd, a nie ogród zoologiczny". Widzisz? Straszna żenada.

I po co ci to było?

- Na tym polegał właśnie żart - na opowiedzeniu słabego żartu. I ta moja konwencja potem się przyjęła. M.in. Materna był nią zachwycony, choć w swoim programie mnie zniszczył. W kółko pytał: "To pana śmieszy, że to nie jest śmieszne?", "Myśli pan, że to jest śmieszne, że to nie jest śmieszne?". I tak się zaczęło moje mierzenie się ze słabym żartem.

W pierwszej kolejności swoim humorem prowokujesz, bawisz czy diagnozujesz?

- Nie wiem, co jest pierwsze. Zaczęło się od tego, że byłem drobnej postury chłopaczkiem, który źle znosił ból fizyczny, a chciał obracać się w kręgu ludzi niebezpiecznych. Musiałem znaleźć sposób, aby uniknąć totalnego manta. Okazało się, że choć nie miałem szans w walce na pięści, to ratowały mnie właśnie humor i cięta riposta - ale koniecznie na poziomie przeciwnika.

I tak już zostało. Nawet w komisariacie na Jezuickiej, gdzie mnie o mało nie spałowali na śmierć, uratował mnie dowcip. Z każdym policjantem, ZOMO-wcem, bandytą potrafiłem tak sobie poradzić - rozśmieszając, dezorientując... Śmiech to dla mnie sposób na przetrwanie.

Ale chyba nie tylko?

- Sposób na przetrwanie, na bycie... Ale pewnie też na to, żeby być szczęśliwym. Świadomość tego, że gdzieś tam są ludzie, którym choćby na moment moje rysunki poprawiają humor, mnie uszczęśliwia. Kiedyś jeden z czytelników napisał do mnie do "Przekroju", że mój rysunek "go pokrzepił". Nie zmienił go, nie nauczył niczego, nie skłonił do zmiany zdania, ale właśnie "pokrzepił". Dodał otuchy. To przecież jest piękne.

Piękne, ale dopiero co mówiłeś, że odbiorcy twoich rysunków cię nie interesują.

- Widzisz więc, że to nie do końca tak jest.

I nie boisz się, że teraz w tej nowej dla ciebie rzeczywistości wirtualnej, którą rządzą memy, ktoś z tych odbiorców powie: "Hej, ten Raczkowski wcale nie jest śmieszny"?

- Nie. Nigdy nie miałem problemu ze swoją twórczością. Zawsze widziałem przed sobą nieograniczoną przestrzeń. Nie boję się wypalenia zawodowego, co najwyżej wypalenia finansowego. I tego, że na Gazeta.pl nie pozwolą mi publikować przekleństw.

Dam sobie rękę uciąć, że dopiero co czytałam, jak w jakimś wywiadzie mówisz, że to twoja największa obawa - że przestaniesz ludzi bawić. Znów zmieniasz zdanie!

- Tak, tak. Ja za każdym razem mówię co innego.

Aha. I?

- I nic. Uważam to za cnotę. Jak wtedy, gdy wsadzałem flagi w psie kupy i dzwonili do mnie dziennikarze. A ja na zmianę im przyznawałem się do tego albo mówiłem, że absolutnie coś takiego nie miało miejsca... A potem zrobiłem o tym komiks, w którym dziennikarka pyta mnie, czemu ciągle zmieniam zdanie, a ja jej odpowiadam: "Żeby się uwiarygodnić".

"Uwiarygodnić"?

- Oczywiście. Bo zawsze mówię to, co w danej chwili czuję. Nie kalkuluję, nie kombinuję. Uwiarygodniam się przez to, że sobie zaprzeczam.

Przewrotne.

- Tak. I jutro temu zaprzeczę.

Więcej o: